Rumieńce lata pobladły, czyli moje wielkie, wiejskie wakacje

Obserwuję jak lato przygasa, samoistnie schodzi z tronu, ustępując miejsca jesieni. Ostatnie podrygi ciepłego, letniego słońca, przyjemnie prowadzą mnie po wakacyjnych letnich wspomnieniach sprzed lat.

Pogrążona w zalążkach wykluwającej się jesieni, od kilku dni daję się ponieść do wakacyjnych śladów zrobionych przed laty. Z racji, że od kilku lat wakacji  (w pełnym tego słowa znaczeniu) nie mam, a dwa miesiące spędzam, jak cały rok w zalanej betonem i żarem Warszawie, z rozkoszą odszukuję w pamięci wspomniane ślady nastoletnich letnich miesięcy i z czułością ponownie wsuwam w nie stopy.

Wakacje na wsi były obowiązkowe. Były jak amen na końcu pacierza, jak dzień dobry rzucane po wejściu do sklepu, jak prezenty na Boże Narodzenie i jak tęcza po ciepłym, deszczowym dniu. Bez wakacji na wsi wakacje nie mogły być udane i w pełni odbyte.

Wakacje na wsi, kiedy miałam kilka i kilkanaście lat, to były ostatnie chwile, kiedy moja obecnie potwornie blada skóra, kumplowała się chętnie z promieniami słońca i pozwalała się im na sobie rozgościć, w efekcie dając nawet widoczne rumieńce. Pamiętam, że dni były wtedy długie, a światło dzienne nie ustępowało do późnych godzin wieczornych. Teraz, ku mojej rozpaczy i niedowierzaniu, zwija się z horyzontu przed 21 i zadowolone każe na siebie czekać aż do kolejnego wschodu. Rano ponownie rozpala nagie ramiona mieszkańców mojego kraju i prześmiewczo opala twarz wokół okularów przeciwsłonecznych. Mam teorię, że słońce robi to specjalnie. Skoro my się przed nim kryjemy, uciekamy przed nim i gardzimy jego ciepłym dotykiem, to ono w ramach rewanżu opala nas w tzw. łaty.

Co rok, o tej samej porze, z walizką pełną uszykowanych przez moją mamę ubrań i akcesoriów, z wypiekami na twarzy i nieposkromioną radością, dawałam się porwać letniej przygodzie. Chyba się ze mną zgodzicie, że dziecięce rozumowanie odległości czy upływu czasu, ma swój własny, nieobecny w rzeczywistości dorosłych wymiar, dlatego każde takie wakacje były dla mnie odległą, ba, nawet niewiarygodnie daleką wyprawą. Były czymś na kształt obietnicy niezapomnianych wrażeń, obficie płynącym strumykiem letnich atrakcji i co najważniejsze, poczuciem wolności uzyskanej na skutek oddalenia się od rodzinnego gniazda, od obowiązków i rodziców. Punkt moich wakacyjnych szaleństw był oddalony od mojego miasteczka nieco ponad 20 km, ale w tamtych czasach była to dla mnie niewyobrażalna odległość. Za każdym razem, gdy tam jechałam, myślałam, że to o mnie są początki tych wszystkich baśni: za górami, za lasami, za wielką wodą, za odległą krainą. Oczywiście po drodze nie było żadnych gór, wód, lasy owszem, ale nie miało to nic wspólnego z tymi obrazami, którymi raczyli Bracia Grimm. Tygodnie spędzane z dala od nagrzanego betonu, spalin, blokowisk z osobliwymi paniami-kamerami, bez sklepów na każdym rogu i tysięcy innych ludzi wokół, mijały w dziecięcej naiwności, szczęśliwości i namacalnym kontakcie z przyrodą. 

Te wiejskie wakacje to element życia, którego za żadne skarby świata nie chciałabym zamienić, a tym bardziej oddać. Co tam robiłam?  Skakałam po słomie, aż do pierwszej krwi, brałam udział w zawodach w pluciu pestkami od wiśni, grałam w chowanego z dwoma młodszymi siostrami, chodziłam na boso i w piżamie po okolicy, podglądałam pasące się krowy, a potem pomagałam odprowadzać je do szopy. To były fantastyczne chwile: beztroskie, miodowe, oblane ciepłym mlekem prosto od krowy, zapachem dopiero co skoszonej trawy i smakiem piasku na truskawkach, zjadanych prosto z krzaka.

Lato na wsi w ogóle było jakieś inne. Tak, jakby ktoś malował je inną paletą kolorów niż to w mieście. Myśląc o tym, widzę żółte wazony kwiatów, złote stogi siana, zieloną trawę w ogródku, butelkowy kolor drzew na horyzoncie, zatopionych koronami w błękicie tutejszych chmur. Chmury na wsi też były inne. Bez czarnych kołtunów, nieskazitelne, bez smogu. A dźwięki też pamiętam osobliwe. Sąsiedzi pokrzykujący na dzieci, które z wielką frajdą wybiegały na jezdnie, oczywiście pod jadące traktory z przyczepami z żytem i piachem, melodia piejących kur co rano, miauczenie kotek, które gdzieś przy piwnicy rodziły potomstwo, jazgot trzody chlewnej. 

Piszę to, bo tęsknię do tych moich wielkich wiejskich wakacji. Tkwię teraz w wielkim mieście i z lubością rozpamiętuję te czasy, kiedy każdego lata byłam nianią dla psów i królików, robiłam pogrzeby biedronkom, budowałam krzyże z cieniutkich traw i kradłam jabłka od mieszkańców sąsiednich domów.

Mimo, że uwielbiam pęd życia w wielkim mieście, krzyczące dzieci w supermarketach, niewyobrażalny tłok w autobusach, dostęp do wszystkich miejsc kulturalnych, to wróciłabym choć raz do tamtych wakacji. Tęsknie za nimi. Za sianem w skarpetkach, zdartymi do krwi kolanami, spacerami szosą w towarzystwie komarów i rozmowami na tematy (wtedy abstrakcyjne) dotyczące dorosłego życia. Wtedy nie do końca doceniałam to wiejskie, małe życie, a teraz chętnie teleportowałabym się z Mokotowa na znane mi łąki, pola, lasy i tam osiadła na kilka, kilkanaście dni. Bo mimo mojej mieszczańskiej duszy, chyba każdy ma czasem dosyć gnania bez zastanowienia, jak ten chomiczek w kołowrotku. Ja też.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany