Notatki o muzycznym kampowaniu, czyli dlaczego boimy się słuchać Britney Spears

1.

O muzyce właściwie ciężko jest dyskutować. Oczywiście, pomijam to szczególne braterstwo kultu wspólnego zespołu, a nawet milczący dialog tłumnego pogo na koncertach. Problem zaczyna się w momencie, kiedy dwie jednostki nie uważają tego jednego wykonawcy za bezdyskusyjnie dobrego. (Co to znaczy dobra muzyka? Ja wciąż nie wiem). Rozmowa z fanką Taco Hemingway’a lub Justina Biebera może być podobnie niebezpieczna jak stanie pomiędzy kibicami Apatora i Elany. Nawet wielbiciele Coldplay’a, śpiewając Hymn for the weekend zmiotą cię z ziemi, jeśli spróbujesz powiedzieć, że indie rock to szmirowa nuda. Jednak czy chodzi o to, żeby przekonać się wzajemnie do ulubionego zespołu? To chyba niemożliwe. A może nawet niepotrzebne.

2.

Potrzebna jest jednak, jak mniemam, świadomość muzyczna. Wiedza, że przebój Bastille to jedynie kilka dźwięków promowanych przez Radio Eska, że o Ellie Goulding nikt może za dziesięć lat nie pamiętać. Z drugiej strony, prawdopodobnie każdy kto nie jest fanem jazzu na Miles Davisa pokiwa z aprobatą głową, a jeśli słyszymy, że Guns N’ Roses grają w Polsce, wszyscy wiemy, że przyjeżdża legenda muzyki. I tutaj pojawia się problem. Nikt nie musi wyjaśniać dlaczego słucha The doors, ale z Christiną Aguilerą będzie już chyba inaczej. Czy w takim razie powinniśmy się tłumaczyć z tego, co lubimy? Brzmi to przecież absurdalnie.

Źródło: Lovethispic.com
3.

Rzecz jasna, nie chodzi mi o dosłowne tłumaczenie się i rozkładanie kompozycji muzycznej na części, by tej drugiej stronie wytłumaczyć, że mamy do czynienia z muzyką WYSOKĄ. Kogo dzisiaj obchodzi właściwie ten podział (i czy on w ogóle funkcjonuje)? Chodzi mi raczej o sens muzycznej dyskusji i – dalej – sens słuchania muzyki. Już nie dlatego, żeby udowodnić koleżance, że Natalia Nykiel wcale nie jest tak oryginalna jak Monika Brodka. Wydaje mi się istotne, by wiedzieć, dla samego siebie, dlaczego włączamy po raz piąty piosenkę. Myślę, że większość publiczności Krzysztofa Warlikowskiego lub czytelników Dostojewskiego nie dotyka nawet problemu braku tej świadomości. Szczególnie dzisiaj, kiedy muzykę możemy odkryć jednym kliknięciem. Literaturę dalej dobieramy z uwagą, a Filmweb dostarcza nam wszelkiej filmoznawczej wiedzy (sorry not sorry). Nie uważam w tym momencie, że każdy z nas powinien władać muzykologiczną terminologią. Chodzi mi o to, że odbiór muzyki zdaje się wręcz magiczny, a więc uciekający krytyce. Namiętny, toksyczny związek z jedną piosenką jest pozarozumowy, rozpalający, wzbudzający stały głód, dostarczający silne emocje. A przecież to tylko kilka minut. Może w takim razie muzyka jest jak seks – właściwie nie ma o czym mówić?

4.

Nie chcąc jednak rezygnować z przyjemności jaką jest muzyka na języku, zastanawiam się czy jest sens tę muzyczną rozmowę rozkładać na gatunki, takty, nuty, a w pauzach rzucać bluzką w ukochanego rapera. Gdyby muzykę postrzegać kulturowo, a następnie historycznie otwiera się już znacznie szerszy kontekst, a my docieramy do sedna tego, kim jesteśmy. Muzyka tak zła, że aż dobra zaczyna nabierać znacznie głębszego sensu.

5.

A skoro na muzykę chcę spojrzeć kulturowo, wypadałoby ją połączyć z estetyką, która z podobną łatwością ucieka określeniom. Chodzi mi o kamp. Można się już denerwować tym, że próbuje definiować niedefiniowalne, ale jest to jednak zbyt nęcące. Kamp – jak mówiła jego teoretyczna prowodyrka, Susan Sontag – będzie akceptacją tego, co ludzkie, a więc ułomne.

Smak kampu jest rodzajem miłości, miłości do ludzkiej natury. Smakuje raczej niż sądzi małe triumfy i niezręczności… Utożsamia się z tym, co go cieszy. (…) Kamp jest tkliwym uczuciem.

To nie mówi jeszcze zbyt wiele. Kamp będzie dalekim krewnym kiczu. Estetyką, rodzajem wrażliwości, sposobem na życie lub możliwością zabawy w spektakl. Będzie przeobrażeniem, wyobrażeniem, hiperbolizacją, społeczeństwem spektaklu, grą i teatrem. Kamp to także dandyzm epoki kultury masowej. To przestrzeń, która zdaje się nie mieć granic. Która jest jednocześnie rozbawiona i śmiertelnie poważna.

Źródło: Tumblr.com
6.

Nie chcę w tym momencie upraszczać całej historii muzyki lub rozszerzać hermetyczne granice kampu i mówić, że wszelkie dźwięki niezrozumiałe okazują się kampowe. Chcę raczej powiedzieć, że kamp pozwala na analizowanie muzyki w innym kontekście, pozwala oderwać się od nut, które przecież ciężko analizować i wiązać z uczuciami. Tutaj gra toczy się na innym poziomie – chodzi o wizerunek, cielesność, wideo. Całą nadbudowę muzyki, która wpływa na nas w znaczącym stopniu. Zresztą sama geneza słowa kamp – se camper – czyli przybierać pozy, popisywać się, to przecież sedno muzycznego światka. Wykreowanie artystycznego ja, bajeczka, która odbywa się na scenie, neonowy świat, który oślepiał nas przez programy MTV we wczesnych latach 2000. A więc muzyka kampowa, według mnie, będzie muzyką, która sama siebie bierze na poważnie, kreując tym samym zupełnie niepoważny, kuriozalny świat.

7.

Kamp w moich obserwacjach będzie więc srebrzystą chwilowością. Testerem różowej szminki na dłoni, której nigdy nie kupimy, głosem ukochanej osoby, który w myślach nie brzmi już realnie. Będzie jednym diamentem na szyi, jednym słowem za dużo, szalem z piór albo flamenco w Hiszpanii. Jest to przestrzeń uwodzicielska, a za razem bezsensowna. Ale ten bezsens chce się trzymać w dłoni. To piękne kłamstwa, nie okrutne.

8.

A wracając już do muzyki, tym razem z towarzyszeniem kampu, montuje dla Was moje wyznanie wiary, tworząc subwersyjnie bezsensowną, krótką playliste, która wystarczy na przejazd rowerem z domu nad jezioro. Zamiast Dolly Parton i Nicky Minaj, o których może powinno się wspomnieć, częstuje Was inną, kampową przygodą, zachęcając tym samym do muzycznego dialogu i transgresywnych wędrówek po Youtubie.

9. Po pierwsze – Britney Spears

Możecie mówić co chcecie, ale… Baby One More Time i Oops!… I Did It Again znamy wszyscy. Zaryzykuję stwierdzeniem, że Britney, jako artystka, ma niewiele do powiedzenia. Jednak jej wizerunek, szczególnie ten z wczesnych lat kariery, to z perspektywy czasu popkulturowy produkt niesamowicie oczywistej, ale i ciekawej kobiecości. Britney pozostaje hiperkobieca, wykraczająca poza kategorie wulgarności. Czy to w blond lokach świecąca się od diamentów, czy w niebotycznie wysokich czarnych szpilkach. To spektakl narcyzmu, w którym ona wyznacza warunki, robiąc show kobiecości, która jest dosłowna do bólu. Z całym przekonaniem o oczywistości tego seksapilu, który mieszka tylko w Los Angeles pozostaje księżniczką tandety, która jednak bywa czarująca. Beztreściowo pobudzająca. Oczywista, ale nadal przyciągająca.

10. Po drugie – Piotr Czajkowski

Choć Piotr Czajkowski w zestawieniu ze Spears może być traktowany jak herezja, to jednak, idąc dalej za Sontag, opera i balet miały szanse stać się kampowe, ponieważ nie są w stanie pojąć skomplikowania ludzkiej natury. Czym jest więc Jezioro Łabędzie, delikatny Taniec cukrowej wieszczki? Adorno zgryźliwie komentował, że Czajkowski nawet rozpacz wyśpiewuję na nutę przeboju, także historycy muzyki patrzą na kompozytora jako na zjawisko antycypujące mainstream w muzyce. Jednak Czajkowski pozostaje piękny w uspakajający sposób. Smutny w banalnych nutach. Patetyczny w zamierzchłych czasach, które dzisiaj są wzruszającą nostalgią drgających trykotów rachitycznych baletnic.

11. Po trzecie – The Rocky Horror Picture Show

Istnieje kamp naiwny i kamp świadomy. Ciężko nie stwierdzić, że The Rocky Horror Picture Show, który był parodystyczną odpowiedzią na powstające w latach 1940-1970 produkcje sciene fiction i horrory klasy B zbliża się bardziej to tego drugiego rodzaju. Szalona opowieść o nawiedzonym zamku dzikiego naukowca jest musicalem odbiegającym, już poprzez samą warstwą wizualną, od normy. Jednak poza Timem Currym ubranym w czarne pończochy, sama warstwa muzyczna jest maksymalnie przesadzona. To właściwie nie tyle muzyka do słuchania, a pewien akt, doświadczenie obcowania z dźwiękami musicalowo-kiczowatymi. To przecież dźwięki, które wyśmiewają same siebie.

12.

Można by jeszcze pokusić się o Mozarta, czy Die Antwoord, ale może sami macie ulubionych artystów, którzy są Waszym małym guilty pleasure? A może uważacie, że muzyczne kampowanie to jedynie wymysł?

Tymczasem nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć samych uniesień przy słuchaniu wszystkich Waszych ulubionych kawałków. Bawcie się, rozmawiajcie poprzez muzykę, szokujcie, przesadzajcie, płaczcie. W końcu są wakacje, możemy się przyznać do wyolbrzymionej wrażliwości i mieć czas na przesłuchanie kilku płyt pod rząd, leżąc po prostu na dywanie.

Źródło: inebriatedspook.blogspot.com

Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: Theguardian.com

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany