Boska Florence Welch

Mam tak pokrętnie ukształtowany gust muzyczny, że zdecydowanie wolę męskie wokale. Kobiecy głos musi być naprawdę niepowtarzalny, aby przyciągnąć moją uwagę. I jest taki jeden – jego posiadaczką jest Florence Welch.

Heavy In Your Arms – wszystko zaczęło się od tego utworu, który znajdował się na ścieżce dźwiękowej do pewnego popularnego wówczas filmu dla nastolatków. To był bodajże rok 2010 – aż ciężko uwierzyć, że tak dawno temu. Urzekł mnie wyjątkowy klimat tego kawałka i ten głos jak dzwon, którego pogłos nadal dźwięczał gdzieś w zakamarkach umysłu. Później usłyszałam piosenkę, jak się okazało, Dog Days Are Over, którą wybrała tancerka podczas pewnego konkursu talentów, w którym uczestniczyłam. Przyciągnął mnie wokal i nie pomyliłam się – wykonawcą był nie kto inny, jak Florence Welch wraz z zespołem The Machine.

Później lawina zachwytów ruszyła sama. Nie tylko moja. Cały muzyczny świat pokochał Brytyjkę o płomiennorudych włosach, która po prostu czarowała publiczność. Nie tylko mezzosopranem łapiącym najwyższe dźwięki w skali, ale przede wszystkim unikatową osobowością, charyzmą i urokiem osobistym. Florence jest kobietą delikatną, subtelną i głęboko uduchowioną, ale jednocześnie drzemie w niej potężna siła. Wydaje się być jak prawdziwy artysta – widzieć więcej, czuć mocniej. Jest jak leśna wróżka, nie tylko ze względu na kwiatowe elementy w garderobie (nie bez kozery uznawana jest za ikonę stylu vintage), ale na tę szczególną ulotność i szczyptę magii w swojej twórczości.

 

Florence wraz z zespołem The Machine mają na swoim koncie trzy albumy i trzeba przyznać, że żadnej złej piosenki. W każdej kompozycji Welch pozostawia ogromny kawał swojego pięknego i kolorowego serca, dzięki czemu każda pojedyncza nuta jest tak wyjątkowa. Na debiutanckim longplayu Lungs Florence była najbardziej dziewczęca, skora do zabawy i bardziej energicznych, muzycznych rozwiązań. Ceremonials – drugi w kolejności, ale chyba mimo wszystko mój ulubiony, głównie za sprawą numerów Only If For A Night oraz What The Water Gave Me – wydaje się krążkiem przejściowym, powiązanym silnymi więzami z pierwszym albumem. Natomiast How Big, How Blue, How Beautiful jawi się jako mały przełom w dorobku artystki. Flo nagrała tę płytę po bolesnym rozstaniu ze swoim wieloletnim partnerem. Ten smutek i rozdarcie rozbrzmiewają w kolejnych pozycjach, tworzących spójną całość – opowieść, która doczekała się ekranizacji w postaci 48-minutowego filmu, będącego barwnym, rozbudowanym teledyskiem pod tytułem The Odyssey.

Trzykrotnie miałam tę niewyobrażalną przyjemność, by być na koncercie Florence and The Machine, bowiem artystka często odwiedza nasz kraj. Nic dziwnego, wszak polski fanklub jest bardzo oddany i za każdym razem przygotowuje specjalne akcje, które zawsze wzruszają Flo. Mój pierwszy raz był podczas Orange WarsawFestival 2014. Ujrzenie anielskiej Florence biegającej w te i z powrotem po scenie w powłóczystej, półprzezroczystej czerwonej sukni w kwiaty było jak objawienie. Dwa następne występy na żywo – koncert w łódzkiej Atlas Arenie w 2015 i ten na Open’erze w 2016 roku były nieco inne. Wtedy wokalistka była już po tej małej transformacji – długie suknie zostały zastąpione garniturami, a sama Welch sprawiała wrażenie bardziej niezależnej, doceniającej wolność i świadomej swojej własnej wartości. Jednak nadal pozostała królową wrażliwości, której każdy, pojedynczy gest i ruch na scenie, czy w teledyskach, jest przepełniony emocjami.

 

Czas płynie nieubłaganie, chociaż z muzyką Florence and The Machine mam wrażenie, że dzieje się to tak jakby… przyjemniej. Jeśli od słów przejdziemy do cyfr, to wygląda na to, że towarzyszy mi ona już 7 lat, a 28 sierpnia Florence skończy 31 lat. Z tej okazji pragnę jej życzyć tylko tego, aby wciąż pozostała sobą – magicznym elfem, który rozjaśnia często smutną i szarą codzienność, przenosząc nas do swojej bajkowej krainy. Mnóstwa inspiracji przy tworzeniu czwartego krążka i kolejnego koncertu w kraju nad Wisłą, choć to może jest bardziej życzenie dla mnie.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany