Pożegnaliśmy się jedynie słowami – 6. rocznica śmierci Amy Winehouse

Every bad situation is a blues song waiting to happen. – Amy Winehouse

Sześć lat temu, 23 lipca 2011 roku, tętniące na co dzień życiem Camden Town w północnym Londynie na moment zamilkło. Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Moment, w którym po zaledwie dwudziestu siedmiu krótkich latach trwania, urwała się pewna piosenka. Na Camden Square pojawił się tłum reporterów i paparazzi, gapiów i fanów, którzy przynosili pod dom z numerem 30 kwiaty, znicze i butelki z alkoholem. Sześć lat temu odeszła Amy Winehouse, samozwańcza queen of Camden Town, jedna z najbardziej kontrowersyjnych gwiazd ubiegłej dekady i – z całą pewnością – jedna z najwybitniejszych artystek XXI wieku.

To przykre, lecz prawdziwe – większość mojego kulturalnego serca zajmują osoby od dawna już nieżyjące. Być może mam trochę starą duszę, szukającą swojego miejsca wśród pamiątek przeszłości. Trudno jednak mówić o odległych czasach, jeśli w grę wchodzi osoba Amy Winehouse – starszej ode mnie o zaledwie piętnaście lat. Paradoks tkwi jednak w tym, że w ciele tej młodej kobiety – natapirowanej, kolorowo wytatuowanej i ubranej zawsze w niebotycznie wysokie szpilki – tkwiła stara dusza. Dusza, która została na zawsze unieśmiertelniona dzięki tworzonej przez nią przez kilka zaledwie lat muzyce. Nie bez powodu porównuje się bowiem twórczość Amy Winehouse do legendarnych już dzisiaj Elli Fitzgerald czy Sarah Vaughan. Amy swoją muzyką wychodziła gdzieś ponad dwudziesty pierwszy wiek, dając milionom słuchaczy nowe doznania. W tym mnie – siedzącej z szeroko otwartymi oczami, zdziwionej, że taki talent zabrano nam tak wcześnie.

Wspomnieć o jej największych sukcesach – to za mało. Tytuł najlepszej wokalistki roku 2007 (BRIT Awards), 5 nagród Grammy (zdobytych w ciągu jednego wieczoru), 3 – Ivora Novello, trzynaście pierwszych miejsc na światowych listach przebojów (Back to black) i miliony wyświetleń na Youtube. Dziś, po 14 latach od jej debiutu i sześciu latach od jej śmierci, liczby te wydają się nie mieć żadnego znaczenia. Myśląc o niej, utwierdzam się w przekonaniu, że droga, którą kroczy człowiek za życia – droga ku sukcesowi i uznaniu, na którą świadomie weszła młoda Amy – w ostatecznym rozrachunku staje się niczym wobec tego, co za życia zdołaliśmy przekazać drugiemu człowiekowi. Moim największym marzeniem jest wielka sława – pisała dwunastoletnia Amy w podaniu o przyjęcie do brytyjskiej szkoły teatralnej. Czy dzisiaj trzydziestotrzyletnia już Winehouse podpisałaby się pod własnymi słowami? To nie nagrody Grammy ani wyprzedane do ostatniego biletu koncerty stanowiły o wielkości Amy. Jej wielkością była muzyka, którą tworzyła – muzyka prosto z serca, z najgłębszych zakamarków duszy, którą zdawała się wyrywać z siebie pazurami. Każda jej piosenka jest jak odcięcie ręki. Każda jest jak wyrwanie serca z piersi – tak mówił o muzyce córki jej ojciec Mitch i nie wiem, czy znalazłabym lepsze słowa na jej określenie. O ile bowiem Frank, debiutancka płyta Amy wydana w 2003 roku i opowiadająca o rozstaniu z byłym chłopakiem (którego pieszczotliwie nazywa swoim lady boy’em), stanowi solidną porcję dobrych, oryginalnych dźwięków, połączonego z hip-hopem R’n’B i jazzu, o tyle Back to black – wydana cztery lata później – to już przejście do innego wymiaru.

Źródło: NME.com

Profanacją wydaje mi się próba opisania i oceny utworów Amy i wywoływanych we mnie dzięki nim emocji. Przy Valerie przyspiesza bowiem mój krok i puls – przy Love is a losing game zwalnia świat i odzywają się najgłębsze, najczulsze struny w duszy. He can only hold her i Just friends przywołują dawno zapomniane już emocje i wspomnienia; Will you still love me tommorow – najmilsze i pierwsze, nieśmiałe uczucia. Jej największą siłą były bowiem emocje, które przekazywała w swoich utworach – i choć Frank zdecydowanie bardziej podoba mi się pod względem muzycznym, to dzięki Back to black możemy poznać – na tyle, na ile ona sama nam na to pozwala – Amy, a także w pewnym stopniu utożsamić się z emocjami, które w sobie nosiła (a podczas nagrywania albumu była zaledwie cztery lata starsza ode mnie). W swej nadzwyczajności była niezwykle zwyczajna. To zdaje mi się być jej największą siłą – podejmowanie tematów bliskich każdemu wrażliwemu człowiekowi i dotknięcie za ich pośrednictwem najgłębszych strun ludzkiej duszy. Chcę, by ludzie, słysząc mój głos, mogli po prostu… zapomnieć o swoich troskach, choć na chwilę – pisała Amy i mam nadzieję, że dzisiaj byłaby zadowolona, wiedząc, że to marzenie się spełniło.

Nie chcę dzisiaj pisać o uzależnieniach Amy, jej autodestrukcyjnych zachowaniach i toksycznym związku z mężem, Blakiem Fielderem-Civilem. O tym wystarczająco głośno i szumnie wypowiadały się media przez większość trwania jej krótkiej kariery, a wycinkami z jej wizerunkiem, pochodzącymi z brytyjskich bulwarówek zapewne wszyscy moglibyśmy powyklejać swoje sypialnie. Dziś chciałabym mówić i myśleć tylko i wyłącznie o niej i jej muzyce – tak oryginalnej i magnetyzującej jak ona sama. Wielokrotnie nagradzana piosenkarka. Ekscentryczna gwiazda rocka. Ikona stylu. Nowa Brigitte Bardot. Kieszonkowa Wenus – tak opisywał Amy Winehouse dziennikarz muzyczny Garry Mulholland, którego słowa przytoczyła Daphne Barak w swojej książce Saving Amy. Niemożliwością wydaje się ostateczne zdefiniowanie Amy – nigdy więc nie starałam się tego robić, choć częścią mojego życia jest już od dobrych kilku lat. Dzisiaj wspominam różnorodność, jaką obdarzała muzyczny i modowy świat – od przesyconych rytmami lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jazzowych dźwięków, do udziału w utworach amerykańskich raperów (Like smoke stworzone wraz z Nasem); od eleganckich sukienek i delikatnego makijażu, do słynnego koka (tu szybki odsyłacz do piosenki Amy autorstwa Marii Peszek) i kresek a’la Kleopatra, zainspirowanych wpływem takich zespołów jak The Ronettes czy The Crystals. Dzisiaj myślę o niej wyjątkowo dużo i ciepło, powtarzając przeczytane w internecie kilka lat temu słowa – dobrej drogi mała i do zobaczyska.

Źródło: archiwum własne
Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany