Gwiazdy polskiego rocka: Robert Gawliński

Jaki sekret tkwi w sukcesie Roberta Gawlińskiego? Ma on niezwykły dar do tworzenia utworów, które z jednej strony zawierają wszystkie wartościowe cechy rocka, a z drugiej są tak chwytliwe, że potrafią porwać tłumy osób, które na co dzień raczej nie są koneserami różnorakich brzmień muzycznych. Czego Gawliński się nie dotknie, to zamienia to w przebój.

Karolina Kozłowska: Roberta Gawlińskiego i zespół Wilki, którego jest liderem i wokalistą, kojarzy chyba każdy Polak, który ma w domu radio. Takie utwory, jak chociażby Baśka czy Urke są do dzisiaj grane przede wszystkim w komercyjnych stacjach radiowych. Nimi naznaczone były też lata mojego dzieciństwa. Pamiętam, że miałam może 6-7 lat, gdy zapanował prawdziwy boom na te kawałki i można je było usłyszeć dosłownie wszędzie. Teraz, gdy minęło już sporo czasu od premiery płyty 4, z której pochodzą wspomniane przeze mnie piosenki, sięgam przede wszystkim po dwa pierwsze albumy Wilków – debiutancki zatytułowany po prostu Wilki i drugi krążek Przedmieścia. Były dużo bardziej rockowe, a tekściarz-Gawliński jawił się na nich jako człowiek jeszcze poszukujący, odrobinę niepewny, wciąż próbujący rozgryźć otaczającą go rzeczywistość.

Jednak na ten moment jestem zafascynowana kapelą, w której Robert grał przed Wilkami – nowofalową Madame. Po tegorocznej edycji festiwalu w Jarocinie zaczęłam zgłębiać jego historię, a Madame debiutowała właśnie podczas Wielkopolskich Rytmów Młodych w 1984 roku, a jej numer Gdyby nie szerszenie został wykorzystany w ścieżce dźwiękowej filmu dokumentalnego Piotra Łazarkiewicza Fala z 1985 roku. Uwielbiam ten utwór w całej jego surowości, a przede wszystkim ekspresyjny, może nawet trochę patetyczny, wyśpiewujący z namaszczeniem poszczególne frazy wokal zaledwie dwudziestoparoletniego wówczas Gawlińskiego, z którego życiowymi rozterkami mogę się utożsamiać dwudziestojednoletnia ja. Myślę, że warto również posłuchać bardziej współczesnej wersji tego numeru, którą nagrała formacja Muchy przy okazji projektu Powracająca FALA. Wielka szkoda, że Madame nie było dane zrobić wielkiej kariery. Kapela rozpadła się po dwóch latach istnienia, pozostawiając nieliczne, ale za to jak znakomite utwory: Może właśnie Sybilla, Szachy czy Dzień narodzin.
Jakie są Twoje pierwsze skojarzenia, gdy padnie nazwisko Robert Gawliński?

 

Natalia Rieske: Kiedy słyszę Robert Gawliński, od razu myślę – dzieciństwo. Na moim podwórku, na którym co dzień się bawiliśmy, nie mogło zabraknąć wspomnianych na samym początku przez Ciebie utworów. Kto wtedy nie śpiewał: Piękne jak okręt pod pełnymi żaglami (…)? Faktycznie masz rację, że te piosenki wywołały niemałe boom. Wstyd to pisać i przyznać sama przed sobą, ale niestety nigdy nie byłam na bieżąco, jeśli chodzi o twórczość Gawlińskiego. Nie mam na myśli tylko najbardziej popularnego zespołu, w którym jest liderem, czyli Wilków, ale ogólnie. Moja znajomość ogranicza się do tych najbardziej znanych i śpiewanych przez wszystkich piosenek. Mimo mojej małej wiedzy na temat wokalisty, zawsze ceniłam w nim te ciągłe poszukiwanie i odnajdywanie samego siebie poprzez śpiewane przez Gawlińskiego piosenki. Piękna jest także prostota tekstów i ta emocjonalność, które uderzają w samo sedno. Za każdym razem obiecuję sobie, że nadrobię zaległości, jednak moje plany idą na marne. Wiem, że Robert Gawliński na pewno należy do artystów, którym warto poświęcić dłuższą chwilę i zatracić się w jego muzyce, dlatego też z ogromną przyjemnością dowiem się od Ciebie czegoś więcej, o jego twórczości i będą to informacje, które zainspirują mnie do nadrobienia zaległości.

KK: Jeśli chodzi o twórczość Wilków, to ogromnym sentymentem darzę utwory Son of the Blue Sky i Eli lama sabachtani. To piękne, przejmujące i niezwykle emocjonalne kawałki poruszające kwestie śmierci (Son of the Blue Sky powstał ku pamięci basisty zespołu Adama Żwirskiego, który zmarł w wyniku przedawkowania alkoholu i narkotyków), ale ogólnie i szeroko pojętej straty, poczucia alienacji i osamotnienia. Smutne ballady stały się znakiem rozpoznawczym kapeli Gawlińskiego na początku jej muzycznej drogi. Pod względem instrumentalnym w większości piosenek przeważa nastrojowa gitara akustyczna. Takie aranżacje pozwalały wyeksponować magnetyzujący głos Gawlińskiego, który koił i uspokajał, jak chociażby w kawałku Cień w dolinie mgieł. Jednak to nie znaczy, że grupa nie tworzyła również bardziej optymistycznych numerów. Wyróżniłabym tutaj Aborygena, który jest swoistą apoteozą wolności i pozytywnego myślenia, a także N’Avoie, który oprócz optymistycznego przekazu ma po prostu szalenie energetyczną i chwytliwą melodię, głównie dzięki użyciu dęciaków.

Niech słowa pięści zamienią w szum wody
Niech przyjdą noce szalonej miłości
Niech to co wzięte zostanie oddane
Niech to co inne zostanie pokochane
Niech miłość płonie w świetlistej koronie

Jakie są Twoje ulubione kawałki śpiewane przez Gawlińskiego?

NR: Kiedy przeczytałam Twoje ostatnie pytanie, pierwszą piosenką, która przyszła mi do głowy była wyżej przez Ciebie wspomniana –  Cień w dolinie mgieł. Momentalnie zaczęłam śpiewać słowa: Kiedy przyjdzie dzień i zbudzi nasze ręcę, kiedyś wszystko może zmieni się. Szczególnym sentymentem darzę właśnie tę piosenkę –  pamiętam jeszcze te chwile, w których w moim domu odtwarzano piosenki na kasecie magnetofonowej. Mój tata bardzo często jej słuchał, muszę przyznać, że ja nie należałam początkowo do zwolenników tego utworu. Dopiero w chwili, gdy w 2009 roku odbył się koncert MTV Unplugged Gawliński wykonał ten utwór w duecie z Kasią Kowalską, pokochałam maksymalnie ten kawałek. Do tej pory daje mi bardzo dużo spokoju, sprawia, że momentalnie się wyciszam i wyłączam. Ale tak na poważnie, zdecydowanie moim ulubionym utworem śpiewanym przez Roberta, od zawsze jest Jeden raz odwiedzamy świat – utwór, do którego mogę powracać bez końca, nigdy mi się nie nudzi, co więcej – za każdym razem odkrywam go na nowo.

 

KK: Myślę, że warto również pochylić się nad solową twórczością Roberta. Muzyk wydał w sumie pięć płyt sygnowanych swoim nazwiskiem, z czego cztery w latach 90. ubiegłego stulecia, praktycznie jedna po drugiej w przeważnie rocznych odstępach czasu. Co ciekawe, Gawlińskiemu w nagrywaniu materiału towarzyszyły znane osobistości ze świata muzycznego, jak chociażby bardzo ceniony kompozytor i producent muzyczny Andrzej Smolik czy gitarzysta i basista, muzyk legendarnej republiki Leszek Biolik. Z tego solowego repertuaru mi do gustu bardzo przypadła piosenka Szyba między nami – minimalistyczna ballada, której melodia stanowi romans gitary akustycznej z dźwiękami trąbki w bridge’u, ale wyróżniająca się przede wszystkim przykuwającym uwagę tekstem:

Zakochamy się
pieszcząc szybę między nami
I będziemy się całować
pieszcząc szybę między nami
W każdy dzień, w każdą noc
chłodniejsi, bliżsi
ale ciągle sami

Pokochamy się
a potem dokładnie siebie poznamy
polubimy szybę,
która będzie między nami
w nowych słowach
będę mówił wciąż do siebie
Nowe słowa
będziesz mówić wciąż do siebie

Ponadto stałymi pozycjami na mojej playliście były zawsze kawałki Modlitwa do słońca, odznaczający się surową energią – jest w nim coś pierwotnego, nie tylko ze względu na tematykę przywodzącą na myśl pogańskie wierzenia dawnych Słowian; Trzy noce z deszczem, a także Anioł Miriam wyróżniający się zadziorną warstwą tekstową, pochodzący z krążka Kalejdoskop wydanego w 2010 roku – jedynego współczesnego albumu Roberta. A co Ty sądzisz o solowym dorobku Gawlińskiego?

NR: Muszę przyznać, że bardziej jestem zaznajomiona ze starszymi kompozycjami , co więcej posiadam nawet ulubioną płytę spośród pięciu jego solowych! To drugi album wydany w 1997 roku –  Kwiaty jak relikwie, z którego pochodzi mój ulubiony kawałek – który w sposób szczególny kojarzy mi się z dzieciństwem – Nie stało się nic. To płyta, która zdecydowanie jest dla mnie kontynuacją pierwszego solowego albumu – Solo. Nie przeszkadza mi to ani trochę, lubię tamtego Gawlińskiego. Co więcej, to krążek, do którego naprawdę lubię powracać. Jest tam wszystko do czego lider zespołu Wilki zdołał nas przyzwyczaić – wpadające w ucho kompozycje i ten typowy dla niego hippisowski klimat. Jeśli zaś chodzi o ostatni solowy album Gawlińskiego – Kalejdoskop, cały czas się do niego przekonuję, na te chwilę nie mogę znaleźć utworów, które w sposób szczególny zapadłyby mi w pamięci – może to po prostu kwestia czasu.

Zmienia się świat jak w kalejdoskopie,
za kolorowe szkiełka sprzedany został Bóg –
i tylko my ciągle ci sami
szukamy swego szczęścia…

 

KK: Jaki sekret tkwi w sukcesie Roberta Gawlińskiego? Ma on niezwykły dar do tworzenia utworów, które z jednej strony zawierają wszystkie wartościowe cechy rocka, a z drugiej są tak chwytliwe, że potrafią porwać tłumy osób, które na co dzień raczej nie są koneserami różnorakich brzmień muzycznych. Czego Gawliński się nie dotknie, to zamienia to w przebój. Chyba nie jestem w stanie sobie przypomnieć wszystkich największych hitów Wilków czy solowych numerów artysty, bo ich ilość przyprawia o zawrót głowy. Oprócz tych wcześniej przez nas wspomnianych, są jeszcze przecież takie kawałki, jak Na zawsze i na wieczność, Bohema, Słońce pokonał cień, Love story, Ja ogień, ty woda czy Here I am. Gawliński ma ogromny talent, który okazał się rodzinny, bowiem jego synowie – bliźniacy Beniamin i Emanuel – poszli w ślady ojca i również są muzykami, przy czym Beniamin został pełnoprawnym członkiem zespołu Wilki, w którym gra na gitarze i klawiszach, a czasem wspiera wokalnie swojego tatę. Dzięki temu koncerty kapeli stały się międzypokoleniowymi spektaklami; podróżami przez czas i muzykę, czego dowodem był chociażby tegoroczny, jubileuszowy występ świętującej 25-lecie istnienia formacji na Przystanku Woodstock.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany