Wspomnienie jednego dnia. Zakopane międzywojenne

Są wakacje. Błękit nieba. Słucham muzyki. Wstałam, robię właśnie śniadanie. Dochodzą mnie dźwięki znanej piosenki. Zaczynam się w nią wsłuchiwać. Przypomnienie sobie tytułu sprawia mi trudność. Ale to chyba… Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem. Sugestywność melodii ogarnia mnie jak te nuty, a moje myśli powolnie zmierzają ku szalonym latom dwudziestym i trzydziestym XX wieku. Zakopane – zimowa i letnia stolica Polski, pępek świata, mit i legenda sama w sobie. Cóż bym dała, by przenieść się tam w czasie. Choćby na jeden dzień. A może jednak jest to możliwe? Posiadając wiele czasu w zanadrzu, postanawiam spróbować. Z wytężeniem zamykam moje oczy, ściągam silnie brwi, nieprzyjemnie marszczę czoło. I próbuję, wyobrażając ją sobie, podróżować w przeszłość.

Jestem w Krakowie, na placu św. Ducha. Autobusy odjeżdżają dwa razy dziennie ale podróż trwa dość długo, bo około trzech i pół godzin. Jak na złość mam tylko jeden dzień. Narasta we mnie determinacja. Stawiam wszystko na jedną karę i idę kupić bilet na pociąg. Wygląd ma niezwykle futurystyczny – nowoczesnością aż emanuje. Nazwa brzmi obiecująco – Lux-torpeda. Dobiega mnie głos z peronu (chyba tego mężczyzny w brązowym garniturze, filcowym kapeluszu i z laską w ręku): Ależ czy droga pani nie słyszała, że osiąga prędkość 115 kilometrów na godzinę? Zdumiewające! – odpowiada kobieta w dopasowanym, długim białym żakiecie i spódnicy. Wewnątrz zaledwie pięćdziesięciu sześciu pasażerów siedzących na szykownych, skórzanych siedzeniach o ekstrawaganckim czerwonym kolorze. Ruszamy.

Podróż jest bardzo przyjemna, nie słychać hałasu – to przez nowoczesne koła, które sprawiają, że jazda jest pozbawiona wstrząsów. Zamyślam się. Przypominają mi się słowa Witolda Gombrowicza, które kiedyś czytałam: Szlagony z Kresów lub z Poznańskiego, aferzyści, Radziwiłłowie, zawodowi taternicy, Boy z Makuszyńskim, przemysł i handel, inteligencja, studenteria, suchotnicy, górale – wszystko mieszało się na Krupówkach. Otóż kiedy pierwszy raz zawitałem do Zakopanego, gdzieś koło 1927 roku, każda z tych grup chodziła swoimi drogami, miała swój język swoje obyczaje i stoliki u Trzaski. Trzeba będzie pójść do restauracji tego Trzaski. Mam nadzieję, że trafię. Spoglądam na zegarek. Minęło niecałe dwie i pół godziny. Lux-torpeda zwalnia i… staje? Jak to, coś się zepsuło? Pytam siedzącą za mną kobietę w filcowym kapeluszu, o krótkich, czarnych włosach. Uśmiecha się, mówiąc: Już jesteśmy na miejscu. Na miejscu? W niecałe dwie i pół godziny?!

hotel Stamary. Rok 2017

Uderza mnie podmuch świeżego, ostrego powietrza i niebywały jazgot. Idę w kierunku ulicy, dziesiątki ludzi zaczepiają mnie, proponując nocleg. Przedzieram się przez tłum góralek, górali, dorożek, a przede wszystkim – przyjezdnych. Widzę przed sobą przepiękny, wielki budynek. To hotel Stamary. Najjaśniejsza perła z okresu sprzed Wielkiej Wojny, teraz już znacząco przybladła. Kiedyś bawiła tutaj śmietanka towarzyska, dziś te honory przejął słynny hotel-pensjonat Bristol, znajdujący się kawałek stąd. To w Bristolu zatrzymują się praktycznie wszyscy – wycieczki zagraniczne, połyskujące limuzyny, politycy, właścicielki szykownych, długich sukien, wojskowi, gwiazdy filmu. Można podziwiać wystawy obrazów, tańczyć na świeżym powietrzu, a zimą spacerować w ogrodzie rzeźb z lodu.

Willa Turnia, rok 2017

Mijam przeuroczy, dość spory kiosk w stylu podhalańskim, aby zobaczyć słynną Równię Krupową. Widzę afisz – Opera Górska, w repertuarze m.in. Halka Moniuszki – przygrywa orkiestra 20 pułku piechoty. O ścianę prześlicznej, drewnianej willi Turnia opiera się góral, ubrany jak najbardziej po ludowemu. Opala się. Pytam, którędy na Krupówki. E, paniusiu, pójdziecie se hen, hańtydny – wskazuje mi ręką drogę. Tam, koło dworca autobusowego? – dopytuję.  –No dyć prawda.

Idę więc. Ludzi zaczyna być więcej i więcej. Dochodzę do zatłoczonej ulicy, środkiem jadą dorożki, szeroki chodnik po obu stronach. Po prawej wznosi się przykuwający uwagę budynek. To ta słynna restauracja. Chcąc nie chcąc, zaglądam przez oszkloną werandę. Czy to… czy to może być?… blednę na twarzy.

Tu znajdowała się restauracja Franciszka Trzaski. Drewnianej, słynnej werandy już nie ma, rok 2017

Z osłupienia wybija mnie czyjś głos. Odwracam się. Stoi przede mną mężczyzna o dość dużych zakolach, mówi: Kiedyś złożył nam długotrwałą wizytę Kamil Witkowski, wódz Irokezów lub Czarnych Stóp, oczywiście warszawskich, poza tym malarz z gębą Indianina i z gardłem żądnym wody ognistej. Gdy znudziło mu się pić na pluszowej kanapce w lokalu Trzaski, zamieszkiwał podłogę pod nią i tam kazał sobie podawać kielichy alkoholu. Stamtąd wybieraliśmy go sztywnego jak deska i odnosiliśmy do domu, śpiewając psalmy.
Uśmiecha się. Przedstawiam się pośpiesznie, w odpowiedzi podana mi zostaje dłoń i imię tajemniczego jegomościa – Rafał Malczewski. Po dość długiej wymianie zdań proponuje, że oprowadzi mnie po Krupówkach, na co z radością przystaję. Od razu jednak pytam, czy tam, na werandzie, to naprawdę siedział Kornel Makuszyński. Malczewski przytakuje, dodając. Jeżeli brydż i koniak zwolniły go z pracy, przechadzał się w splendorze po Krupówkach i kłaniał z umiejętnością podkomorzego.

Idziemy w górę Krupówkami. Co krok kawiarnia, po stopach depcze mi wrzask jazzu, przyjemne pokrzykiwania, neony błyszczą – brydż, dansing, jazzband. Sporo tutaj kawiarni – wzdycham w oszołomieniu. Malczewski podchwytuje: …w kawiarniach tańczy się bez opamiętania, tak samo pije. W pensjonatach kwitnie miłość w pokojach, na schodach i pod schodami. – Nie potrafię ukryć uśmiechu –  Samotnemu zakopiański klub zastąpi ojca i matkę. Nieraz odnajdzie i ciotkę. Będzie się czuł jak u kogoś najmilszego w gościnie i rychło zapomni o swoim domu i odpocznie. Jakkolwiek klub spełnia to zadanie zawsze, najlepiej jednak z wiosną, gdy apartamenty nie są tak nabite jak w zimie, gdy przybysza otoczą wieńcem tubylcy mili i pogodni jak mieszkańcy wysp Polinezji. Ustroją gościa kwiatami, posadzą do brydża i wykończą. […] gospodarze kawiarni i restauracji uprzejmi i choć cenią gościa na dwa złote, udają, że wierzą w jego gotówkę.
Po prawej stronie widzę drewniany budynek, nad którym widnieje spory szyld. Białe litery przykuwają wzrok – GEBETHNER WOLFF. Staram się dostrzec coś przez witrynę. Książki. Cała masa! To fila słynnej księgarni…

Mija nas jakaś kobieta, której mój współtowarzysz się kłania. Mój wzrok przybiera pytający wyraz, odpowiedź na niezadane pytanie już pada: niebieskooka i o wielkiej sztucznej prostocie, jak i jej proza. Nagle rozumiem. To była Zofia Nałkowska. Mająca zawsze jakiegoś podopiecznego artystę, jak Bruno Schulz i jak tam innym było…
Zapytuję, któż jeszcze tutaj bywał, ale szybko pojmuję swój błąd, gdyż z każdym kolejnym nazwiskiem bardziej uginają się pode mną nogi. Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski, Karol Szymanowski, Ludwik Solski, Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski, Magdalena Samozwaniec, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stanisław Przybyszewski, Julian Tuwim, Tymon Niesiołowski (który – jak dodaje Malczewski – dopiero na drugi dzień był pijany, skoro wlał w siebie sporo wódy poprzedniego wieczora).

 

Po lewej widzę ogromny budynek, jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. To Bazar Polski. Naprzeciwko – hotel Morskie Oko. W sali teatralnej działał Teatr Formistyczny Witkacego, wystawiano jego sztuki W małym dworku i Wariata i zakonnicę. Dostrzegam nagle znajomą nazwę – kabaret Qui pro quo. Zabawne. Lata temu występowała tutaj Helena Modrzejewska, a dzisiaj – Ordonka. Malczewski dostrzega moje zainteresowanie słynnym hotelem i restauracją, mówi więc: nocami można było zobaczyć poetę Władka Broniewskiego, stojącego na głowie w sali Morskiego Oka przez niepokojąco długi czas.

Patrzę przed siebie, idziemy w stronę restauracji Karpowicza Przełęcz. Ta nazwa coś mi mówi. Przypomina mi się fragment, który czytałam w Spotkaniach z Szymanowskim Iwaszkiewicza, dotyczący Karola Stryjeńskiego: Wesoły, swobodny i bardzo inteligentny, znakomity kompan, umiał jednocześnie interesująco gawędzić […]. Spotykaliśmy się zawsze na obiedzie u Karpowicza i przesiadywaliśmy długo razem. Może uda się go zobaczyć.

W stronę restauracji, dość żwawym krokiem, zmierza bardzo wysoki mężczyzna, będzie z ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Ma na sobie sportową marynarkę i słomkowy kapelusz. Słyszę za sobą kilka kobiecych szeptów – to Witkacy. Postać znika nam z oczu. Malczewski zniża głos: Był z urodzenia aktorem, co więcej, potrafił naśladować głosy setek ludzi. Rozważania Karola Szymanowskiego, jadącego w trumnie na własnym pogrzebie, urządzonym oczywiście w Krakowie, lub rozmówki Boya były arcydziełami dowcipu swoistego i jedynego. Tworzył szereg wspaniałych scenek, odgrywając szereg postaci, splątanych ze sobą (rozmowa ze zbirem przez drzwi lub para ściskająca się w kącie), […]. Była to istota, z którą nie tylko było żyć przyjemnie, ale, co bez porównania rzadsze, człowiek czuł, jak się rozrasta wewnętrznie, jak pęcznieje czymś, co oddziela homo sapiens od bydlaka.

Schodzimy w dół Krupówkami. Przypomina mi się pewna historia, gdzieś o niej czytałam: W mniejszej sali siedzą dwaj profesorowie, Witkacy, a z nimi gwiazdor zakopiańskiego narciarstwa Stanisław Motyka. W pewnej chwili Motyka, przysłuchujący się dotąd rozmowie filozofów, przerywa Tatarkiewiczowi, klepie go protekcjonalnie po kolanie i wyrokuje: Głupstwa pan mówisz, głupstwa. Tatarkiewicz blednie, a Witkacy jest w siódmym niebie […].

Docieramy na dolną część Krupówek. Po prawej wznosi się Kościół Parafialny. Malczewski ożywia się: Był czas, że takie zebrania meskalinowo-kokainowe odbywały się w domu jednego ze znanych lekarzy zakopiańskich. Tam zastrzyknięto sporą dawkę meskaliny malarzowi Januszowi Kotarbińskiemu. Kotarbiński osłab oczywiście, zwolnił mu puls, jak być powinno. Co ujrzał w tych wizjach, nikt nie wie. Dość, że zawiał z gościnnego domu i resztę nocy leżał krzyżem pod kościołem parafialnym. Skoro otworzono kościół, przeniósł się do wnętrza i tam wypierał się czarta. […] W końcu okazało się, że meskalina doprowadziła do pomalowania kościoła od wewnątrz. Proboszcz, ujęty jego pobożnością, zlecił mu to zadanie […]. W ten sposób strop świątyni pokrył się polichromią bardzo podhalańską. Tam siedział dziedzic Kuźnic, Władysław Zamoyski, tam latały aniołki i mrugały rzęsami á la Rita Hayworh […].

W budynku sakralnym wyrastającym z ziemi dokładnie przed nami, 24 kwietnia 1923 roku pobrali się Helena Rojówna i Mieczysław Antoni Kozłowski (o pseudonimie literackim Rytard). Czytałam o tym u Iwaszkiewicza, w Spotkaniach z Szymanowskim: Muzyka grała, drużbowie śpiewali, nie obeszło się bez bitki, gdyż nawet sama panna młoda powiedziała, że „rada widzę bitkę na weselu”, a oszołomione cepry kręciły się jak spłoszone ptactwo pomiędzy barwnym góralskim korowodem. Nie brakowało tutaj nikogo z zakopiańskich wielkości: Witkacy, Gucio Zamoyski, Stryjeńscy, Jan Mieczysławski z żoną, jednym słowem wszyscy. Jakiś oszołomiony Francuz wpadł, jak Piłat w credo, w to wszystko, Grydzewski, który na ślubie w kościele zjawił się z nieodstępną redakcyjną teczką, wreszcie cała rodzina pana młodego.

Zamyśliłam się, nie spostrzegłszy, że pan Malczewski coś mówił: (…) Tak poznaliśmy Helę Rojównę i jej narzeczonego, pisarza Mieczysława Rytarda. Ona – góralka z zacnego rodu Rojów, on – ceper z dołów z dalekiej Ukrainy. Takie nowe „Wesele” w podhalańskim wydaniu.

Ale nie… Tak będzie w istocie pisać Rafał Malczewski o pierwszym spotkaniu z Heleną Rojówną, ale dopiero za wiele, wiele lat. To jeszcze nie dzisiaj. Bo dzisiaj słońce, choć chyli się ku zachodowi, jeszcze bardzo mocno świeci. Dzisiaj jeszcze dziki jazzband gra. Dochodzi mnie melodia znanej piosenki, chyba tytuł to Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem. Kobiety w kapeluszach i zwiewnych sukniach mkną Krupówkami, obok nich kroczą mężczyźni to we frakach, to w skórzanych, góralskich kamizelkach i sportowym odzieniu. Na to wszystko spogląda, niewzruszony od dziesiątek lat, skalny rycerz – Giewont. Muzyka wciąż gra. Czy pamiętasz, jak szybko mijał czas?\Takie chwile są niezapomniane,\Taka noc bywa tylko raz.


Przytoczne w tekście cytaty pochodzą z książek: Rafał Malczewski – Pępek Świata i Od cepra do wariata, Jarosław Iwaszkiewicz – Spotkania z Szymanowskim, Jarosław Skowroński – Tatry międzywojenne oraz Yaśmina Strzelecka – Najpiękniejszy Kwiat Podhala.

Natalia Stanusch

Studentka John Cabot University w Rzymie. Jej wieczny uśmiech to znak rozpoznawczy. Każda pora roku jest dla niej ulubioną. Uważa, że nuda to choroba, dlatego zawsze ma w głowie dziesiątki pomysłów. Kocha ludzi, rozmowy, tańczenie i śpiewanie. Wynajdywanie sobie nowych, nie raz niesztampowych wyzwań to jej hobby. Najpiękniejsze zwierzęta świata to dla niej mopsy. Bez muzyki nie potrafi żyć, tak jak bez muzeów, malarstwa, wycieczek w góry i teatru, po obu stronach sceny. Lubi czytać, chodzić na długie spacery, oglądać filmy, głośno się śmiać, pisać, podróżować, także palcem po mapie. Nie znosi szarości.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany