Odwieczny problem: jak ubrać się do teatru?

Tego ubrać nie wypada, w tym wyglądać będziesz nieodpowiednio, niestosownie i ściągniesz na siebie pogardliwe spojrzenia innych widzów lub pracowników teatru. Czy takie myślenie to codzienność, czy raczej mit? Dziś porozmawiamy o tym co kiedyś znaczyło dla nas ubranie się do teatru, jak zmieniło się to na przestrzeni lat oraz gdzie znajdujemy złoty środek, by całkiem nie zwariować.

Justyna Potasiak: Skąd wiedziałaś jak należy się ubrać podczas pierwszej wizyty w teatrze? Ja wciąż mam w pamięci uwagi nauczycielek: ma być elegancko, żadnych trampek, adidasów, najlepiej biała koszula i ciemny dół. Nie miało znaczenia, że był to występ grupy teatralnej w pobliskim domu kultury. Teatr to teatr. Zawsze był świętem, specjalną okazją i w mojej sytuacji zawsze równał się wyjazdowi, bo w mojej miejscowości nigdy żaden teatr nie powstał.

Justyna Kowalska: Miałam to szczęście, że urodziłam się w teatralnej rodzinie. Od małego najpierw moja mama, a potem ja, przemierzałyśmy teatralne korytarze. W domu o teatrze mówiło się bardzo często, ale mimo to nie przestał on być dla mnie miejscem wyjątkowym, do dzisiaj. Każdorazowe wyjście do teatru – czy to z klasą, czy z rodziną, czy potem samemu, było – jak to nazwałaś – świętem, więc co za tym idzie strój także musiał być świąteczny. W szkołach (głównie w podstawówce) zazwyczaj nakazywano, by dzieci przychodziły ubrane na galowo, z czasem nauczycielki przestały przykładać do tego wagę, ale kiedy ktoś ubrał się nieodpowiednio, nie obeszło się bez pogadanki na ten temat. Właśnie, co to znaczy nieodpowiednio?

JP: U nas najgorszym przestępstwem były spodnie dresowe, tak chętnie noszone przez chłopaków oraz T-shirty, w których chodziliśmy ubrani na co dzień. O dziwo to właśnie męska część grupy zwykle miała problem z przestrzeganiem tych zwyczajów, dziewczyny chyba już wtedy chętniej dbały o swój wygląd i wykorzystywały tę wyjątkową okazję do ubrania czegoś bardziej eleganckiego. To był najlepszy czas na debiut butów na obcasie czy pierwsze wyjście w nowej sukience. Przyznaję, że mnie samej taki pogląd towarzyszył dość długo i przez naprawdę długi czas lubiłam ubrać się do teatru w sposób bardziej wyjątkowy, niecodzienny. Długo też raziła mnie w teatrze zwyczajność, zwłaszcza gdy występowała w połączeniu z niewłaściwym zachowaniem.

JK: Ja też przez długi czas – nawet już w dorosłym życiu – wyjście do teatru wiązałam ze szczególnym strojem. Kiedy odkryłam urok wejściówek, musiał być też wygodny, więc spódnice zamieniłam na spodnie, zawsze jednak wybierałam koszulę lub bluzkę i marynarkę. Odkąd mieszkam w Warszawie i często zdarzają mi się wyjścia spontaniczne, troszeczkę się to moje postrzeganie zmieniło. Na co dzień rzadko chodzę na przykład w dresach, więc pójście w nich o teatru raczej mi nie grozi. Zresztą pracując w obsłudze widza, codziennie obserwuję to jak do teatru przychodzą widzowie i czasem większym problemem jest wspomniane przez Ciebie niewłaściwe zachowanie niż nieodpowiedni strój. Myślisz, że jest coś takiego, czego absolutnie nie wypada założyć? Skupmy się na teatrze dramatycznym; myślę, że opera to zupełnie inna bajka.

JP: Nie ukrywam, że dla mnie duże znaczenie ma to, do jakiego teatru przychodzę. Nie mam tu na myśli tylko proponowanego repertuaru, ale przede wszystkim mój stosunek do tego miejsca oraz jego wizerunek. Dajmy na to – Och-Teatr już zawsze będzie mi się kojarzył z cudownym ogródkiem, gdzie mogłabym godzinami odpoczywać, pijąc kawę lub sok. Czasem ta chwila relaksu sprawia, że całkowicie zapominam o czekającym mnie spektaklu. Generalnie miejsce to traktuję jak taki teatralny dom, dlatego przychodzę tam bez zapowiedzi, nie wybierając jakiegoś szczególnego stroju, spędzam miło czas i nie czuję, by coś w moim ubiorze mogło być nie tak. Inaczej jest w przypadku chociażby Teatru Narodowego, gdzie jego ranga oraz wystrój, narzucają pewne przepisy, także w kwestii ubioru. Do Narodowego na ten przykład nie poszłabym w krótkich spodenkach. Chociaż to bardziej ze względu na własny komfort, niż przez presję otoczenia…  Właśnie, myślisz że częste są krzywe spojrzenia, w kierunku kogoś, kto ubrał się niestosownie, czy to jednak mit, który warto obalić?

JK: Prawdą jest, że zbyt duże dekolty, za krótkie sukienki, spodnie, w których więcej dziur niż spodni są skazane na krytyczne spojrzenia, głównie starszych osób. Ja nie jestem konserwatywna. Zależy mi przede wszystkim na komforcie, teatr jest miejscem w którym często odpoczywam, kiedy po długim dniu czeka mnie chwila spokoju w teatrze, to wybieram raczej trampki niż szpilki. Kiedy natomiast mam okazję iść na na przykład na pokaz premierowy, wtedy z przyjemnością wyjmuje z szafy buty na obcasie. Gdy analizuję widzów teatralnych (a zdarza mi się widzieć ich w tygodniu w pracy nawet około 2500) to wydaje mi się, że ciężko uznać, czego tak naprawdę teraz nie wypada założyć do teatru. Głównie też z powodu tego, co znajdujemy na sklepowych półkach…

JP: Masz rację, chociaż i mój margines tolerancji jest naprawdę duży. Zwykle zwyczajnie nie zauważam tego, jak ludzie przychodzą gdzieś ubrani, nie ma to dla mnie znaczenia – ani w teatrze, ani w żadnym innym miejscu. Poza tym boję się oceniać, bo sama wiem, że gdy mam do wyboru biec prosto z dworca do teatru lub nie iść na spektakl w ogóle, bo na przykład nie zdążyłabym się odpowiednio ubrać, oczywiście zawsze wybieram to pierwsze. Wtedy myślę sobie, że to i tak wspaniałe, że wszyscy razem spotkamy się tego wieczora, by doświadczyć czegoś ważnego, miłego. Szacunek do miejsca i aktorów oraz innych widzów wyraża się wieloma innymi rzeczami, a nie oszukujmy się, jest w teatrze znacznie więcej, dużo istotniejszych przestępstw popełnianych przez widzów – niewyłączone telefony, spóźnianie się, rozmowy w trakcie spektaklu, jedzenie, szeleszczenie – mogłabym długo wymieniać. Dla mnie najważniejsze jest, żeby goście przychodzili do mojego teatru i słuchali – powiedział kiedyś Jan Englert i trudno jest mi się z tym prostym stwierdzeniem nie zgodzić.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany