Dokąd zmierzacie, filmowi włóczykije?

Zdaniem Hitchcocka film to nic innego jak obraz życia, z którego wymazano plamy nudy. Wzdychamy do kinowych bohaterów, żaląc się na prozę codzienności. Jest jednak sfera życia, która może z łatwością z tą filmową, sfabryfikowaną rzeczywistością konkurować. To empiryczne włóczykijstwo.

Dla ekranowych bohaterów droga może być koniecznym do przejścia etapem lub celem samym w sobie. Kulturowym buntem i proklamacją wolności oraz sposobem na zabicie nudy. Wędrówka może urosnąć do rangi wielkiej eskapady, obrazowanej w totalnych ujęciach obezwładniającego bohatera ogromu przyrody, ale i nie odbiegać ani na chwilę od codzienności, jaką znamy, włócząc się przypadkowymi ulicami, a zamiast przedzierać się z maczetą przez gęste lasy, obserwować to, co najbardziej osobliwe – miasto i jego mieszkańców.

Wszystko za życie Seana Penna, to film, który obejrzany w odpowiednim momencie, potrafi wywrócić życie do góry nogami, pobudzając do rewolucyjnych zmian. Zaczynasz wkręcać się w temat, wypożyczasz z biblioteki Walden, czyli życie w lesie Thoreau i Wilka stepowego Hessego, stopniowo myślisz, że zachodnia cywilizacja narobiła naszym umysłom wiele złego i bliżej ci do dzikiej przyrody niż ludzi. Chcesz uciec w Bieszczady, na Mazury, opcja dla odważnych – na Alaskę. Christopher z filmu Penna był człowiekiem z krwi i kości. Porzucił rodzinę i dobra materialne na rzecz wolności. Przyszło mu jednak zapłacić za nią najwyższą możliwą cenę – życie. Bardzo sugestywny obraz Penna z muzyką Eddiego Vadera, gdzie każdy utwór z osobna wybrzmiewa jak buntowniczy hymn, stał się ikoniczny dla pokolenia dzisiejszych 20-latków. W osobie wyzwolonego filozofa Christophera widzimy bohatera, który podjął samotną walkę z zepsuciem i zakłamaniem współczesnego świata. Jego droga to ścieżka poznania i emocjonalne katharsis.

W podobnym duchu swój film – Dziką drogę – zrealizował Jean-Marc Vallée portretując dla odmiany kruchą blondynkę w osobie Reese Witherspoon. Tak jak motywacja Christophera może być dyskusyjna i w oczach wielu pozostanie wydmuszkową ideą realizowaną dla samej idei, bohaterka Vallée została doświadczona przez życie do tego stopnia, że jej „sam na sam” z własnymi słabościami, w obliczu wszechogarniającej, trudnej przyrody szlaku Pacific Trial było koniecznością do uporania się z osobistymi demonami. To nie romantyczna idée fixe, ale konkretna misja do zrealizowania. W konkluzji okazuje się przecież, że poobcierane do krwi stopy, niesprzyjające warunki atmosferyczne i fizyczny ból są niczym wobec niepokoju duszy.

Dzika droga, źródło: Indie Wire

Spójrzmy prawdzie w oczy. Niecodziennie zakładamy na plecy obładowany konserwami plecak i planujemy trasę śmierci. Wielu z nas prawdopodobnie nigdy nie przyjdzie wyruszyć w podróż na taką skalę. We włóczykijstwie nie chodzi jednak o maniakalne planowanie celów a przeżywanie. Wystarczy wyjść do pracy godzinę wcześniej i obrać inną niż dotychczas drogę, a staniemy się włóczykijami pierwszej wody. Oby tylko mieć oczy dookoła głowy i nie popadać w obojętność wobec tego, co na pozór zwykłe. Przewodnikiem po codzienności, którą można podnieść do rangi sztuki może być Jim Jarmusch. Reżyser lubuje się w rozwlekaniu akcji, graniu na ciszy i obdarowywaniu swoich aktorów przestrzenią. Film drogi z definicji nie musi oznaczać efektownej, czasochłonnej, okupionej wyrzeczeniami wędrówki. Droga bohaterów Jarmuscha zamyka się w obrębie kilku nowojorskich przecznic. Bohater awangardowych Nieustających wakacji zmierza się tylko z jednym demonem – marazmem. Pozbawiony pracy i planu na życie, przemierza bez celu ulice wielkiego miasta. To podróż, której nie przyświeca żadna misja. Bohater napotyka przypadkowych, bezimiennych nowojorczyków, z którymi przychodzi mu wymienić zaledwie kilka słów. Nasz wędrowiec mówi o sobie: w pewnym sensie jestem turystą, turystą na nieustających wakacjach. Jego wędrówki i spotkania z neurotycznymi outsiderami nie prowadzą do żadnej konkluzji. Jarmusch, jak to Jarmusch tworzy poemat na cześć zwyczajności i bezcelowości.

Przed wschodem słońca, źródło: Tumblr

Miejskimi włóczykijami pierwszej kategorii stali się bohaterowie trylogii Richarda Linklatera – Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą. Ich włóczenie się ulicami europejskich miast podobnie nie jest w żaden sposób motywowane, to wypadkowa wzajemnej fascynacji i zajmujących rozmów, podczas których bohaterowie nie czują zmęczenia, a nawet stają się obojętni na otaczające ich turystyczne highlighty. Tak długo jak będą rozmawiać, tak będą przemierzać kolejne brukowane uliczki, zahaczając o przypadkowo wybrane miejsca. Miasto u Linklatera jest wyłącznie tłem, Celine i Jesse mogliby spacerować ulicami Bukaresztu, bez uszczerbku dla odbioru.

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany