Gwiazdy polskiego rocka: Spięty

Natalia: Jeśli mam być z Tobą szczera, na samym początku rozmowy muszę przyznać, że pierwszymi utworami Spiętego (Huberta Dobaczewskiego), które usłyszałam, były: Dym, Hydropiekłowstąpienie, Zombi! oraz Do syna Józefa Cieślaka – czyli te najbardziej popularne. Było to na samym początku liceum. Od tamtej pory, przez prawie dwa lata, nie mogłam słuchać Lao Che. Nie dlatego, że nie trafiały do mnie aranżacje muzyczne, wokal, czy teksty, to wszystko było w punkt…  Jednak w tych piosenkach było coś dla mnie tak denerwującego, czego nie mogłam znieść. Kiedy w moim towarzystwie były puszczane utwory nie tylko zespołu, ale utwory samego Spiętego – reagowałam złością.

W moim rodzinnym mieście – Włocławku – w maju 2014 roku otworzono Centrum Kultury Browar B. Na otwarciu miało grać właśnie Lao Che, bilety kosztowały jedynie dziesięć złotych, więc pomimo mojej ogromnej niechęci postanowiłam się wybrać, w dodatku ze znajomymi, którzy byli ogromnymi fanami. Do dziś pamiętam ten koncert. Pierwszym numerem, który zagrali był utwór z płyty Gospel – Czarne kowboje. Słuchając tej piosenki, nadal nie rozumiałam, co ja tam robię, przecież to muzyka totalnie nie w moim guście, po co na siłę się do niej zmuszać. Jednak po jakiejś trzeciej piosence z tej samej płyty (wydaje mi się, że było to Bóg zapłać lub Drogi panie) dałam się maksymalnie ponieść  muzyce. Było w niej coś mistycznego, czego wcześniej nie dostrzegłam. Szczególnie moją uwagę przykuł właśnie Spięty, który przecież na samym początku był dla mnie nie do zniesienia. Przemawiała przez niego stuprocentowa szczerość, zaangażowanie oraz chęć zjednoczenia się z ludźmi, którzy przyszli razem z nim śpiewać ich utwory. Obserwowałam wszystkich, którzy byli uczestnikami koncertu i naprawdę cieszyłam się, że znajduję się wśród nich. Kiedy już przy końcówce  zagrali – dziś jedne z moich ukochanych utworów – Govindam oraz Idzie wiatr – wiedziałam, że pomimo początkowej niechęci, nie rozstanę się już z zespołem i utworami. I faktycznie, do dziś z ogromną chęcią i sentymentem słucham zespołu i kiedy tylko mogę chodzę na ich koncerty. Aktualnie utwory Huberta należą do tych, z którymi mam naprawdę fenomenalne wspomnienia. Sam fakt, że całe moje przygotowania do  matury, to ciągła nauka do utworów tego zespołu. Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia z zespołem i przede wszystkim ze Spiętym?

Karolina: Myślę, że Lao Che to zespół, do którego słuchania trzeba po prostu dojrzeć. Wymaga on od odbiorcy określonej wrażliwości, zaangażowania i na pewno inteligencji emocjonalnej. Moje rozbudzenie się na ich twórczość nastąpiło w 2012 roku, ale wiązało się to ogólnie z tym, że wtedy stałam się bardziej świadomym słuchaczem muzyki i zaczęłam po kolei odkrywać wiele polskich kapel rockowych. Panowie z Płocka wydali wtedy album Soundtrack, z którego pochodzą wspomniane przez Ciebie kawałki Zombi! i Dym. Od razu byłam nimi oczarowana, a w szczególności ich warstwami tekstowymi.

 

Na równi z tym albumem katowałam też wtedy płytę Powstanie Warszawskie. Co ciekawe, tekst do piosenki Godzina W przerabiałam na lekcjach języka polskiego w liceum. Bo dla mnie Hubert Dobaczewski jest przede wszystkim genialnym tekściarzem. Tworzy poezję, a przy tym po prostu bawi się słowami. Szalenie zgrabnie je zestawia, a także z ogromną łatwością i lekkością tworzy barwne środki stylistyczne. Odnajduje zaskakujące połączenia i skojarzenia. Tak opowiedział mi o tym procesie tworzenia tekstów, gdy jakiś czas temu miałam ogromną przyjemność przeprowadzić z nim wywiad:

Chłonę świat wszystkimi zmysłami i potem przenika to do wersów, które klecę. Nie mam na to jakiegoś patentu. Poszukuję takich środków wyrazu, które są najprostsze, a najwięcej potrafią wyrazić. Chyba o to chodzi w poezji, bo te teksty są w jakiś sposób wierszami. Powiedzieć jak najwięcej, jak najmniejszą liczbą słów – to jest mój pomysł na to. Są liryki, które popełniłem dosyć szybko, natomiast ogólnie to jest długi proces. Czasami nad końcówką wersu myślę z dwa tygodnie, bo ciągle mi coś nie leży, więc sobie przestawiam. To jest taka zabawa, niekiedy męcząca, muszę przyznać.

Masz jakieś ulubione liryki Spiętego?

Natalia: Zdecydowanie, największym atutem piosenek Lao Che i Spiętego są teksty tworzone przez wokalistę. Bardzo często mam takie chwile, w których naprawdę nie mogę wyjść z podziwu, jak dany tekst jest dobry, prawdziwy, będący komentarzem do obecnych spraw codziennych. Tym razem jest podobnie jak w naszym poprzednim tekście z wybraniem mojego ulubionego utworu Kazika.  Na pewno na bardzo duże uznanie nie tylko pod względem tekstowym, ale ogólnym, zasługuje najnowsza płyta chłopaków z 2015 roku – Dzieciom.  Z wyróżnieniem takich utworów jak –  Wojenka, oba tomy Bajki o misiu, czy Z kamerą wśród zwierząt. Jeśli chodzi o moje TOP5: Życie jest jak tramwaj, Królowa, Govindam, Hydropiekłowstąpienie oraz Magistrze pigularzu.

Czy głowa po tym nie będzie mnie ćmić?

Czy alkohol można po tym pić?

Czy mogę z Magistrem pomówić otwarcie?

Czy mogę mieć po tym problemy z zaparciem?

Poradzić mi chciej Magistrze Pigularzu,

Bo chciałbym się pozbyć cierpień mych bagażu

I wiem ja co koi ból krzyża i siedzenia

Poleć mi coś mocnego na ból istnienia

Czy długo tym nacierać kark?

Czy mogę mieć po tym suchość warg?

Czy wykwity na pośladkach zginą?

Czy wyraźny jest po tym spadek libido?

Poradzić mi chciej Magistrze Pigularzu,

Bo chciałbym się pozbyć cierpień mych bagażu

I wiem ja co koi ból krzyża i siedzenia

Poleć mi coś mocnego na ból istnienia

A jak jest w Twoim przypadku, jakie są Twoje ulubione teksty Spiętego? Co powiesz o solowej płycie Huberta Antyszanty?

Karolina: Podoba mi się tekst do utworu Czas, który pokazuje, że niekiedy rozpamiętując przeszłość i snując plany na przyszłość, zapominamy o tym, aby jak najlepiej przeżyć teraźniejszość.

Czekaj dni siedem

Być może zimnych i wietrznych

Ale dni siedem jedynie

Bo ósmy będzie wieczny

Puść go i nie trzymaj

Nie skręcaj, nie naginaj

Capniesz go za łachy, będzie wierzgał, fikał

przez palce wyciekał

Bo ten który minął, do ciebie nie należał

I ten który nadejdzie, także twój nie będzie

Bo ten który minął, do ciebie nie należał

I ten który nadejdzie, także twój nie będzie

Nowy lichy lizie, stary wspomnisz

Jeśli nowy cudny, stary zapomnisz

Ale wiedz iż nie ma wcześniej i nie ma też później

Więc co u licha teraz?

Jest tylko tu i teraz

Uwielbiam kawałki Zima stulecia i Urodziła mnie ciotka, ale myślę, że zasługa w tym nie tylko tekstów Spiętego, ale też tego, jak zostały przez niego zaśpiewane i jak komponują się z warstwą muzyczną. Warto wspomnieć o wszystkich lirykach zawartych na płycie Powstanie Warszawskie. Dobaczewski dokonał w nich rzeczy bardzo trudnej – bez zbędnego patosu czy nadęcia, w mocnych, trafnych, wręcz żołnierskich słowach, opisał dramat wojny. Nie skupiał się na bohaterskim zrywie i heroizmie walczących, nie chciał stworzyć kolejnej bogoojczyźnianej laurki, tylko przedstawił, jak to wszystko naprawdę wyglądało z perspektywy szeregowego uczestnika walk – przewija się tam trwoga, głód, cierpienie rannych i wreszcie wszechobecna śmierć. Spięty uczy nas, że odwaga to nie jest brak strachu, tylko umiejętność przezwyciężania go.

 

Przyznam szczerze, że długo zabierałam się za przesłuchanie solowego debiutu Spiętego, wciąż to odkładałam, skupiając się zawsze na piosenkach Lao Che, ale wreszcie  nadrobiłam zaległości. Myślę, że krążkiem Antyszanty Hubert ugruntował swoją pozycję jako genialnego tekściarza, ale też muzyka, bo odpowiada na tej płycie za praktycznie całe instrumentarium. Krytycy nazywali ten album minimalistycznym, ale dla mnie jest on bardzo eklektyczny – łączy w sobie rozmaite dźwięki zaczynając od gitar, przechodząc przez elektroniczne sample, po rozmaite odgłosy i szumy, a kończąc na ukulele i akordeonie. Wydaje mi się, że Dobaczewski pozwolił sobie tutaj na odrobinę więcej luzu i swobody. Oprócz utworów typowo bardowych, niektóre numery zawierają rubaszne czy nawet nieco jarmarczne fragmenty w warstwie tekstowej. Za motyw główny obrał tematy morza, żeglarzy i rejsów, ale jest to tylko punkt wyjścia do rozważań o szeroko pojętej ludzkiej egzystencji. Jak zwykle w jego twórczości nie brakuje różnych skojarzeń, zabaw słownych i droczenia się ze słuchaczem. A jakie są Twoje wrażenia związane z tym krążkiem?

Natalia: Tak pięknie napisałaś o Antyszantach, że w sumie nie mam nic więcej do dodania. Zgadzam się całkowicie. To płyta, od której trzeba raz na jakiś czas zrobić sobie odpoczynek, pomimo wszystko dosyć często do niej wracam, lubię ją.

Spięty, jego niezwykły głos oraz teksty są cudowne, ale w mojej opinii najlepiej brzmią w połączeniu z innymi muzykami tworzącymi zespół Lao Che – Mariusz “Denat” Denst, Michał “Dimon” Jastrzębski, Filip “Wieża” Różański, Rafał “Żubr” Borycki, Maciek “Trocki” Dzierżanowski. To ekipa, która tworzy niesamowite dzieła, to chłopcy, którzy osobiście są szalonymi ludźmi, z których twarzy  nie schodzi uśmiech, w końcu, z którymi można porozmawiać nie tylko o ich muzyce, ale nawet o tym jaka pogoda na zewnątrz – a z nimi nawet pogoda staje się ciekawym tematem. Mam nadzieję, że niebawem usłyszymy najnowszy album grupy!

 

Karolina: Tak! Wszyscy pozostali członkowie Lao Che dopełniają Spiętego. Sam Dobaczewski mówi, że W Lao Che jest większy potencjał muzyczny, bo przy sześciu osobach występuje bogactwo możliwości. To świetne doświadczenie zobaczyć tę całą grupę na scenie podczas koncertów, jak bawi się i po prostu żyje muzyką. Ci panowie rozumieją się bez słów – dużo improwizują, praktycznie każdy występ na żywo jest inny i niepowtarzalny, ale zawsze wolny od jakichś dużych potknięć. Jestem wielką fanką projektu Jazzombie, kiedy Lao Che połączyli siły razem z zespołem Wojtka Mazolewskiego Pink Freud. To było istne szaleństwo i wręcz atomowa ilość energii, gdy dziesięciu tak twórczych mężczyzn grało razem. Jednak mając na względzie te wszystkie aspekty artystyczne i fakt, że Spięty jest tak inteligentny i elokwentny, że przy rozmowie z nim co drugie wypowiedziane zdanie mogłoby być cytatem, należy stwierdzić, że Hubert jest po prostu przemiłym człowiekiem – uprzejmym, cierpliwym i otwartym, a do tego etatowym tatą dla dwóch córek.

W tygodniu jestem sztandarowym tatą, a w weekendy mnie nie ma i muszę się przeobrazić, ale bliscy do tego przywykli i ja też. Scena jednak wymaga innego dostrojenia się, wtedy wychodzą inne emocje. Człowiek wyraża się inaczej niż na co dzień. Zaorałbym się, gdybym tylko jeździł z zespołem i grał. Może wtedy już by mi się nawet nie chciało, bo byłbym zmęczony tym trybem, który absorbuje dużo energii. Muszę gdzieś ładować akumulator i gdy w tym domu się tak wynudzę, bo niewiele się dzieje, to urywam się w trasę. Na pewno ten spokój i pewna proza dnia codziennego są potrzebne, a wręcz niezbędne (…).

Jestem głęboko wierzący, tylko nie wiem w co, ale może kiedyś do tego dojdę (…).

Trzeba sobie życie dobrze ułożyć, żeby się później nie wyłożyć (…).

Nie przepadam za mediami. Nie śledzę ich, nie kupuję prasy, nie mam telewizji. Na pewno nie jestem na bieżąco, ale to wszystko ładuje się z buciorami gdzieś do życia każdego z nas, więc przesiąkam tym. Gdybym to wszystko obserwował, to zapewne byłbym permanentnie przerażony, dlatego wolę się tam nie zapuszczać. Nic z tego nie wynika, nie czyni mnie to mądrzejszym, nic nie będę więcej wiedział o świecie. Nie będę więcej czuł, rozumiał, więc jest to strata czasu. Tym bardziej, że ktoś podaje to tak spreparowane, że absolutnie odbiega od prawdy. Człowiek jest taki więcej na zewnątrz, a mniej do środka (…).

Natalia Rieske

Zacznij chodzić do teatru. ☺️?

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany