Club Alpino – kosmopolityczny szamanizm

Prosto ze spowitej czarami surowej Islandii, przybyła do mnie płyta Woouldy spod szyldu Club Alpino. Choć utarło się nader poprawnie nie oceniać książki po okładce, oprawa graficzna krążka zdradza wiele z jego zawartości. Czarna płyta została zamknięta w białej okładce zwieńczonej grafiką osobliwej postaci ze zwierzęcą czaszką i porożem, umieszczonej w środku lasu nagich drzew. Warto dodać, że album został wydany własnym sumptem jako Gusua Records, które pięknie obrazuje sowi logotyp. Podobnie jak u Lyncha sowy, tutaj gusła nie są tym, czym się wydają.

U podstaw Woouldy stoją inspiracje staropolskimi, pogańskimi obrzędami, europejska mitologia i podróżnicze wrażenia. Niektóre z dźwięków pochodzących z krążka zostały zebrane podczas włóczenia się islandzkimi polami, ulicami Włoch i bieszczadzkimi połoninami. Okładkowa biel i czerń przekłada się już na pierwsze dźwięki płyty. Otwierająca ją Ombra łączy niepokojący industrial z eskalującymi odgłosami przyrody. Miasto ściera się z dzikością.  W gąszcz organicznych i sfabrykowanych dźwięków wdziera się głos recytujący po włosku słowa przypowieści Cień Edgara Allana Poe. Wraz z kolejnymi, artykułowanymi z namaszczeniem frazami, niepokój intensyfikuje się. Głos staje się mistrzem ceremonii pod tytułem Woouldy, na której można poczuć się jak w metafizycznym lesie rodem z Twin Peaks, jak i imprezie techno, która mogłaby mieć miejsce na tyłach opuszczonego magazynu w bezimiennym porcie.

W Sul nabieramy oddechu, tempo zwalnia, staje się miarowe, zmysły mogą je kontrolować. W tle wychwycić można dźwięki o dwuznacznym rodowodzie – usłyszymy tam warkot maszyny, czy cichy ryk żywego zwierzęcia? Utwór mocno podkreśla dualistyczny charakter albumu,  balansowanie na krawędzi tego co naturalne i syntetyczne.

Wraz z trzecim kawałkiem zostawiamy ciężkie, gotyckie klimaty w tyle, na rzecz kolażu wrażeń, muzycznych inspiracji i historii o różnym geograficznie pochodzeniu. W Huldur i Ledve dominują syntezatory i jednostajny beat. Opuszczam mgliste lasy i słyszę muzykę miasta romansującą z nurtem retro electro. Przy Rau czuję, że jestem w domu. To minimal techno w najlepszym wydaniu – miarowe i nostalgiczne. Dźwięki, które tu usłyszycie zapewne powstały jako doświadczenie konkretnego, ziemskiego miejsca, dla mnie mają one jednak międzygalaktycze źródło. To muzyka ciszy, medytacji. W sam raz do zanurzenia się w myślach krążących wokół krystalicznego lodowca i surowego lądu. Po epizodzie klubowych wycieczek do ciemnych, zadymionych klubów, w których wybrzmieć mogłyby dźwięki Club Alpino, dwa ostatnie kawałki ponownie silnie wiążą z prastarą ziemią.

W zamykającej album Baltice wybrzmiewają kobzy, które wyrywając z uśpionego, sentymentalnego Rau przypominają, że mamy do czynienia z obrzędem. Mistrz ceremonii ponownie zaklina nas w miarowym beacie i hipnotycznych dźwiękach. Gęsto tu od dźwięków instrumentów, forma nabrzmiewa i…urywa się. Podróż przez czas i przestrzeń z Club Alpino dobiegła końca.

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany