Orient po europejsku – wyprawa do Bukaresztu

Bukareszt  jest jak ciastko kupowane w niedzielę, niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą. Nie znajdzie się tu łatwego piękna. Bezwstyd, histeria stylu, fasadowość. Przy Bukareszcie każde europejskie miasto wydaje się tak statyczne, że aż nudne.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew      

Mityczna przygoda, marzenie o losie wiecznych wagabundów i zdobywców zapyziałych dzielnic, odkrywanie nieodkrytego, spanie na dworcach i zabawa w spontanicznych trampów. Ach, cóż te książki robią z nas, podróżniczych marzycieli, którzy nieustannie myślą o ucieczce. Ucieczce od banału, europocentrycznego myślenia, tłumu turystów i kryzysu gospodarczego.

Ten właśnie sposób myślenia zaprowadził mnie na spalony słońcem Piata Unirii – główny plac rumuńskiej stolicy. Zapytacie pewnie – dlaczego Bukareszt? Cytując mojego przyjaciela, zwolennika wypoczynku typu all inclusive: Przecież tam nic nie ma! A właśnie dlatego! Właśnie dlatego, że nic nie wiem o tym mieście, a jest wystarczająco daleko od dobrze znanego zachodnio-europejskiego świata, do którego tak nas (mnie również) nieustannie ciągnie. Bo w moich wyobrażeniach stanowi kontrę do sterylności małych miasteczek, równych autostrad i drogiego piwa, w minimalistycznych lokalach, w których udajemy berlińskich hipsterów. Równocześnie, Bukareszt był wystarczająco blisko domu, by w razie rozczarowania bez trudu zawrócić do znajomego ogródka…

Miasto pachnie pyłem, unoszącym się nad rozgrzanym asfaltem, ludzkim potem w klimatyzowanych autobusach, słodkimi bułkami z serem, kwitnącymi różami oraz moczem z zaułków stacji metra. Te skrajne zapachy przenikają zakamarki miasta, gdzie na jednej ulicy stoi modernistyczny wieżowiec, opuszczona willa, szklany wytwór współczesności oraz bank o secesyjnej fasadzie. W przestrzeń miasta, pomiędzy socrealistycznym blokiem a straganem ze starociami, powtykane są złociste cerkwie, wprowadzające odrobinę zadumy w ten upalny chaosie. Ta niezwykła, i trudna z początku do pokochania, architektura to dzieło komunistycznego dyktatora Nicolae Ceaușescu, który zburzył stary Bukareszt, by w jego miejscu mogła wyrosnąć stolica idealna, wpisująca się w megalomanię socrealizmu. Z jednej strony na myśl przychodzi skojarzenie z bałkańskim odpowiednikiem Paryża, z drugiej – pierwsze co rzuca się w oczy to gigantyczny świadek historii – ogromny Pałac Ludów, najbardziej  turystyczny punkt stolicy. Wyłożony milionami ton marmuru, kryształów i złota, pastelowo-różowy gmach jest czymś, co trudno opisać słowami. Szalony pomysł dyktatora, dziś jest gigantycznym budynkiem parlamentu i atrakcją turystyczną, której bogactwa nie da się porównać do czegokolwiek innego.

Żywiąc się niemal tylko arbuzami, a uwierzcie mi – nie ma lepszych arbuzów, niż te, które można kupić w Rumunii, przemierzałam dniem i nocą miasto pieszo, odkrywając kolejne ukryte miejsca, sekretne lokale tubylców, czy sąsiedzkie knajpy. Bukareszt w południe to gorący betonowy las, wieczorem – masa ludzi przewijająca się przez neonowe alejki najmodniejszych lokali. Miasto ma w sobie rozmach ogromnej stolicy, ale stosunkowo nieduża ilość turystów oraz  trudności  w komunikowaniu się po angielsku z Rumunami, dają wrażenie dziwacznego zamknięcia w innym, dalekim od Europy zakątku świata. Oto marzenie o ucieczce zostało spełnione! Bukareszt oferuje niezmierzone kilometry uliczek Starego Miasta, kwitnące parki i ogrody botaniczne, muzea i stosunkowo tanie nocne życie. To nie mógł być przypadek, że mój przyjazd zbiegł się z rumuńskim festiwalem teatru, prawda?

Gdy zachłyśnięta bałkańską atmosferą referowałam wrażenia mamie przez telefon, nieustannie słyszałam pytanie: No dobrze, ale czy jest TAM bezpiecznie? Dementuję wszelkie skojarzenia ze starym światem komunizmu, nędzą i przestępczością lat dziewięćdziesiątych oraz widmem opustoszałych ulic – Bukareszt nie zasypia, jest piękny i kolorowy, acz autonomiczny względem naszego wyobrażenia o zagranicy. To nieoczywiste piękno skradło moje serce; ostatni kawałek Europy bez straganów uginających się od pamiątek, tłumów zwiedzających pozbawionych refleksji. To miasto, w którym Europa zderza się z Orientem. Europa, która jest wprawdzie trochę postkomunistyczna, trochę pstrokata, ale przy tym – na wskroś prawdziwa. A to przecież prawdy szukam w tym moim losie naiwnego trampa.     

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany