Halucynogenne wizje Luca Bessona – „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” (2017)

Co powstałoby, gdyby odmłodzić Indianę Jonesa, wsadzić go w kosmiczny outfit, następnie sparować  z agentką z wybiegu modowego, nadać ich wspólnej misji charakter walki o być albo nie być dla świata, a całość zatopić w Avatarze z elementami Gwiezdnych Wojen? Luc Besson zna odpowiedź.

Tytułowy Valerian (Dane DeHaan) oraz Laureline (Cara Delevingne) to agenci rządowi, pracujący na zlecenie Miasta Tysiąca Planet. Ich zadaniem jest rozwikłanie zagadki niepokojącej siły, którą zidentyfikowano w sercu metropolii. Postępujące dochodzenie wskazuje jednak na to, że sprawa jest znacznie poważniejsza, niż mogło się wydawać na początku.

Mat. prasowe dystrybutora.

Adaptacja komiksu francuskiego autorstwa Jean-Claude’a Mézièresa oraz Pierre’a Christina tkwiła w sercu Luca Bessona od lat, jednak dopiero nowoczesna technologia pozwoliła mu zrealizować film z należytym rozmachem. I faktycznie, efekty specjalne, nad którymi czuwali twórcy Gwiezdnych Wojen oraz Avatara, grają bezsprzecznie pierwsze skrzypce. Gdy bohaterowie skaczą między wymiarami, lub pędzą w szaleńczym pościgu przez ulice Miasta Tysiąca Planet, Besson pozwala widzom wsiąknąć w ten zjawiskowo namalowany świat. Istoty wszelkiej maści są jak żywe, zaś Francuz bez zbędnych kompleksów sugeruje się również dotychczasowymi zdobyczami kina science fiction. Obok oczywistej inspiracji dziełami George’a Lucasa i Jamesa Camerona, w Valerianie i Mieście Tysiąca Planet znajdzie się też szczypta Facetów w czerni, a nawet nieco kiczowatych Gwiezdnych Wrót.

W tej greenscreenowej konwencji bywa jednak nieco problematycznie – w szczególności dla dwójki głównych bohaterów. O ile Dane DeHaan czuje postać Valeriana i ma z nią niezłby ubaw, o tyle Cara Delevingne stanowi zło konieczne, które na ekranie trzeba jakoś przetrzymać. Modelka pojawia się głównie po to, by wyglądać, a gdy przychodzą momenty wymagające warsztatu i doświadczenia, Brytyjka po prostu tonie pośród barwnych kreatur i kosmicznego odlotu. Dystans w grze DeHaana, jego cwaniaczkowatość i lekkość z jaką przedstawia miłosne rozterki Valeriana, są jednak nienajgorszą rekompensatą – przynajmniej gdy mowa o obsadzie filmu.

W tej wariackiej jeździe, Bessonowi zdarza się również zgubić rytm w narracji. Szczególnie kuleje w Valerianie... fabuła. Dwójka głównych bohaterów zbyt mozolnie dochodzi do meritum śledztwa, zaś francuski reżyser ma tendencję wplatać wiele dygresji, odciągając uwagę widza od de facto prostego wątku głównego. Przez to pojawiają się postaci, których obecność jest zwyczajnie zbędna. Chociażby Bubbles (w tej roli Rihanna), czyli zmiennokształtna kosmitka, jest ukłonem w stronę arii z Piątego elementu tego samego reżysera, aniżeli faktycznie potrzebnym katalizatorem reakcji wątków pobocznych z głównym. Także Ethan Hawke, którego w filmie oglądamy jedynie przez kilka minut, to raczej dodatkowy smaczek – oczko puszczone w stronę widza.

Mat. prasowe dystrybutora

Ciekawe jest to, że Besson nie chce z Valeriana… stworzyć bezmózgiej sieczki. Wręcz przeciwnie, Francuz liczy na to, że widz dokopie się w morzu CGI ważnego przekazu. Historię Valeriana i Laureline podszywa bowiem metaforą do wyrastających na świecie tendencji nacjonalistycznych. Planetę Tysiąca Planet cechuje jedynie pozorna wolność i swobodny przepływ informacji. W rzeczywistości, za pięknym, różnorodnym światem stoi prawie autorytarny reżim  i biurokracja. Jak mocno by to nie wybrzmiało, Besson nie boi się obecności politycznych przesłanek w Valerianie…. Sam finał jest zaś postawieniem pytania – co jesteśmy w stanie poświęcić, by utrzymać kulturową tożsamość? Czy do tego powinniśmy dążyć?

Valerian… to jeden z tych filmów, które oglądać należy z wyłączeniem analitycznej strony mózgu. Pomijając bowiem mankamenty występujące w grze aktorskiej czy nierówne tempo, film Bessona ogląda się z przyjemnością. To adaptacja nakręcona z dziecięcą wręcz miłością do materiału źródłowego, w której najbardziej liczy się wspaniale wykreowany świat – nawet, jeśli ten galaktyczny rozgardiasz łudząco przypomina ten z naszego ziemskiego padołka.

Ocena: 6.5/10

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany