OFF Festival 2017. Powrót do korzeni

Artur Rojek przypomniał nam, że muzyka wydobywa się z instrumentów, a nie komputerów. Gitarowe brzmienia zdominowały OFF Festival. Bez sceny elektronicznej i headlinerów, będących gwarantem kilometrowych kolejek do bramek i zapełnionego pola namiotowego, OFF błyszczał jeszcze jaśniej niż rok temu.

Dzień 1. Dylematy

Ej, ale jak założę spódnicę, to nie będę miał w niej kieszeni. To może spodnie? – takie rozterki dobiegły do naszych uszu tuż po przekroczeniu magicznej granicy festiwalu, gdzie miasto zostaje w tyle, a przed oczami rozpościera się feeria barwnych, oryginalnych osobowości. Są dziewczyny, które tylko czekają, aż wypatrzy je fotograf VICE-a, są wyjadacze w koszulkach Sunn O))) i Swans, nie brakuje rodzin z dziećmi, które to obojętnie przyglądają się tym wszystkim dziwom w neonowych słuchawkach, to wywijają na boso przy DJ setach i przynoszą wodę równie rozbawionym rodzicom (piękny autentyk!). Jako że z kwestią ubioru uporaliśmy się kilka godzin wcześniej, naszym dylematem był wybór sceny na dobry początek. Analizy offowej publiczności można dokonać wielowarstwowo, podstawowe dwie kategorie to ci, którzy przyjeżdżają na coś i tych, dla których OFF to puszka Pandory pełna zaskoczeń, które stają się nieoczekiwanymi zachwytami. W tym roku organizatorzy przećwiczeni z sytuacji kryzysowych, które ubiegłej edycji zapewnili im humorzaści headlinerzy, zrezygnowali ze stawiania wszystkiego na jedną kartę. Oczywiście z plakatów krzyczeli wypisani wielkim fontem Swans i PJ Harvey, ale 12. OFF Festival okazał się edycją czarnych koni. Na start krótka wizyta na Scenie Trójki, gdzie wyczerpani i mocno wyeksploatowani członkowie punkowej grupy Idles kończyli popis sił. Wokalista na ostatnim kawałku zniknął na fali niesionych go rąk, a koncert zakończył gitarzysta. To było mocne, bezkompromisowe granie z policzkami wymierzonymi przez cięte, mocno artykułowane ulicznym akcentem teksty jak Stop taking photos of yourself. W kontekście festiwalu muzycznego – bardzo adekwatne. Z przestrzeni festiwalowej zniknęła zeszłoroczna scena Electronic Beats. Jej namiastkę stworzono w strefie gastro, gdzie działała mikro scena P23 – klubu z katowickiej Fabryki Porcelany. Wraz z kolejnymi DJ-ami przejmującymi stery można było poczuć się to w Berlinie, to na Ibizie, czy nawet w Mielnie, biorąc pod uwagę dobiegający zapach tłuszczu smażonych w sąsiednim foodtrucku frytek. Powrót na Scenę Trójki wiązał się z całkowitą zmianą klimatu. Punkowie z Bristolu ustąpili miejsca Helado Negro. Roberto Lango wraz z zespołem złotych chochołów aprezentował marzycielski electro pop o latynoskim rodowodzie. Pomost między gitarowymi brzmieniami, a muzyką elektroniczną zbudowało trio Beak> w składzie: Geoff Barrow (Portishead), Billy Fuller (Strange Sansations) i Will Young (Moon Gangs). Transowe brzmienia wprowadziły publiczność w jednostajne kołysanie się. Wychowani na Trójce i ubrana na czarno młodzież byli zachwyceni. Zagrali bardzo dobry koncert, plasujący się w czołówce piątkowego line-upu. Emocje pierwszego dnia ostudzić miała gwiazda wieczoru – Kanadyjka Feist. Znana z sentymentalnych utworów indie wokalistka i gitarzystka pojawiła się na scenie w różowej kreacji. Wydawała się być karykaturą samej siebie, zwłaszcza w momencie, gdy sięgnęła po gitarę elektryczną. W najnowszym albumie Pleasure Leslie udowadnia, że nie uznaje monotonii, a jej muzyka może przybrać różne oblicza. Nie zabrakło również najpopularniejszych kawałków artystki, wspominania dawnych miłości i innych sentymentalnych wycieczek w przeszłość, do których gorąco namawiała ze sceny Feist.  Po pierwszym koncercie w Polsce Leslie z pewnością zaskarbiła sobie wiele nowych serc.

Dzień 2. Spadające gwiazdy

Żar leje się z nieba, na terenie festiwalu stanęły już zraszacze, a oferta środkowego dnia OFF-a wyraźnie podwoiła publiczność. W tych warunkach atmosferycznych koncerty w namiocie wydają się ostatecznością, jednak ulotkowy program dobrze sprawdza się jako wachlarz, a koncertu japońskiej grupy Kikagaku Moyo nie można ominąć. To było skondensowane show, w którym nie pozostawiono miejsca na ciszę. Fuzja eksperymentalnego rocka i psychodelii czerpiących z lat 70-tych oraz egzotycznych dźwięków sitaru. Jaka szkoda, że zespół nie otrzymał więcej przestrzeni, a koncert nie odbył się w bardziej zaawansowanych godzinach nocnych. Chwilę później na Scenie Leśnej objawiła się Anna Meredith z repertuarem przypominającym solową karierę Jónsi’ego. Barwny electro pop z komputera, wnętrza tuby i wiolonczeli wzbogacony prostymi, urzekającymi wizualizacjami rybek i kotków. Muzyce tej daleko od infantylności, jednak koniec końców obojętnie wpatrywaliśmy się w ładne obrazki i miarowo uderzaliśmy nogą zerkając na zegarek. Zbliżała się pora koncertu gwiazdy wieczoru – PJ Harvey. Polly i jej zespół dostąpił zaszczytu koncertowania w momencie, gdy w Dolinie Trzech Stawów wybiła złota godzina. Misternie przygotowane show, było skazane na sukces. Każdy z muzyków wiedział, gdzie jest jego miejsce i w jaki sposób ma się zachować. Wokalistka wiedziała, kiedy podnieść lewą rękę, a kiedy przesłać widowni złowrogie spojrzenie. Koncert niesamowicie profesjonalny, ale w swojej perfekcji rozczarowujący. Jak to na OFF-ie bywa, po festiwalu zostają wspomnienia z koncertów, na których znalazło się przypadkiem. Te zaskoczenia objawiły się na folkowej scenie eksperymentalnej. W pierwszej kolejności duet Żywizna. Na scenie obok utytułowanego, zbierającego laury gitarzysty i kompozytora Raphaela Rogińskiego stała drobna postać, uśmiechająca się do publiczności z taką czułością, jakby była babcią nas wszystkich. Przytulić nas nie mogła, ale zabrała w podróż po legendach o kurpiowskich lasach i czarach. Genowefa Lenarciak lamentuje i cierpi. Choć nie wszystko jest zrozumiałe, wiemy że to pieśni o bólu, dzięki jej emocjonalności. Po zakończonym występie pani Gienia zabrała zostawioną na krześle torebkę, pomachała i nieśmiało opuściła scenę w blasku i chwale. Niedługo później scenę przejął Janka Nabay wraz z The Bubu Gang. To było szaleństwo, które można porównać z zeszłorocznym fenomenem Islam Chipsy. Muzyk z Sierra Leone zdekonstruował tradycyjne obrzędowe pieśni, zamieniając bogate instrumentarium bębnów i piszczałek na gitary i syntezatory. Plecaki, festiwalowe torby i nerki wylądowały w kącie, a wszyscy jak jeden mąż oddali się pląsom. Między muzykami, a publicznością nie było żadnej granicy, do tego stopnia, że Janka zaprosił na scenę dziewczynę z widowni, która w pewnym momencie skradła mu show. W kategorii najlepszych frontmanów tego wieczoru z Janką mógłby konkurować naczelny Mitch z big-bandu Mitch&Mitch. Nie zabrakło scenicznej kokieterii i wychodzenia z siebie, by jak najlepiej zaanimować publiczność. Ta OFF-owa najwyraźniej była zaznajomiona z praktykami Mitchów i szybko złapała flow. Chłopaki sprowadzili na Muchowiec trochę brazylijskiego słońca, ale znalazło się także miejsce na wspominanie Zbigniewa Wodeckiego, który jeszcze przed czterema laty gościł z zespołem na tej samej scenie. Drugi festiwalowy dzień chylił się ku końcowi, Artur Rojek i Kwadrofonik grali mroczną Symfonię Przemysłową napisaną przez Angelo Badalamenti’ego dla Davida Lyncha, a na deser ojciec założyciel OFF-a zaserwował Falling – utwór przewodni z Twin Peaks. Kornel Kovacs puszczał tłuste beat-y, a impreza w Dolinie Trzech Stawów wydawała się nie mieć końca. 

Dzień 3. Books, drugs & rock’n’roll

Trzeciego dnia znalazł się czas, by skierować kroki do niemniej popularnej OFF-owej sceny, sceny literatury, alias kawiarni literackiej. Pieczę nad nią objęły w tym roku barłożanki Sylwia Chutnik i Karolina Sulej, słynące z nachalnej promocji czytelnictwa. Niedzielne rozważania pod tytułem Wszyscy jesteśmy zwierzętami dotyczyły niepokojącej sytuacji Puszczy Białowieskiej, boomu na książki przyrodnicze i znalezieniu remedium na ludzką chciwość. W dyskusji udział wzięli przyrodnik i podróżnik Mikołaj Golachowski oraz Stanisław Łubieński, zapalony ornitolog, autor książki Dwanaście srok za ogon. Choć przygnębiająca konkluzja rozmowy odebrała nieco festiwalowego entuzjazmu, niesamowite jest, że w czasie, kiedy na czterech scenach dwoją się i troją polscy i zagraniczni artyści, hipsterskie burgery czekają na zjedzenie, a zapach piwa już mami, namiot kawiarni literackiej został zapełniony tymi, którym przyroda nie jest obojętna. W zebraniu myśli pomógł występ Mapy na Scenie Eksperymentalnej. Powiedzieć o tej muzyce, że jest minimalistyczna to za mało. Marcin Dymiter i Paul Wirkus grali na ciszy, przerywając ją miarowo oszczędnymi dźwiękami. Odpłynęliśmy na chwilę, by za moment przenieść się do zupełnie innej bajki. Na Scenie Trójki zaczęli grać Preoccupations, serwując gęsty, industrialny post-punk. Przytłoczeni wrażeniami, których dostarczył nam tegoroczny OFF Festival zakończyliśmy trzydniowy maraton muzyczny koncertem Arab Strapa. Melancholijny duet ze Szkocji zakończył swoją działalność 11 lat temu. Po tęsknej muzyce Strapa wylano morze łez. Ostatecznie zespół zdecydował, że przywrócą światu smutek. Wraz z sentymentalnymi utworami prosto z wietrznych klifów, odczuliśmy summertime sadness i godząc się z tym, że wszystko musi mieć swój kres, opuściliśmy festiwalowe bramki. Do zobaczenia za rok. 

Zdjęcia: Kasia Siewko/archiwum własne

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany