Przede wszystkim trzeba być sobą – wywiad z Ralphem Kaminskim

OMorzu”, wolności artystycznej, cyrku i zapachu jabłek opowiada jeden z najbardziej niekonwencjonalnych polskich wokalistów ostatniej dekady – Ralph Kamiński.

Michalina Bieńko: Czym jest dla Ciebie muzyka?

Ralph Kamiński: Stała się takim naturalnym bytem, codziennością. Wiem, że to, co robię nie jest do końca normalne. Zapomina się o tym. Muzyka to dla mnie sposób na życie. Ostatnio miałem dłuższą przerwę od komponowania. Specjalnie. Mam zasadę, że zbieram w sobie doświadczenia. Ostatnio siadłem do pianina i skomponowałem piosenkę na nowy album. Już część materiału mam, tylko jeszcze nawet ptaki o tym nie śpiewają. Będzie to coś innego. Pierwszy album to wizytówka, fundament, na którym chcę zbudować swoją muzyczną przyszłość.

Basia Owsińska: Twoja droga przez edukację muzyczną była długa. Nad debiutanckim albumem pracowałeś ponad pięć lat. Jak się czujesz po jego wydaniu, trasie koncertowej, spotkaniach z publicznością?

R.K.: Obawiałem się trochę, że jak wydam płytę, to nie będę miał co robić, bo nie będę już nagrywać w studiu. Jednak okazało się, że jest mnóstwo innej, ogromnie ciężkiej pracy, a jej ilość cały czas rośnie. Jest przyjemna część – koncerty, spotkania z ludźmi, odbiór materiału przez słuchaczy. To jest coś cudownego! Ale jest też druga strona – biznesowa – walka o siebie i przebijanie się z projektem. Gdybym miał tylko tę cudowną, najprzyjemniejszą, to prawdopodobnie bym zwariował. Na szczęście jest też ta, która ściąga mnie na ziemię. Może ta równowaga jest dobra, ale po raz kolejny uświadamia, jak ciężka to praca. Jak już wchodzi się w tę maszynę, to nie można się zatrzymać. Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy tak rzadko wydają płyty. Niestety, nie jest to tylko skomponowanie piosenek, nagranie ich w studiu i wydanie. Sam zajmuję się bardzo wieloma rzeczami. Nie tylko dlatego, że jestem „control freakiem”, ale nieraz nie mam wyjścia.

M.B.: Czy to, że chciałeś dopiąć wszystko na ostatni guzik było powodem dlaczego tak długo pracowałeś nad płytą?

R.K.:  Nie całkiem. Po prostu nie wiedziałem, jak to zrobić. Musiałem się wielu rzeczy nauczyć i zajęło mi to sporo czasu. To nie polegało tylko na domknięciu kompozycji. Cały czas pojawiały się jakieś perturbacje, które mnie bardzo dużo uczyły. To na pewno też przez to.

M.B.: Jesteś perfekcjonistą?

R.K.: Jestem, zdecydowanie, ale nie takim, któremu perfekcjonizm zajmuje mnóstwo czasu. Dokładnie wiem, czego chcę, tylko zdarzają się sytuacje, które mi to utrudniają. Kompozycyjnie i produkcyjnie wiem, jak to ma wyglądać, ale to, co robię nie zależy tylko ode mnie. Polegam na wielu osobach, które muszą mi to umożliwić. Wszystko opiera się na współpracy.

M.B.: Studiowałeś wokalistykę. Czy w Akademii Muzycznej miałeś coś wspólnego również z kompozycją?

R.K.: Właściwie nigdy. Chciałem pójść na Akademię, żeby się czegoś nauczyć. Nie szedłem tam tylko dla papierka. Chciałem być profesjonalny i wiedziałem, że nie mogę po prostu pójść do Akademii, super śpiewać i być dobrym wokalistą. Miałem świadomość, że bez własnego repertuaru nic nie znaczę. Od razu chciałem pisać piosenki i opowiadać o sobie. Nie potrafiłem tego robić, nie potrafiłem dobrze grać na pianinie, ale miałem intuicję. Po prostu zacząłem. I powstała moja pierwsza płyta.

M.B.: Poza śpiewem, grałeś wcześniej na skrzypcach. Ile miałeś lat, gdy zacząłeś naukę gry na tym niełatwym instrumencie?

R.K.: W podstawówce moja mama chciała mnie zmusić do grania na pianinie. Nudziło mnie to przeogromnie. Zbuntowałem się i nie chciałem grać wtedy na żadnych instrumentach. Dopiero w gimnazjum, w Domu Kultury usłyszałem orkiestrę kameralną, grającą muzykę rozrywkową… Ogromnie spodobały mi się skrzypce i zamarzyłem, żeby na nich grać. Nawet śniło mi się to w nocy. Zwykle w gimnazjum jest już za późno, żeby zaczynać naukę, ale tak się uparłem, że przyjęli mnie do szkoły muzycznej w cyklu czteroletnim. Już na drugim roku grałem w czwartych czy trzecich skrzypcach – tak bardzo mi na tym zależało. Nie wiązałem przyszłości z zostaniem zawodowym skrzypkiem. Kocham ten instrument i bardzo cieszę się, że poznałem sposób gry na nim. Jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak jest trudny. Ale chcieć, to móc.

B.O.: Wspomniałeś o swojej mamie. Czy to ona popchnęła Cię w kierunku muzyki?

R.K.: Od dziecka żyłem w swoim świecie i chciałem zajmować się wszystkim, co „około artystyczne”. Był m.in. teatr, cyrk. Moja mama odkryła we mnie talent do śpiewania i to ona mnie zaczęła „wypychać” na konkursy. Zapisała mnie na zajęcia wokalne. Jestem jej ogromnie wdzięczny, że to zrobiła. Wydawało się, że pójdę w stronę aktorstwa, nie wiedząc, jak trudny to zawód. Cieszę się, że wybrałem drogę muzyczną. Jeśli jesteś aktorem, to musisz polegać na innych ludziach. A ja mogę sam wymyślić swój projekt, nie muszę czekać na innych. Muszę znajdować osoby, które pomogą mi w wykonaniu go, ale jestem niezależny.

M.B.: Występowałeś w cyrku?

R.K.: Do mojego miasteczka przyjeżdżał cyrk, który był moim pierwszym zetknięciem z takiego rodzaju kreacją. Podobało mi się i starałem się odtwarzać to w domu. Robiłem kurtyny i różne dziwne rzeczy w ogrodzie. Tworzyłem swoją rzeczywistość przez zabawę.

B.O.: Jak wspomniałeś, lubisz mieć kontrolę nad swoją twórczością. Często idąc do talent-show można ją stracić. Brałeś udział w X-factorze – co wyniosłeś z programu i jak udało Ci się zachować indywidualność?

R.K.: Mnie ten program w niczym nie pomógł. Żadnych drzwi mi nie otworzył. Nie dał mi nic, prócz sekundowej popularności i lajków na Facebooku. Gdy szedłem na casting, nie wiedziałem do końca, czego się spodziewać. Byłem w takim momencie życia, że nie miałem pojęcia, jak wydać płytę i pokazać swoją twórczość. Jednak miałem świadomość, że idąc tam nie będę mógł pozostać w pełni sobą. Zrozumiałem, że to nie jest droga, którą chcę podążać. Pamiętam, jak odpadłem. To było po „boot campie”, na którym dali nam czas, żeby w nocy nauczyć się piosenek, rano wstać i je śpiewać. Wszyscy tam płakali, jeden wielki cyrk. Odetchnąłem z ulgą, jak mi powiedzieli, że odpadam. Miałem serdecznie dość. Od tego czasu, nie oglądam żadnych programów talent-show.

B.O.: Takie programy zupełnie inaczej wyglądają na ekranie niż w rzeczywistości…

R.K.: Oczywiście, że tak. Nie potępiam osób, które chcą wziąć w nich udział, ale sam nie godzę się na traktowanie w taki sposób. Wydaje mi się, że jestem przykładem tego, że istnieje też inna droga. To zależy od tego, co chce się robić. Zawsze chciałem robić muzykę alternatywną i chciałem mieć wolność artystyczną. To na pewno trudniejsze. Nie było też tak, że na początku musiałem się sprzedać i robić coś wbrew sobie, a dopiero teraz mam szansę realizować to, co czuje. Albo się robi się coś od początku, albo w ogóle.

M.B.: Cenisz wolność?

R.K.: Bardzo. Często mam przez to dużo problemów. W polskim przemyśle muzycznym utarło się, że artyści są zależni od swoich szefów, „grubych ryb” i innych… Ja się przeciwko temu buntuję, bo wydaje mi się, że powinna być równowaga.

M.B.: Pochodzisz z małego miasta. Wolisz Jasło czy Warszawę?

R.K.: Kocham wracać do Jasła. Cały czas mieszka tam moja rodzina, ale ostatnio do mnie dotarło, że moich znajomych, przyjaciół już tam nie ma, więc to jest inne miejsce i momentami czuję się w nim wyobcowany. Kocham duże miasto i zdecydowanie jestem mieszczuchem. Nie wiem, czy tak będzie zawsze, ale aktualnie uwielbiam mieszkać w Warszawie.

M.B.: Lubisz zapach jabłek?

R.K.: Uwielbiam! Dawno tego zapachu nie czułem, bo ostatnio nie byłem w moim mieście. Ale jest naprawdę wyjątkowy. Kojarzy mi się z jeżdżeniem wieczorem ciemnymi uliczkami na rowerze. Ten moment zapadł mi w pamięci. Cieszę się, że udało mi się go wkraść na płytę. (przyp. red.: piosenka „Apple Air”)

B.O.: Jak myślisz, czy gdybyś wychowywał się w dużym mieście, które daje wiele możliwości, ale narzuca też szybkie tempo, również ceniłbyś wolność w takim stopniu?

R.K.: Cieszę się, że nie było mi za łatwo. Nie miałem dostępu do wszystkich artystycznych zajęć. Nie mieszkałem w dużym mieście – i bardzo dobrze. Mogłoby mnie to trochę zniszczyć, zmienić. Tymczasem małe miasto nauczyło mnie tego, że muszę włożyć dużo pracy, żeby coś osiągnąć. Nigdy nie miałem kompleksu, że nie jestem z Warszawy. A wiem, że jest wiele osób, które tak mają. To pewnie też jest kwestia wychowania przez moją mamę.

M.B.: Jakie znaczenie ma dla Ciebie rodzina?

R.K.: Bardzo duże, oczywiście. Jest ogromnym wsparciem. Rodzina i przyjaciele są ogromnie ważni. Co chwilę pojawiają się sytuacje, w których dobre słowo jest potrzebne. To jest nie do przecenienia, gdy wiesz, że te osoby są i możesz na nich polegać.

M.B: Wolisz morze czy góry?

R.K.: Chyba wolę morze. Dzieciństwo spędziłem na Podkarpaciu, więc wtedy było osiągalne tylko przez dwa tygodnie w roku. Podczas studiów bardzo pokochałem morze. Teraz jestem w Warszawie, więc nie mam dla siebie jednego, ani drugiego.

M.B.: Co oznacza tytułowe „Morze”?

R.K.: Ta płyta opowiada głównie o nadmorskim okresie w moim życiu. Piosenka „Morze” otwiera na płycie historię, o której śpiewam. To także morze uczuć: smutku, miłości i po prostu morze jako przestrzeń, którą zostawiłem, przeprowadzając się do Warszawy. Ten album jest pożegnaniem z morzem.

B.O.: Słuchając Twoich utworów, towarzyszyło mi poczucie, że są one niezwykle dojrzałe i szczere. Śpiewasz o tym, co doskwiera ludziom.

R.K: Wiesz, nagrywając ten album, miałem świadomość, że jest to coś wartościowego i ogromnie szczerego. Jak pisałem teksty, to nie zastanawiałem się, co ludzie pomyślą, ale wyobrażałem sobie, że będą chcieli tego słuchać. To dla mnie największy komplement, kiedy słyszę, że moje utwory odzwierciedlają to, co dzieje się w życiu moich słuchaczy. W trudnych chwilach bardzo pomagało mi pisanie. To jest płyta o emocjach, towarzyszących mi w ostatnich latach. Gdy wychodzę na scenę, wczuwam się w stu procentach w historię, która wciąż mnie porusza.

B.O.: Nie boisz się tzw. presji drugiej płyty?

R.K.: Obecnie się tym nie martwię. Staram się podążać swoją drogą. Na pewno będę się stresował, ale intuicja mówi mi, że twórczość ma być zgodna ze mną. Nie mam presji, jak powinna ta druga płyta brzmieć. Gdybym nie miał pomysłu, to na pewno bym się stresował.

B.O.: Jest ktoś, kto Cię inspiruje?

R.K.: Tak. Doskonale pamiętam moment, w którym po raz pierwszy zobaczyłem Amy Winehouse. To było zanim zdawałem na Akademię, słuchałem wtedy dużo jazzu. Zobaczyłem, jak śpiewa „Rehab” na nagraniu z Brit Awards i to było coś niesamowitego. Jej wizerunek zupełnie kontrastował z repertuarem, który wykonywała. Okazało się, że jak ktoś śpiewa jazz, to nie musi być w garniturze, tylko wręcz przeciwnie. Byłem zachwycony… To jak ona budowała melodię, jak to wszystko brzmiało… To było dla mnie coś odkrywczego. Takie poczucie dał mi również serial „Skins”. W pierwszym i drugim sezonie było mnóstwo genialnej muzyki. Kocham ten serial m.in. za to, że poznałem dwa zespoły; nikomu jeszcze nieznaną Adele, która wydała pierwszy album. To było dla mnie niezwykłe: świetna wokalistka, genialne kompozycje, oraz zespół MGMT. To są dla mnie kierunki, które pokazały mi, co jest fajnego z muzyce – każdy jest czymś innym.

B.O.: Wspomniałeś o tym, że będąc dzieckiem interesowałeś się aktorstwem. Nie myślałeś, żeby połączyć te dwie pasje i napisać muzykę do filmu?

R.K.: To jest moje największe marzenie! Wierzę ogromnie, że niedługo stanę przed takim wyzwaniem. A wtedy stanę na głowie, żeby zrobić to najlepiej na świecie. Taki już jestem. Na przykład nigdy nie robiłem teledysku, ale gdy w końcu musiałem – starałem się to zrobić najlepiej, jak potrafię. Myślę, że tak samo byłoby w tym przypadku. Mam nadzieję, że propozycja niebawem się pojawi. Niedawno napisałem muzykę do reklamy. To było super doświadczenie i bardzo mi się podobało. To była muzyka elektroniczna, ale dobrze się w niej czułem. Kocham muzykę elektroniczną.

M.B.: Zamierzasz kiedyś pójść w kierunku elektroniki?

R.K.: Myślę, że pójdę w tym kierunku, jak to przestanie być modne. Tak mam, nie lubię być modny. Jakkolwiek to brzmi (śmiech).

B.O.: W dzisiejszych czasach to zdrowe podejście. Zatrzymanie się i niepodążanie ślepo za tłumem.

R.K.: Tak, lepiej być ponadczasowym niż modnym. Chciałem miksować elektronikę, jak zaczynałem komponować swój album, ale doszedłem do wniosku, że chcę zrobić ponadczasowy album. Chcę, żeby te kompozycje za dziesięć lat nie brzmiały staro. Wydaje mi się, że mi się udało.

B.O.: Twoja muzyka wybija się ponad popularne utwory grane w rozgłośniach komercyjnych. Wyróżnia ją inność, w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

R.K.: Bardzo dziękuję. Podoba mi się to, co dzieje się obecnie w polskiej muzyce. Przestaje panować moda na pogoń za Zachodem. Zacząłem pisać po polsku, bo to jest język moich emocji. Popularność nie jest moim celem. Wydaje mi się, że mogę zagrać swój polski materiał i docierać do szerszego grona odbiorców, jeżeli wypływa on z serca. W dzisiejszych czasach granice w muzyce nie istnieją. To my je sobie narzucamy.

M.B.: Widziałam Twój występ w Opolu. Bardzo mi się spodobał i chciałam znaleźć w sieci coś więcej, ale jeszcze nic nie było.

R.K.: No tak, wtedy jeszcze nic nie było. Faktycznie, ten występ w Opolu bardzo dużo mi dał. Spadł  z nieba. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, ogromnie się stresowałem. Pamiętam to uczucie,  wyszedłem na scenę i pomyślałem: robimy show! Czułem się tam tak dobrze. Wyobraziłem sobie to Opole. A nie mogłem sobie wymarzyć lepszej formy i lepszego koncert niż ten, niż na TVP Kultura. Super, że mogłem. Dużo osób pamięta mnie z tego koncertu i to jest takie świetne rozpoczęcie tego projektu.

M.B.: Zapisałeś się już na siłownię?

R.K.: Właśnie – kurczę! – codziennie to odwlekam. Ale powinienem, bo obiecałem, że schudnę cztery kilogramy do teledysku, w którym wszyscy muszą mnie podnieść. Śmiejemy się, że to po to, żeby było im lżej, ale bardziej chodzi o kondycję. Mięśni chyba nie zrobię (śmiech).

Michalina Bieńko

Na co dzień nałogowo słucha radiowej Trójki. Nie wyobraża sobie życia bez muzyki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany