Płomień, który zgasł zbyt szybko – Jeff Buckley

Przejawiam ogromną zmienność w muzycznych uczuciach. Musi nadejść odpowiedni moment, abym zachwyciła się danym wykonawcą. Nawet wbrew temu, że znałam go wcześniej, musiał nastąpić jakiś splot wydarzeń bądź nałożenie się na siebie określonych czynników, aby rozpoczęła się moja faza fascynacji jego twórczością. Co ciekawe, taki stan już nigdy się nie powtórzy. Pomimo tego, że moja sympatia do danego artysty pozostanie, już nigdy nie przybierze takiego kształtu czy intensywności. Przyznam, że uwielbiam te momenty zatracenia się w muzyce. Jedną z ostatnich takich chwil przeżyłam, zetknąwszy się z albumem Grace Jeffa Buckleya.

Lubię czasami wracać pamięcią do pewnych sytuacji i śledzić ciąg przyczynowo-skutkowy zdarzeń rzeczywistych, czy też tego, jakim torem niekiedy biegną moje myśli. Tym razem początek był banalny. Sięgnęłam po płytę Grace z polecenia Michała Wiraszko, dyrektora artystycznego Jarocin Festiwalu i lidera zespołu Muchy. Oczywiście znałam  wcześniej kilka pojedynczych utworów Buckleya, ale dopiero cały album zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie. I to dosłownie, bo słuchałam krążka do trzeciej w nocy, gdy za oknem szalała burza i lał deszcz. Muszę przyznać, że były to okoliczności niezwykłe, dodające tej czynności pewnej aury mistycznego doświadczenia.

Myślę, że wpływ na to miał też fakt, że Grace otwiera chyba najlepszy kawałek znajdujący się na tym krążku – Mojo Pin. To jedna z najpiękniejszych piosenek o miłości, jakie słyszałam. Znamienne jest to, że Jeff śpiewa całym sobą. Te utwory aż kipią od emocji. Niepewność, ból i smutek wylewają się z głośników razem z dźwiękami gitar czy perkusji. To niebywałe, że za pomocą tak prostych instrumentów udało się Buckleyowi osiągnąć taki efekt. Chociaż czasami melodie są nawet radosne czy energiczne, jak w Grace czy Last Goodbye, to gdzieś z tyłu czai się ta nutka napięcia – tutaj w warstwie lirycznej, traktującej o stracie czy bolesnym rozstaniu. Śmierć i różne odcienie nieszczęśliwej miłości były motywami, które Buckley najczęściej poruszał w swoich utworach.

 

Na krążku pojawiają się także trzy covery, lecz nazwa ta w tym przypadku jest przesadzona, gdyż Buckley naznaczył te utwory swoją wrażliwością, tchnął w nie nową duszę. Należą do nich Lilac Wine Jamesa Sheltona – bardzo oszczędna aranżacja, w której prym wiedzie wokal muzyka. Głos Buckleya magnetyzuje, koi, wywołuje ciarki, to znów opatula słuchacza jak ciepły koc w zimowy wieczór. Drugim utworem, który muzyk zinterpretował jest Corpus Christi Carol – przejmujący, klasyczny hymn angielski, w którym została przedstawiona historia dotycząca Świętego Graala i świty Króla Artura. Trzecią z nich jest autorska wersja Hallelujah Leonarda Cohena. Jest to utwór tyleż piękny, co popularny – chyba każdy z nas kiedyś go słyszał, chociażby jako ścieżkę dźwiękową do jakiegoś serialu. Jeffowi udało się tak wykonać tę piosenkę, aby nie zrobić z niej muzycznej laurki. Wręcz przeciwnie, dał najbardziej dobitny i poruszający pokaz swojej ekspresji.

 

W tym roku minęło dwadzieścia lat od chwili śmierci muzyka. Jeff Buckley zginął tragicznie w wyniku utonięcia w rzece. Policja wykluczyła samobójstwo. Nie znalazłszy w organizmie artysty śladów narkotyków czy alkoholu uznała, że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek. Moment trwający tyle, co mrugnięcie okiem, który złamał serca tysiącom ludzi. Buckley należy do grona muzyków, którzy odeszli zdecydowanie za wcześnie, pogrążając swoich miłośników w smutku i nienasyceniu. Tak zdolny mógł jeszcze stworzyć wiele pięknych rzeczy. Tymczasem pozostaje nam zachwycać się jedną jedyną płytą Jeffa – debiutanckim krążkiem Grace. Później jego matka zebrawszy materiał przygotowany na drugi longplay, wydała album Sketches for My Sweetheart The Drunk i chociaż wciąż pojawiają się jakieś materiały koncertowe czy reedycje, to już nigdy nie usłyszymy żadnego nowego utworu, który roztopiłby nasze serca.

It’s never over, all my blood for the sweetness of her laughter
It’s never over, she’s the tear that hangs inside my soul forever

Talent tego przystojnego chłopaka z gitarą, który zaczynał, grając w małych, nowojorskich knajpkach do przysłowiowego kotleta, jest porażający. Buckley oddał się sztuce, chociaż na jego występy w irlandzkiej restauracji Sin-é przychodziła garstka osób, a sam łapał się dorywczych prac i mieszkał w bohemach artystycznych. Jest pięknym przykładem dla wszystkich młodych artystów, aby się nie poddawać, tylko wytrwale robić to, co się kocha. Jeff eksperymentował w kapelach wykonujących przeróżne gatunki muzyczne od jazzu do heavy metalu, poszukiwał swojej drogi, aż wreszcie ją odnalazł. Wybuch jego kariery był jasny i silny, ale płomień zgasnął szybko, a po śmierci kurz szybko opadł. Chociaż Grace przez koneserów jest nazywana najlepszą płytą lat 90. XX wieku, to Buckley stał się artystą odrobinę zapomnianym. Trafił na niefortunny czas, gdy całym muzycznym światem wstrząsnęła grunge’owa rewolucja, a później zapanowała era brit popu. Pokuszę się o stwierdzenie, że chłopak z Kalifornii tworzył muzykę rockową, ale nieoczywistą – uniwersalną w swym wydźwięku, której nie da się jakkolwiek zaszufladkować. Czerpiącemu z folku czy bluesa Buckleyowi było bliżej do bardów pokroju Boba Dylana, Toma Waitsa czy Leonarda Cohena. Wierzę, że być może teraz Buckley i Cohen znajdują się razem w lepszym miejscu i śpiewają w duecie Hallelujah.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany