Cały ten jazz – spacer po Nowym Orleanie

Są na świecie utwory, które zdają się muskać opuszkami niewidocznych palców twoje dłonie. Delikatnie łapią cię za ręce i – pląsając – łagodnie cię uwodzą. Płyną dookoła ciebie, oczarowując cię z wolna, aż twoje ciało mimowolnie pochyla się w ich kierunku, twoje stopy suną w ich stronę, wzmacniając ledwie wyczuwalne drganie powietrza, które w magiczny sposób przenosi muzykę.

Ale nie w Nowym Orleanie.

W Nowym Orleanie zostajesz rzucony na pastwę pełnych szaleństwa, dzikości i nieobliczalności dźwięków, które wbijają w ciebie szpony i rwą we wszystkie cztery strony świata.

Bourbon Street

Im bardziej na uliczki we French Quarter wlewa się półmrok, tym nie atmosfera a omdlewająca woń utworów i piosenek wypełnia Bourbon Street. Głosy tłumu zagłusza muzyka właściwie każdego rodzaju. Gra się na ulicy, chodniku, w pubie, parku, restauracji. Dźwięki stają się niemal fizycznie nachalne, atakując człowieka.

Między budynkami utrzymanymi w mieszance stylu hiszpańskiego i francuskiego znajduje się wąska ostoja zieleni. Na kutym ozdobnym łuku widnieje napis – Musical Legends Park. Huk i ryk bębnów, trąbek i całej masy innych instrumentów sprawia, że wpada się tam jednym podmuchem i siada przy metalowym stoliku. Spokój? Tutaj mniej słychać ulicę, ale uszy bynajmniej  nie są wypełnione ciszą. Przestrzeń zajmuje troszkę mniej szalona muzyka, raczej łagodniejsza odmiana jazzu od tej ulicznej. To gra i śpiewa Larry Stoops, znany jako Steamboat Willie, wraz ze swoim zespołem. Muzyk jazzu, dixieland, ragtime. Czy ta muzyka porywa? Szmer krzeseł przede mną. Dojrzała kobieta w pomarańczowej sukni i mężczyzna w słomkowy kapeluszu w żółtej koszuli wstają, podchodzą pod scenę i… zaczynają tańczyć. Za chwilę dołączają kolejni. Tańczą. Ten skwer między budynkami po brzegi wypełnia się muzyką, ruchem, śpiewem. Minuty upływają, a może nawet kwadranse…

Steamboat Willie z zespołem w Musical Legends Park

Przechodzę znów przez Burbon Street i przez kolejny łuk, i przez drzwi. Nagle znajduję się w błyszczącym, pałacowym wręcz korytarzu z małą fontanną pośrodku. Widzę szyld – The Jazz Playhouse. Akurat są jeszcze wolne miejsca. Przechodzę obok elegancko ubranych ludzi. Siadam na wygodnym fotelu. Na scenę wchodzi zespół. Znów muzyka. Tylko, że w bardziej oficjalnym, przystępnym wydaniu. Wczoraj Glen David Andrews,  jutro Little Freddie King, dziś – the James Rivers Movement. Patrząc i słuchając, wydaje się, że jest to banalnie proste.

W Nowym Orleanie muzyka nie jest częścią życia, a życie jest częścią muzyki. Gdzie tylko ktoś gra, przechodnie zaczynają przystawać, klaskać, tańczyć, śpiewać.

Idąc Royal Street, w głowie gra mi oczywiście muzyka. Blue Lu i Don’t You Feel My Leg, Louis Armstrong i Do You Know What It Means To Miss New Orleans…  Podziwiam wystawy antyków i obrazów, w szybach odbijają się stojący na ulicy muzycy. Grają, śpiewają, zachwycają.

Jestem na Saint Peter Street. Po prawej dostrzegam wiszący, drewniany znak – Preservation Hall. Od 1961 roku, codziennie wieczorem odbywają się tu koncerty prawdziwego, nowoorleańskiego jazzu. Ponad godzinne stanie w kolejce nie jest nużące pomimo gorąca. Rozmawiamy, podśpiewujemy, tańczymy. Ludzie z najróżniejszych zakątków świata – od Texasu, Michigan, Kalifornii, Argentyny czy Niemiec po Japonię. W środku przyjemny chłód. I muzyka. Perkusja, saksofon, trąbka… i wiele więcej, co godzina inny zespół. I znowu ten jazz.

Przechodząc się kolejną rozgraną i rozśpiewaną ulicą, Frenchmen Street, natrafiam na sklep muzyczny. Ale czy można nazwać tak to miejsce? Music Factory, bo o tym przybytku mowa, to ustawione w rzędach, na półkach, podłodze, w kartonach skarby w postaci płyt winylowych oraz CD zawierających jazz, blues oraz rock. Przeważają artyści rodzimi, których nagrania nie sposób zdobyć gdzie indziej na świecie. Pomiędzy nowościami dla przybyszki ze starego kontynentu odnajduję perełki z dobrze znanymi nazwiskami – np. niszowe, amerykańskie wydania winyli Elvisa czy The Beatles. W Music Factory spotykam osoby dysponujące niezwykłą wiedzą muzyczną, które wprowadzają mnie w ten jazzowy świat. Kompanem w podróży między półkami muzyki jest Snooks. Szarobrązowy, z dzwoneczkiem u szyi i gracją w ruchach. Snooks to oczywiście kot mieszkający w sklepie. To chyba jednak raj.

Na Bourbon Street zapada zmrok

Ale skąd się to wszystko właściwie wzięło? Co powstało w gorącym i wilgotnym klimacie, pod błękitnym niebem, gdzie stykali się Indianie, Francuzi, Hiszpanie, Kanadyjczycy, ludzie z Zachodniej Afryki przywiezieni tutaj wbrew własnej woli? Powstał jazz. A potem blues i rock. Tak, rock także. Wop bop a loo bop a lop bom bom! Tutti frutti, oh rutti!… Kto zaśpiewał te słowa w swoich myślach powinien wiedzieć, iż narodziły się one w Nowym Orleanie i właśnie tutaj powstawały utwory, z których narodził się rock’n’roll.

A cóż to owy jazz? Takie pytanie postawił człowiek, z którym udało mi zwiedzać Nowy Orlean, Keith Abel, znawca historii muzyki Nowego Orleanu z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w branży muzycznej. W odpowiedzi przywołał słowa sędziego Pottera Stewarta, który mówiąc o pornografii, stwierdził, iż nie jest możliwe stworzenie definicji – But I know it when I see it. To samo można powiedzieć o jazzie – kiedy się zeń usłyszy, wie się, iż to właśnie jest jazz.

Natalia Stanusch

Studentka John Cabot University w Rzymie. Jej wieczny uśmiech to znak rozpoznawczy. Każda pora roku jest dla niej ulubioną. Uważa, że nuda to choroba, dlatego zawsze ma w głowie dziesiątki pomysłów. Kocha ludzi, rozmowy, tańczenie i śpiewanie. Wynajdywanie sobie nowych, nie raz niesztampowych wyzwań to jej hobby. Najpiękniejsze zwierzęta świata to dla niej mopsy. Bez muzyki nie potrafi żyć, tak jak bez muzeów, malarstwa, wycieczek w góry i teatru, po obu stronach sceny. Lubi czytać, chodzić na długie spacery, oglądać filmy, głośno się śmiać, pisać, podróżować, także palcem po mapie. Nie znosi szarości.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany