Na wódkę do Kameralnej, na flaki do Flisa. Kulturalno-alkoholowy przewodnik po knajpach PRL-owskiej Warszawy

Kameralna, Lajkonik, Dom Dziennikarza, Marzec – to nazwy kultowych warszawskich knajp PRL-u, o których już ledwie kto pamięta, a w czasach swojej świetności stanowiły wizytówkę powojennej Warszawy, ogniskując życie towarzyskie elit intelektualnych. Warszawskie knajpy tego okresu zazwyczaj kojarzą się z papierosowym dymem, jazzem oraz zapachem śledzia i wódki. Jak pisze Olgierd Budrewicz w Bedekerze Warszawskim*, zabawa lat pięćdziesiątych to znaczy wóda.

Mimo pustych ulic, warszawskie knajpy oraz ich stali bywalcy nie zasypiali. Imprezowa noc w Warszawie zaczynała się koło 21, a kończyła o 4 nad ranem, kiedy na ulicach pojawiały się pierwsze wozy z mlekiem. Osławiony szlak hańby ciągnął się od MDM, czyli od Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, przez Aleje Jerozolimskie po Nowy Świat, a niekiedy także Rynek Starego Miasta. Ponury okres komunizmu sprzyjał zabawom i wszelkim formom rozrywek zazwyczaj w szerokim gronie znajomych, które pozwalało nasycić kolorami szarą rzeczywistość. Artyści, przedstawiciele różnych środowisk twórczych bawili się z nie mniejszą fantazją niż my dzisiaj. Przy dobrej zabawie należało zachowywać pewną ostrożność, ze względu na oficerów bezpieki, którzy jako tajniacy dosiadywali się do stolików obok większych grup. Choć klimat tamtych lat z pewnością jest nie do odtworzenia, nocne życie Warszawy w PRL-u intryguje.

Jak piła i bawiła się elita kulturalna Warszawy? Gdzie można było zjeść najlepsze flaki? Który z lokali notorycznie demolował Marek Hłasko? A który z warszawskich Starbucksów zachował częściowo wystrój kultowej Antycznej? Zapraszam w sentymentalną podróż po najbardziej obleganych barach i knajpach minionej epoki.

 

Klub Literatów (Kamienica Johna, trakt Królewski)

Znakiem rozpoznawczym Klubu Literatów były niewygodne krzesła, wykonane z wiklinowych patyczków. Goście lokalu, a zwłaszcza stali bywalcy nie narzekali. Pomimo, iż miotali się na krzesłach, potrafili wysiedzieć w klubie kilka godzin, tocząc ożywione dyskusje. Jarosław Iwaszkiewicz ze względu na umeblowanie nazywał lokal murzyńską wioską. Tak czy inaczej, atmosfera w klubie była dość swojska i przyjazna. U Literatów znali się prawie wszyscy, co pozwoliło wprowadzić zasadę swobodnego dosiadywania się do stolików, kiedy brakowało miejsca. Lokal słynął z wyjątkowo pysznej i aromatycznej kawy. Tutaj trwały rozmowy nad dopracowywaniem numerów pism literackich i społecznych: Polityka, Telimena, czy Tik tak. Jednym ze stałych odwiedzających był reżyser Konrad Swinarski, który miał w zwyczaju przychodzić w otoczeniu młodych wielbicieli swego talentu. Aby dostać się do Klubu, należało mieć aktualną kartę wstępu. Jak podają anegdoty zdarzyło się, że z powodu braku rzeczonej karty, do klubu nie chciano wpuścić rektora politechniki oraz ministra kultury i sztuki Stefana Dybowskiego. Zimą temperatura w klubie spadała do 12 stopni, zatem do Literatów najlepiej było zaglądać w okresach wiosenno-letnich. Ponoć jedna z sal posiadała socrealistyczny kominek, jednak był on zabudowany cegłami.

 

Kameralna (Foksal, w latach ‘47-‘50 ul. Młodzieży Jugosłowiańskiej)

Kameralna to lokal-historia. Leopold Tyrmand, Marek Hłasko, Janusz Głowacki, Roman Polański, Edward Stachura czy Agnieszka Osiecka często prowadzili tutaj zagorzałe dyskusje na temat życia i literatury. Kameralna słynęła z dancingów oraz wódki, podawanej obowiązkowo z dwoma ogórkami. Kawiarnia podzielona była na trzy części: dzienną prestiżową, drugą dzienną dla bardziej ubogich i nocną dla najbogatszych. Marek Hłasko trzymał w szatni swoją welwetową marynarkę, dzięki czemu, kiedy tylko się zjawiał, mógł zdjąć sportowe ubranie i przeobrazić się w eleganckiego mężczyznę. Natomiast Edward Stachura potrafił przyjść w krawacie zastąpionym przez pleciony pasek od spodni.

Kameralna łączyła pokolenia oraz przedstawicieli różnych zawodów. Słynęła nie tylko z elegancji i zabaw, ale niestety także z pijackich burd i awantur. Zdarzało się, że musiała interweniować milicja. Jeżeli któryś z gości przejawiał nadmierną agresję, otrzymywał zakaz wstępu do lokalu na określony czas. Wyrzucanie takich klientów było zazwyczaj spektakularne, w ślad za nimi leciały ich palta, parasolki, laski, czy kapelusze.  Poeta i dramaturg Zbigniew Jerzyna stosunkowo krótki, acz intensywny szlak na ulicy Foksal, rozpoczynający się w Kameralnej dziennej, biegnący przez Dom Dziennikarza, kończąc na Kameralnej Nocnej nazwał trójkątem bermudzkim. Ponoć nie dało się wpaść do Kameralnej na chwilę. Ten, kto się odważył, był wciągany wir zabaw, płomiennych dyskusji oraz niezliczonych toastów. Bywanie w Kameralnej stanowiło swojego rodzaju rytuał, potwierdzający przynależność do środowiska artystycznego, ludzi wpływowych i ważnych.

 

Dom Dziennikarza (Foksal)

Prestiżowy klub mieścił się w sektorze pałacyków i knajpek w końcu ślepej uliczki na Foksalu. Elitarność lokalu wyznaczało grono stałych gości, którzy tworzyli coś na kształt śmietanki towarzyskiej. Aby dostać się do klubu, należało mieć kartę wstępu lub być członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy. Charakterystyczne dla tego miejsca było to, że bywali tu prawie wszyscy znani dziennikarze. Pojawiały się też młode dziewczęta, które wprowadzane były przez starszych kolegów. Wizyta w Domu Dziennikarza to na tyle istotnym wydarzenie, że warto było się nią pochwalić. Jak pisze Budrewicz: wyznanie „byłam u dziennikarzy” budziło zazdrość przyjaciółek i niepokój rodziców.

 

Stodoła (Pałac Kultury i Nauki)

Dzisiaj kojarzymy Stodołę z klubem przy ul. Batorego, niedaleko Pól Mokotowskich. Jednak warto wiedzieć, że Stodoła, czyli Centralny Klub Studentów Politechniki Warszawskiej rozpoczął swoją działalność już 1956 roku w drewnianej stołówce przy Pałacu Kultury i Nauki, gdzie jadali jego budowniczy. Wtedy też zaczęto organizować pierwsze wieczorki taneczno-kabaretowe. Klub zmieniał swoją lokalizację kilkakrotnie, dopiero w 1972 roku na stałe zagościł przy Batorego. W każdy czwartek, sobotę i niedzielę do tańca grał jazzowy zespół Janusza Zabieglińskiego. Klub od samego początku stał się mekką muzyki jazzowej. Popularny był taniec z charakterystycznym chodzeniem i zaznaczaniem taktu, z obrotami, wodzeniem się na wyprostowanej ręce. Do Stodoły zaglądali studenci, wpuszczani jedynie na podstawie ważnej legitymacji. Stodoła otwierała się o 18, mogło się w niej pomieścić około 400 osób, chociaż do zabawy chętnych było trzy razy tyle. Klub emanował świetną energią i atmosferą, przez co przyciągał także osoby z zagranicy. Stodołę odwiedzali Anglicy, Niemcy, Czesi oraz Węgrzy.

 

Lajkonik (Pl. Trzech Krzyży)

Warszawska wersja krakowskiej kawiarni mieściła się na Pl. Trzech Krzyży w miejscu obecnego Sturbucksa. Do dziś zresztą można oglądać fragmenty słynnych malowideł, które w 1955 roku pokryły ściany Lajkonika. Swawolne rysunki, grafiki oraz napisy były awangardowe i dość śmiałe, a w swojej formie odbiegały od ogólnie panujących kanonów sztuki socrealistycznej.  Do naściennych twórców należeli m.in.: Jerzy Srokowski, Wojciech Fangor czy Wojciech Zamecznik. Pełne humoru murale, przedstawiały m.in. pisarza Antoniego Słonimskiego czy Henryka Tomaszewskiego, artystę grafika. Lajkonik był miejscem kultowym, a najczęściej można było w nim spotkać artystów karykatury głównie z redakcji Szpilek, którzy tłumnie nawiedzali Lajkonika w piątki po odebraniu swoich honorariów.

 

Marzec/Antyczna (Pl. Trzech Krzyży)

Kawiarnia Marzec – również zlokalizowana na pl. Trzech Krzyży – istniała jeszcze przed wojną. Jej założycielem i właścicielem był warszawski kupiec Teofil Marzec. Po wojnie zmieniono nazwę kawiarni na Antyczna, choć wielu Warszawiaków nie mogło się z tym pogodzić i w świadomości społecznej nadal istniała poprzednia nazwa, co mogłoby świadczyć o kawiarnianych przyzwyczajeniach do tradycji dwudziestolecia. W latach powojennych bywali tu pisarze, dziennikarze i partyjni dygnitarze, dlatego na lokal mówiono czasem przekornie U Marca i Engelsa.

 

Flis (Marszałkowska)

Bar u Flisa to obowiązkowy przystanek na szlaku hańby. Głodni i zmęczeni alkoholową tułaczką po warszawskich knajpach często między jedną setką a drugą zaglądali do Flisa. Kolejki ustawiały się już na ulicy, a wewnątrz panował ścisk. Flis był oblegany od 9 rano do późnych godzin wieczornych. Porcja popularnych flaków w małej miseczce kosztowała 6,5 zł. Choć bywało, że Flis gromadził głodnych klientów nawet wieczorami, najczęściej flaki sprzedawały się do godziny 17, potem nie pozostawało już nic innego, jak przenieść do kolejnego baru na wódkę.

 

Manekin (Stare Miasto)

Bynajmniej, nie jest to kultowa dziś naleśnikarnia, do której notorycznie ustawiają się kolejki na Marszałkowskiej o każdej porze roku. Powojenny Manekin mieścił się w jednej z piwnic na Starym Mieście, w sąsiedztwie kawiarni Kamienne Schodki. Manekin był lokalem młodzieżowym, w którym rozwijało się życie młodych egzystencjalistów. Zazwyczaj bawiono się tu przy jazzie. W Manekinie swoją działalność prowadził także Teatr Niezależnych Form Scenicznych, który – jak pisze Budrewicz – pokazywał niekiedy rzeczy zabawne, a czasem dziwne.  W niedalekim sąsiedztwie Mankiena znajdowały się knajpy Krokodyl i Bazyliszek. Ten drugi funkcjonuje do dziś, jednak z czasem stracił swój prestiż. Bazyliszka uznawano za jedną z najbardziej eleganckich restauracji na Starówce. Dopiero, gdy bar na dole zaczął ściągać klientelę wszelkiej maści, wśród której najczęściej pojawiali się pijani mężczyźni, spływający z pozamykanych wcześniej barów, lokal uplasował się w klasie przybytków podejrzanych i podrzędnych, pachnącym wódką i garkuchnią

 

SPATiF, czyli Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu (Al. Ujazdowskie)

Klub artystów, popularny SPATiF przy Alejach Ujazdowskich to miejsce gdzie zawsze można było nieźle zjeść i dobrze wypić. Lokal słynął z tego, że odwiedzali go najznamienitsi przedstawiciele kultury (artyści teatrów, pisarze, malarze). Dość często dochodziło tam do starć, zazwyczaj między dwiema silnymi osobowościami.

Kłócili się artyści, intelektualiści, niekiedy awantury przeradzały się w bijatyki. Podczas jednej z nich Marek Hłasko połamał stolik. Następnego dnia przyszedł z kwiatami przeprosić personel. Kiedy trochę się napił, głową jednego z filmowców stłukł lustro. Ponownie kolejnego dnia przyszedł skruszony z przeprosinami, po czym uszkodził kandelabry i przemeblował bar. Ta anegdotka powtarzana bywała wielokrotnie przez różnych bywalców SPATiF-u. Ponoć od tego czasu mówiono, że Marek był nieszkodliwy po wódce, jeżeli nie przychodził przepraszać. Częstym bywalcem klubu był też Antoni Słonimski, którego improwizowane żarty robiły furorę i potrafiły rozbawić wszystkich gości. Ponoć któregoś razu do Słonimskiego podszedł młody dżentelmen i zapytał: Przepraszam, czy mogę zamienić z panem parę słów?, na co padła odpowiedź: Oczywiście, ale czy ja dużo stracę na tej zamianie?. SPATiF lubili odwiedzać outsiderzy poszukujący twarzy znanych z ekranu i sceny. Do stałych bywalców klubu zaliczali się m.in.: Krzysztof Teodor Toeplitz, Hanka Bielicka, Tadeusz Konwicki, Maria Czubaszek, Gustaw Holoubek, czy Daniel Olbrychski. Budrewicz tak opisywał atmosferę panującą w SPATiF-ie: Nudzą się tak wszyscy razem i każdy z osobna, a lokal nie traci na popularności.

 

Czytelnik (ul. Wiejska)

Czytelnik obrósł sławą od momentu, gdy zaczął się w nim pojawiać Leopold Tyrmand, autor Złego. Jednak dopiero po tym, jak w 1958 roku wicenaczelną wydawnictwa została Irena Szymańska, tłumaczka literatury pięknej i pisarka, zrodził się kultowy czytelnikowski Stolik, który tworzyło hermetyczne grono twórców. O tym, kto mógł dosiąść się do Stolika bez zaproszenia i uczestniczyć w dyskusjach decydowały trzy osoby: Irena Szymańska, Tadeusz Konwicki oraz Gustaw Holoubek. Co ciekawe, Holoubka do stołu zaprosił Konwicki, który pewnego dnia zwrócił się do przyjaciela: Przychodź. Zwykłe przyjdź, będące jednorazowym zaproszeniem nie wystarczyło. Przychodź oznaczało możliwość stałego uczestniczenia w Stoliku. Kto usłyszał takie zaproszenie, stawał częścią środowiska. Do Czytelnika przychodzili nie tylko wybitni pisarze tego okresu – Konwicki, Tyrmand, Dygat, czy Andrzejewski, ale także twórcy filmowi – na przykład Jerzy Kawalerowicz, czy filozof Leszek Kołakowski. Stali bywalcy kawiarni, podkreślali, że atmosfera przy Stoliku była wyjątkowa, o czym stanowiło między innymi poczucie ironii i dystansu, dominujące w rozmowach. Często opowiadano sobie absurdalne dowcipy, anegdoty, komentowano polityczne wydarzenia z przymrużeniem oka. Ponoć Gustaw Holoubek słynął z niezwykłego talentu do opowiadania zabawnych historii. Stolik dla środowiska artystycznego, był przestrzenią na odreagowanie rzeczywistości komunistycznej, jedną z niewielu w tamtym okresie. Klimat kawiarni i Stolika przetrwał ponad 30 lat komunizmu i uchował się także po przełomie demokratycznym w 1989 roku.

*Materiał opracowany na podstawie książki Olgierda Budrewicza Bedeker warszawski”.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany