Freddie Mercury: „I’m going to be a legend”

5 września 1946 roku, w małym miasteczku o którym prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś, na wyspie Zanzibar urodził się ktoś, kto potem, siedząc w barze w Londynie, smutnym głosem wymruczał słowa: I won’t be a rock star. Po czym wstał, wyrzucił ręce ku niebu w teatralnym geście i dodał energicznym głosem: I’m going to be a legend.

Ten tajemniczy człowiek, noszący dziwaczne indyjskie stroje w Londynie lat sześćdziesiątych, w 1971 roku wraz z trójką zwykłych gości mających wyższe wykształcenie i przeciętne plany na przyszłość, założył zespół o nazwie Queen i zaprojektował jego godło.

Utalentowany plastycznie, porzucił karierę grafika i oddał się muzyce – czy też raczej zagarnął ją tak, jakby była jego własnością. Droczył się z nią, bawił się nią, poszerzał znane granice, formował ją w nowe, nieznane dotąd kształty, łączył sprzeczności. Kochał ją. Ponad życie. Dosłownie. Przepełniony wielką pasją, sprzecznościami, niebywałym geniuszem i głosem, ambitny perfekcjonista dążył do swojego celu i nie poddawał się, dopóty świat nie był u jego stóp.

 

Kompozytor, piosenkarz, tekściarz, utalentowany pianista, główny wokalista grupy Queen ale, jak zawsze podkreślał, nie lider zespołu, znał tylko trzy akordy na gitarę i na ich podstawie stworzył znany do dziś przebój, muzyk… a może po prostu Artysta. Prawdziwy, wielki, jedyny. Artysta przez wielkie „A” – Freddie Mercury.

Miał poczucie humoru. Grał w tenisa. Potrafił opowiadać tak przejmująco, iż słuchacze tracili poczucie czasu. Nie posiadał prawa jady. Jego ulubionymi zwierzętami były koty. O swojej ulubionej kotce nagrał piosenkę Delilah (album Innuendo, 1991). Zaś swój pierwszy solowy album zadedykował swoim kotom (Mr Bad Guy, 1985). Bardzo lubił pić herbatę. I wódkę. Choć jako ulubiony napój od lat 70 zawsze podawał ten sam Moët et Chandon.

Bał się latania samolotem. Był bardzo nieśmiały, skromny, skryty i cichy. Zawsze dobro rodziny i najbliższych było dla niego istotne. Zirytowany spóźnieniem na koncert, potrafił także rozbić lustro na głowie kierowcy. Bywał oschły, sarkastycznymi odpowiedziami ranił bliskich mu ludzi, dramatyzował, krzyczał. Potrafił rozładować napięcie i zatrzymać każdą kłótnię w odpowiednim momencie rzucając rozbrajającą puentę bądź żart. Czasem, pełen skruchy, przepraszał. Niespotykanie charyzmatyczny showman, ze sceny potrafił zawojować każdą publikę, zmusić tłumy do ciszy bądź wrzasku. Kochał balet i operę. Dla prasy i obcych pełen ironii i pogardy. Traktował miłość instrumentalnie. I kochał całym sercem.

Jaki był? Tak naprawdę nie wiem. I wątpię, by ktokolwiek wiedział. Na pewno był Wiekim Udawaczem. I na pewno kochał urządzać wielkie przyjęcia, wręczać prezenty i wydawać pieniądze na antyki oraz dzieła sztuki. Żył pełnią życia, przekraczał granice, przesadzał. Bawił się, zadziwiał, szokował. Żył tak, jak na gwiazdę rocka przystało – sex, drugs and rock’n’roll były codziennością podczas tras koncertowych. Palił nałogowo. Ale w momencie, gdy zalecono mu odstawienie palenia, aby wydłużyć mu życie – rzucił z dnia na dzień i nigdy więcej nie zapalił. Na pytanie, co będzie robił w wieku siedemdziesięciu lat, odparł kpiąco Mój drogi, na długo wcześniej będę martwy. Tak naprawdę nie wiadomo, od kiedy wiedział, że umiera. Mogły być to najmniej cztery lata, maksymalnie sześć lub siedem.

Nagrywał dopóty mógł, ostanie wersy wyśpiewał na dwa tygodnie przed śmiercią. Napisał międzynarodowe, kultowe utwory znane do dziś – jak choćby We Are The Champions. Połączył świat muzyki popularnej i rocka z operą i muzyką klasyczną,  tworząc album Barcelona z wielką diwą operową, Montserrat Caballé. Jest autorem słów i muzyki do Bohemian Rhapsody, Don’t Stop Me Now, Killer Queen, Crazy Little Thing Called Love, Bicycle Race, I Was Born To Love You i wielu, wielu innych…

Jego urodziny to powód do świętowania. To czas radości, zabawy, czas wykrzykiwania słów jego piosenek, więc jak sam śpiewał…

Let’s go chasing rainbows in the sky

It’s my invitation

Let’s all take a trip on my ecstasy

I’m Mr Bad Guy

Yes I’m everybody’s Mr Bad Guy

Can’t you see I’m Mr Mercury

Woh-oh, spread your wings and fly away with me

(Mr Bad Guy, album Mr Bad Guy, 1985)

Natalia Stanusch

Studentka John Cabot University w Rzymie. Jej wieczny uśmiech to znak rozpoznawczy. Każda pora roku jest dla niej ulubioną. Uważa, że nuda to choroba, dlatego zawsze ma w głowie dziesiątki pomysłów. Kocha ludzi, rozmowy, tańczenie i śpiewanie. Wynajdywanie sobie nowych, nie raz niesztampowych wyzwań to jej hobby. Najpiękniejsze zwierzęta świata to dla niej mopsy. Bez muzyki nie potrafi żyć, tak jak bez muzeów, malarstwa, wycieczek w góry i teatru, po obu stronach sceny. Lubi czytać, chodzić na długie spacery, oglądać filmy, głośno się śmiać, pisać, podróżować, także palcem po mapie. Nie znosi szarości.

1 Komentarz
  1. Fajny tekst. Ludzie powinni dzielić się swoimi tekstami, myślami.
    Tylko jest błąd, zjadłaś literkę „prawo jady” 😀
    Od razu sprostuję. Freddie ostatnie podejścia nagrał w maju/czerwcu 1991, nie na dwa tygodnie przed śmiercią, jak to opisałaś.
    Ostatni raz był w Montreux w październiku, był w studio, ale niestety nic nie nagrał, jedynie pracował, dość krótko, nad wstępnymi mixami.
    Ta ostatnia wizyta bardziej miała na cel meblowania jego apartamentu w Montreux 😉

    Ogólnie fajnie, że taki tekst napisałaś. Duży plus

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany