Czasem musi być nieczule – wywiad z Natalią Sikorą

W Teatrze Polonia w spektaklu Piękny nieczuły wciela się w samą Edith Piaf. Jak mówi, muzyka jest dla niej najważniejsza, podobnie jak miłość, bez której wszyscy stalibyśmy się beznamiętnymi robotami. Przed wyjściem na scenę pokonuje dziesiątki kilometrów na rowerze i prowadzi hippisowski tryb życia. Natalia Sikora vel Joplin vel Piaf.

Iga Herłazińska: Co jest najciekawszego w byciu dorosłym?

Natalia Sikora: Chyba to, że dzięki tej świadomości, którą zdobywamy z biegiem lat odkrywamy świat wciąż na nowo. I ten zbiór doświadczeń, który otrzymujemy pozwala nam się ukształtować. Bardzo się staram, żeby pomimo upływu lat pozostać otwartą i twórczą. Dorosłość kojarzy mi się także ze spotkaniem – czasem bolesnym – z racjonalnością. Znam ludzi, którym odebrała ona pewien rodzaj otwartości. I za to jej nie lubię.

IH: A pamiętasz swoje pierwsze, ważne spotkanie ze sztuką?

NS: Teatr. Pamiętam doskonale jak polonistka wysłała mnie do Teatru Rondo w Słupsku i spotkałam tam po raz pierwszy Jolę Krawczykiewicz. Zapytałam się jej wtedy naiwnie: Czy tutaj działa jakieś kółko teatralne?. A Jola przełknęła ślinę, spojrzała na mnie wymownie i powiedziała: Tu nie ma żadnego kółka, ale jest grupa teatralna. To był moment, kiedy tak zaiskrzyło, że to było oczywiste, że już tam zostanę. I kolejna historia, tym razem związana z Marcinem Bortkiewiczem. Marcin grał wtedy w Rondzie monodram Satana, na którym – nie boję się użyć tych słów – zupełnie odleciałam, miałam dreszcze. Potem tych ważnych spotkań było coraz więcej i więcej…

IH: Co musi zdarzyć się w teatrze, żebyś mogła powiedzieć: To była magia?

NS: Super, kiedy w teatrze jest kontakt z widzem. Ale nie kontakt na zasadzie obrażania widza, wyśmiewania go… Prowokacja – tak, ale nigdy przekraczanie granic, nigdy brak szacunku. Ludzie na scenie powinni mieć cię za partnera, prowadzić cię jako odbiorcę w równoznaczny sposób, nie traktować z góry. A po drugie – drażnią mnie spektakle, które są bliskie bycia obyczajowymi i komentującymi rzeczywistość, a intrygują te, które mogą być ucieczką, odlotem od rzeczywistości, pod warunkiem, że dotykają sprawy czysto ludzkiej. Nie lubię spektakli, w których nie spotyka się człowiek z człowiekiem. A takie też niestety się zdarzają. To bez sensu, bo scena kocha wszystko co ludzkie, proste, a jednocześnie – co utkane z wyobraźni.

IH: A muzyka?

NS: Dla mnie? Jest najważniejsza. Muzyka przez to, że ma takty, frazy, jest całym światem utkanym z samej siebie. Teatr to materia umożliwiająca komponowanie tego świata. Dlatego uwielbiam spektakle, w których czuje się rytm.

IH: Kobieta ze świata muzyki, która miała na Ciebie największy wpływ to…?

NS: Janis Joplin, oczywiście. Słuchałam jej od dziecka, jej muzyka, wizerunek, sposób bycia wpłynęły na to, jak postrzegałam inne wokalistki – zawsze przez jej pryzmat. Późniejsza próba utkania z niej postaci teatralnej otworzyła mi niejako oczy na świat. Joplin „dała mi wolne myślenie”. Dużo wniosła do mnie-aktorki, bo dzięki niej zrozumiałam, że trzeba zawsze tchnąć w postać swoje czyste emocje.

Justyna Kowalska: Czyli Joplin absolutnie bezkonkurencyjna?

NS: Tak… Ale na przykład Tina Turner – prawdziwa bomba. Połączenie delikatności, zmysłowości, seksu i ognia. Nie spotkałam się z drugą taką osobą, marzę o tym, żeby wystąpić kiedyś z nią na scenie, zaśpiewać. Więc są inne wokalistki poza Joplin.

IH: Nie tylko Turner, ale też Edith Piaf…

NS: Edith poznałam, gdy byłam już trochę starsza. I muszę przyznać, że ona bardzo długo nie była – właściwie aż do momentu pracy nad rolą w Pięknym nieczułym – z mojego tzw. pulsu muzycznego. Natomiast zawsze porażała mnie jej osoba, jej siła, moc jej głosu. To jest głos, który w tobie zostaje. Czasem włączasz jakąś muzykę, mijają trzy dni i w zasadzie nic nie pamiętasz – ani barwy, ani harmonii. A w przypadku Piaf jest zupełnie inaczej.

IH: To prawda, że nie znałaś wcześniej języka francuskiego i przygotowując się do roli w spektaklu rozpisywałaś sobie wszystko fonetycznie?

NS: Tak! (śmiech) Uczyłam się francuskiego w liceum, ale tak naprawdę bardzo szybko wymigałam się od tej nauki. Potem miałam krótką przygodę z tym językiem podczas Festiwalu Piosenki Francuskiej, ale na tym koniec. No i nadszedł czas pracy nad Pięknym nieczułym… Najpierw wybrałam konkretne utwory, potem zaczęłam się ich uczyć. Śpiewałam sobie z Edith i myślałam: Całkiem nieźle, dobrze mi idzie. Ale przyszedł moment, gdy wyłączyłam Piaf, usłyszałam tyko siebie i spanikowałam. Poszłam na próbę, podeszłam do Edwarda [Edward Wojtaszek, reżyser spektaklu Piękny, nieczuły – przyp. red.] i powiedziałam: Sorry Edward, ale ten numer nie przejdzie, musimy tłumaczyć teksty na język polski. Na szczęście – co teraz doskonale rozumiem, bo po czasie zdałam sobie sprawę, że te teksty nie miałyby takiej mocy w żadnym innym języku – Edward przekonał mnie, że dam radę i po dżentelmeńsku umówiliśmy się, że wspólnymi siłami dojdziemy do celu. Chociaż potrzebna była do tego naprawdę kosmiczna cierpliwość.

fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

JK: Zdradzisz ile czasu zajęła Ci nauka?

NS: Kojarzycie ten numer L’homme a la moto? On trwa jakieś dwie minuty, a ja uczyłam się go tydzień. Zupełnie nie mogłam go zapamiętać. Ale wiecie co? Ten krótki moment załamania okazał się dla mnie przełomowy w pracy na tą rolą. Uświadomiłam sobie wtedy, jak trudne było życie Edith, jak wiele musiała poświęcić dla muzyki. Nam się wydaje, że to są proste utwory, ale tak naprawdę one są rytmicznie szalenie skomplikowane. Piaf musiała wykonywać nad nimi katorżniczą pracę. To właśnie z tego jej zapracowania, ciągłego biegu i ambicji wzięła się jej nerwowość. Moje chwilowe zwątpienie, strach przed ogromem pracy, jaki mnie czeka dopełnił tę postać. Tak myślę.

IH: Byłyśmy na premierze. To co się wtedy działo, to było niezapomniane przeżycie. Wspominałaś o kontakcie z widzami, o energii pomiędzy aktorami na scenie z ludźmi siedzącymi na widowni. Udało się Wam to osiągnąć.

NS: Nas na próbach była zawsze czwórka, dlatego gdy zobaczyłam siedzące na widowni osoby, zatkało mnie, bo zrozumiałam wtedy, że muszę się obnażyć, że muszę pokazać jak na dłoni – przed innymi ludźmi – swoje emocje, słabości. Była taka próba, na którą przyszła pani Krystyna Janda i kilka innych osób związanych z Fundacją. To była chwila, której bardzo się bałam – chwila zweryfikowania swoich wyobrażeń z tym, jak odczytuje to widownia. Ale po tej próbie już wiedziałam, że udało nam się obronić ten tytuł. Piękny nieczuły. Zrozumiałam, że tak musi być, że na scenie musi być szalenie nieczule, żeby tam, po drugiej stronie zrobiło się czuło. Wtedy też dotarło do mnie, że nie mogę się tego bać, o czym wielokrotnie przypominał mi podczas prób reżyser, dbając o mój komfort, otaczając mnie opieką. (cisza) To jest fascynujące, że w ludziach pojawia się czułość wtedy, gdy widzą do czego może doprowadzić brak uczuć.

IH: Fascynujący jest też moment, gdy śpiewasz, a ludzie z widowni rzucają w Twoim kierunku kwiatami. Nie mogłam uwierzyć, że to nie jest wyreżyserowane. Bo jakim cudem – idealnie, w tym samym momencie – morze róż?

NS: To jest znak jedności, współodczuwania. Ja po tym spektaklu często bardzo długo nie mogę zasnąć. I okazuje się, że nie tylko ja, bo ludzie piszą do mnie na Facebooku, że z emocji nie mogą, nie chcą spać, że otworzyły im się oczy.  I wyobraźcie sobie, że my jesteśmy na scenie tylko we dwoje, więc wszystkie te emocje, które krążą nad sceną, nad widownią bierzemy na siebie.

JK: Umówmy się – we foyer po Pięknym nieczułym mówi się tylko i wyłącznie o spektaklu. Nikt nawet nie próbuje zmieniać tematu, bo te słowa i obrazy pozostają w głowie, nie sposób się od nich uwolnić.

NS: Myślę, że fenomenem tego spektaklu jest fakt, że jest to spektakl o miłości. Niestety, ale teraz coraz rzadziej mówi się o uczuciach – zmienił się język, forma. Ale nie zmieniła się wrażliwość, a miłość – cokolwiek by się nie mówiło – jest najważniejsza. Możemy przed nią uciekać, możemy się jej wypierać, ale bez wiary w nią jesteśmy nieszczęśliwi. Dlatego wychodzę z założenia, że trzeba o niej mówić, szczególnie w teatrze. Nie chcemy przecież zamienić się w beznamiętne roboty.

IH: A w tym spektaklu ostatecznie zwycięża przecież miłość.

NS: Tak. Nie miłość jako coś małego, nieporadnego między dwójką ludzi, ale jako niewyobrażalna siła, która ma też swoje źródła w wierze i nadziei. Bo przecież Piękny nieczuły daje ludziom nadzieję, uczy, żeby nie traktować wszystkiego ostatecznie, nie spalać się, ale walczyć do końca. Bo zawsze jest o co.

fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

JK: Trudno się gra z milczącym partnerem?

NS: Szczerze? Gdyby nie było Pawła [Paweł Ciołkosz – przyp. red.] obok, na scenie, to ja bym zginęła. Nie dałabym rady sama unieść tych wszystkich emocji. I chociaż Paweł rzeczywiście przez cały spektakl nie wypowiada ani słowa, jego rola jest równie istotna. On po prostu jest, czuć jego energię, zaangażowanie. Dzięki temu Piękny nieczuły to historia dwojga ludzi, to pełnoprawny spektakl, opowiadający o relacjach, o strachu i poniżeniu. No właśnie… Ja przez długi czas miałam problem ze swoją postacią, bo stałam murem po stronie tego mężczyzny. Nie potrafiłam zrozumieć, że człowiek może być do tego stopnia zaślepiony, że może dawać się tak poniżać. Dopiero kiedy odkryłam to permanentne zmęczenie, które rządziło Edith, jej pracoholizm i uzależnienie od lekarstw, zaczęłam rozumieć jej postępowanie, skomplikowany charakter. To była osoba, która niszczyła sama siebie, biorąc na siebie za dużo – obowiązków, emocji, zamykając się w sobie.

JK: A Ty masz swoje sposoby na rozładowanie stresu, na przykład po secie wyczerpujących spektakli?

NS: Sport. Bardzo dużo jeżdżę na rowerze. Gdy zbliża się wieczór z Edith, o poranku wsiadam na rower i robię dwadzieścia kilometrów, a gdy tych stresów kumuluje się więcej, robię nawet do sześćdziesięciu kilometrów. Mam taki swój warszawski szlak rowerowy – zaczynam od Mostu Świętokrzyskiego, a kończę na Moście Północnym. Jakieś trzydzieści kilometrów. Po drodze cisza (tak, cisza w Warszawie!), natura, spokój…

IH: A wieczorem…

NS: A wieczorem lubię włączyć dobry film – albo psychologiczny, albo kryminał. Al Pacino idealny na zmęczenie i stres.

IH: To co było grane ostatnio – Człowiek z blizną czy Ojciec chrzestny?

NS: Ostatnio… Ostatnio oglądałam Narzeczoną Frankensteina z 1935 roku. Genialny. Twórcy Frankensteina postanawiają skonstruować dla niego kobietę, która go pokocha i zrozumie. (cisza) Ja szukam takiego Frankensteina!

IH: Do wspólnego pokonywania warszawskiego rowerowego szlaku Sikory?

NS: Też! I do dalszych podróży. Na przykład na Azory. Cudo: wulkan, ocean, w którym pływają wieloryby… Jeżeli raj istnieje na ziemi, to tam.

JK: A zdradzisz, jaką książkę zabrałabyś z sobą do tego prywatnego raju?

NS: Na Azory? Na Azory koniecznie Dzieci z Bullerbyn. A w słuchawkach śpiewałby Neil Young. I to byłaby pełnia szczęścia.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany