Bałkańska fantazja na Festiwalu Trąbki

Zaprzyjaźniona najbliżej z Openerem, przyzwyczajona jestem do Tent Stage, kolorowych opasek na nadgarstkach, brokatu na policzkach lansowanego od kilku edycji, bądź co bądź drogiego piwa i stoisk z ciuchami polskich it marek. Oczywiście, jaki festiwal, taka jego otoczka. Nie byłam więc zdziwiona, że tych wszystkich crop topów i beat imprez w Gucy, na największym bałkańskim festiwalu trąbki, zabrakło. Ostatecznie, najbardziej liczy się muzyka. A w tym ośrodku dętego jazgotu wydaje się ona szczególnie istotna.

Małe serbskie miasteczko – Guca – otoczone jest gęstymi lasami. W ich zakamarkach z drzew spadają soczyste śliwki i jabłka, owce spacerują krok za tobą, czasem można natknąć się na maleńki kościół lub domek, który przypomina te nasze, zakopiańskie. Dla wszystkich amatorów wielkich, nowoczesnych miast, w których pełno mrożonego latte, pośpiechu i galerii sztuki najbardziej współczesnej, Guca okaże się nie tyle wyzwaniem, co wytchnieniem. Jednak ten wiejski, sielankowy klimat nie trwa wiecznie. W sierpniu Guca przemienia się w dzikie święto muzyki, w szaleńczy korowód tańca oro, w zawistną bałkańską rywalizacje. Przede wszystkim – w prawdziwy, karnawałowy kult dźwięku.

Źródło: Guca.rs

W tym roku Festiwal Trąbki odbył się już 57 raz. Oczywiście zaczynało się niewinnie. Początkowo w Gucy odbywały się jedynie potyczki trąbkowe. Bowiem muzyka brassowa jest na Bałkanach szczególnie istotna, już od pokoleń. Mam wrażenie, że nasz folklor bywa często tematem niewygodnym, zbyt przaśnym. Przecież jako nastolatki nie tańczyłyśmy w Mazowszu, wszyscy woleli 17-letnią Rihanne. W Serbii ich muzyka jest sensem życia i zdaje się być dużo więcej niż samymi nutami. Właściwie o nutach tu nikt nie pamięta. To po prostu rytm duszy. Wygrana Złotej Trąbki jest najwyższym osiągnięciem dla bałkańskiego trębacza. Mówi się również, że sam udział w konkursie przemienia uczestnika w prawdziwego mężczyznę. Na przestrzeni lat muzycy nabierali profesjonalizmu i zbierali swoją grupę fanów. Dziś na koncertach Dejana Petrovica czy Bobana Markovica – zwycięzców poprzednich edycji konkursu – skacze cały stadion. Guca przekształciła się z lokalnego imprezy w prawdziwą rywalizacje i ognisty festyn muzyki bałkańskiej. Na Openerze bawiło się w tym roku 120 tys. ludzi, na Gucy przewija ich się nawet pół miliona. A ta liczba w ogóle nie dziwi. To prawdziwie inny świat, który zaskakuje swoją innością, ale chwilę później wciąga w pędny rytm.

Pierwszy dzień festiwalowy jest oczywiście największym zaskoczeniem. Już idąc z naszego campu, rozpoczęła się prawdziwa galeria osobliwości. Na straganach kobiety sprzedają łyżki, miski, tasaki (!!!) i siekiery. Kawałek dalej można zatrzymać się przy stoisku traktorów albo kupić piwo, które w spokoju chłodzi się… w ogromnej taczce. Mówi się, że Serbowie są butni i zawistni, więc siekiery mogłyby być nieco niepokojące. Zresztą historia mówi sama za siebie. W latach 90. to właśnie Serbów oskarżano o podburzanie konfliktu panującego w dawnej Jugosławii. Wiadomo, media różnie mówią, a rzeczywistość toczy się własnym nurtem. Serbowie – niezwykle rodzinni, uśmiechnięci przyjęli nas z otwartymi ramionami. Choć jeśli nie władasz serbskim, to komunikacja werbalna będzie niemożliwa, kontakt z pewnością rozpocznie się na innym poziomie.

Źródło: Tumblr.com

Bo już kilka metrów za naszym campem przy ulicach nie ma znaków drogowych z przekreśloną trąbką (tak, takie znaki w Serbii właśnie istnieją). Rozpoczyna się muzyczne kuriozum. Małe zespoły otaczają cię z każdej strony. Z jednej płynie spokojna solówka, z drugiej zespół pędzi w rytm Ederlezi, a kiedy zaczynasz tańczyć otacza cię cała kapela, zachwycona tym, że właśnie wspólnie przyciągacie publiczność. Stawka o popularność jest wysoka i traktowana śmiertelnie poważnie. Zespoły przekrzykują się, jeden dźwięk drze się o drugi, całe ulice zaczynają tańczyć. To nie jest kwestia wyboru, to prawdziwa epidemia tańca. W koło kręcą się Serbki w przewiązanych na biodrach chustkach, ktoś podrzuca do góry plastikowy kubeczek piwa, skaczesz z trąbką przystawioną prawie do głowy. Oczywiście, cygańska mentalność jest tutaj wzniesiona na wyżyny. Za taką wspólną zabawę trębacze dopraszają się dinarów. Jak mawiają – tylko ptaki śpiewają za darmo.

Po przejściu przez przepełnione miasteczko docieramy na stadion – to tutejsze main stage. W tym roku największymi gwiazdami byli wspomniani już Petrovic, bracia Markovic oraz Goran Bregovic. Na koncert tego ostatniego czekałam oczywiście najbardziej. Co zadziwiające, koncert Bregovica okazał się najsłabszy. Ten słynny kompozytor muzyki, odwieczny towarzysz filmów Kusturicy i twórca uwielbianego albumu z Kayah jest w połowie Serbem. Spodziewałam się więc prawdziwej bałkańskiej dzikości. W końcu, rodzima ziemia powinna dawać najbardziej pierwotną energię. Jednak Bregovic jest postacią kontrowersyjną. Wszyscy pamiętamy jego decyzję o zagraniu na Krymie po zaanektowaniu terenu przez Rosjan. Jego koncerty odwołano wtedy na Ukrainie, w Serbii, a także w Polsce. Mówiąc krótko – Serbowie Bregovica po prostu nie lubią. Kompozytor powiedział kiedyś: Z muzyką, nie mam do reprezentowania nikogo oprócz siebie – bo mówię pierwszym językiem świata, w którym każdy rozumie słowo muzyka. Uniwersalność dźwięku jest niezwykle wzruszająca, jednak sam Bregovic opiera swoją twórczość w całości o korzenie muzyki bałkańskiej. Muzyki, która dla tej kultury jest niezwykle istotna, jest jej pewnym fundamentem. Nie trzeba dodawać, że Ederlezi (polskie Nie ma, nie ma ciebie) jest cygańską, tradycyjną pieśnią. A dziś kojarzymy ją przecież z hitem Gorana. To tłumaczy jego koncertowy wybór. Bregovic zagrał ze swoim starym, jugosłowiańskim jeszcze zespołem – Bijelo dugme. Mnie te rockowe kawałki szczególnie nie poruszyły, ale Serbowie wspominają zespół jako kultowy. Jednak do każdego przybywają wzruszenia. Na bis po niebie rozbłysły fajerwerki, a Bregovic zaśpiewał Byłam różą. Na takie momenty już nie ma słów. Publiczność śpiewała zachrypniętym po całym festiwalu głosem, a łzy, te które pojawiają w momencie świadomości, że dzieje się coś o czym marzyłaś, zalały mi całe ciało. Miles Davis powiedział w Gucy kiedyś: Nie wiedziałem, że można tak grać na trąbce. Ja dalej nie wierzę, że taką magię tworzą ludzie.

Tańcząc do coveru Avicii granego przez orkiestrę Petrovica, czy uprawiając prawdziwe dirty dancing pod sceną na Markovichach, braknie tchu. Ale koncerty kończą się już koło 23. Wszystko przenosi się w zakrzyczane korytarze miasteczka. Bębniarze wciąż mają siłę, by uderzać w membranę, a z barów zaczyna się snuć bałkańskie, uwaga!, disco. Nie byłam gotowa na Have nagile przyprawioną beatem, ale okazało się, że w ten sposób właśnie tańczy się w Gucy do rana. Zapomnijcie jednak o polskich zwyczajach – o tych klubowych piwniczkach wypełnionych potem, piwem i dj Jankiem, czy innymi. Tutaj spełnia się marzenie każdego fana musicali. Wszyscy, jak jeden organizm, tańczą na ulicach. Tupie się w rozgrzany asfalt, ktoś wręcza czerwone róże, zimne piwo łagodzi oddech. I nie jest to kraina La la Landu, a prawdziwej gorączki karnawałowego szaleństwa. Takiego bez masek.

O piątej rano wykończone weszłyśmy do namiotu, poszukując snu. Został on przerwany dosłownie chwilę później. O 7 miasto rozbudza bezlitosne słońce, któremu towarzyszą poranne fajerwerki. Zaczyna się przecież kolejny dzień festiwalu.

To kilkudniowe szaleństwo, dryf w krainę prawdziwego ognia, lepszą fantazję na temat życia trzeba po prostu przeżyć. Mi wciąż brzmi trąbka, a tamte noce przypominają o niespełnionych, barwnych obietnicach. Czy da się w ogóle opowiedzieć tą serbską paradę? Jedźcie do Gucy, żeby przekonać się sami.  Zobaczycie, czym może być muzyka.

Zdjęcie wyróżniające jest autorstwa Uli Łukianiuk.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany