Londyn. To miasto do innych jest (nie)podobne

Wszyscy mamy tzw. swoje miejsca na ziemi. Mogą to być strony, gdzie od pokoleń stoi nasz rodzinny dom. Może to być zwykły prostokąt na obskurnym blokowisku, który stanowił przez kilka lat schron dla naszego studenckiego życia. Może to być malutkie miasteczko, zalana zielenią wioska, ulubiona knajpa w centrum wielkiego miasta, skromny park czy mostek. Naszym miejscem na ziemi może być każdy obiekt, okolica, do której chcemy wracać. To takie przestrzenie, które tulą, jak matczyne ramiona.

 

Długo myślałam, niesłusznie, że jedyne miejsce w którym czuję się najlepiej jest pewnego rodzaju moją przystanią jest Warszawa. Zanim jeszcze przyjechałam tu na stałe; moje pierwsze mieszkanie na Bielanach zostało zawalone tonami ubrań i bibelotów, a w moim ręku pojawił się osobisty klucz, wiedziałam, że to właśnie tu, w tym mieście osiądę. Nic się nie zmieniło i nadal uważam, że w całej naszej Polskiej krainie to właśnie tu będzie płynął mój żywot i to właśnie tu, gdzieś, jeszcze nie wiem gdzie, rozkażę innym rozsypać moje prochy.

Aż tu nagle, w ubiegłym roku poleciałam do Londynu. Bez złudnych nadziei, zbyt wielkich oczekiwań i niezbyt pozytywnym nastawieniem. I co tu dużo mówić, zakochałam się od pierwszych chwil. Już na etapie, kiedy wsiadłam do auta pod lotniskiem i siedziałam po lewej stronie od kierowcy. Już wtedy wiedziałam, że czeka mnie tu przygoda życia, a kraj z Królową Elżbietą na czele będzie dla mnie wspaniały i taki… mój. Jak się okazało, był!

Teraz, po roku, poleciałam tam w ściśle ustalonym celu. Koncert Adele na Wembley, kończący jej wielką trasę koncertową, a co za tym idzie, podsumowującą promocję płyty 25 i ostatnia możliwość wysłuchania jej na żywo, przed zapowiadaną artystyczną przerwą. Poleciałam. Koncert (ten 1 lipca) został odwołany, a ja zostałam z biletem w dłoni, ale w zamian z dodatkowym czasem na pospotykanie się z moim miejscem na ziemi. Londyn przywitał mnie otwartymi ramionami. Tak jakby ten czas nie minął, a ja tylko na moment wróciła do Warszawy.  

Na co dzień żyję w mieście głośnym, tłocznym, męczącym, ale to nic w porównaniu z tym co człowiekowi serwuje Londyn. To miasto dla wytrzymałych jednostek, którym niestraszna niewiarygodna liczba ludzi, miks wszystkich kultur, religii, kolorów skóry i światopoglądów. To miejsce dla ludzi kochających maksymalizm i mnogość wszystkiego. Ja to kupuję w całości.

Pamiętam mój ubiegłoroczny zachwyt dosłownie nad wszystkim. Napawałam się ludźmi, knajpami, parkami, architekturą. Podobało mi się wszystko, bo było inne, kolorowsze, wyraźniejsze, bardziej dostępne i otwarte. Mimo, że wokół dziesiątki języków, których nie znam i mało tego, nigdy nie słyszałam, wiele kolorów skóry i zachowań, nazwijmy to egzotycznych, czułam się jak u siebie. A teraz, kiedy pojawiłam się tam ponownie, już szczególnie. Znam uliczki, nie zgubię się w metrze, wiem gdzie są świetnie miejsca, dobra kawa, poznaje już napisy na bramach, wiem, gdzie są najfajniejsze murale (nie z przewodnika, ale z moich wędrówek), a zasady życia w tym społeczeństwie też nie są mi obce. Oni mi nie zawadzają, ja im nie przeszkadzam. Wszyscy są zadowoleni.

Mój zachwyt nad Londynem nie minął, ale pojawienie się tam ponownie, bez ekstazy i chorobliwej radości z pobytu, sprawiło, że dostrzegłam inne sprawy, niżeli w sierpniu ubiegłego roku.


Pamiętam tytuł płyty Kasi Kowalskiej Samotna w wielkim mieście, inspirowaną jej pobytem w gigantycznej, niewyobrażalnie przesyconej ludźmi Japonii i powiem Wam, że tu też można się tak poczuć. Ludzi jest zatrzęsienie, każdy pędzi w swoją stronę, ma swój świat, swoje problemy, kredyty, dzieci na utrzymaniu i niewykupione z biedy recepty, ale najczęściej ludzie chodzą w pojedynkę. To moja osobista, przygnębiająca obserwacja. Każdy idzie sam. Sunie chodnikiem, rozmawiając jedynie przez telefon czy dyndające z uszu słuchawki. Nie ma tu czasu na głębsze relacje, na codzienne spotkania z bliskimi i posiadówy na mieście. Jakoś nie starcza doby na ten cały pęd, a ja przecież przyjeżdżam tam czysto turystycznie. Nie pracuję tam, nie mam obowiązków, a i tak ciężko ze wszystkim zdążyć. Czy to możliwe, że jest tam krótszy dzień i noc? 

Mówić, że Londyn jest niekończącą się inspiracją, a może być nią wszystko, to tak, jakby nie napisać zupełnie nic. Miasto mieni się kolorowymi drzwiami od domów, wzorzystymi kreacjami ciemnoskórych kobiet, białymi zębami ciemnoskórych dzieci, straganami z durnostojkami i muralami, które spoglądają na nas z każdego zaułka. Pomieszanie z poplątaniem, ale jakże twórcze i ciekawe. Ale pod tym kolorowym światem brytyjskiej flagi, tli się zwykłe, drobnomieszczańskie życie. Wystarczy zbiec na kilka chwil z głównych, zatłoczonych, tętniących życiem ulic i spotkać się z pewnego rodzaju niebytem. Smutne, szare uliczki. Bez ludzi, bez dźwięków, bez handlu i czerwonych autobusów. Tu, kilkadziesiąt kroków od cywilizacji i całego kotła, ludzkość żyje tak jak wszędzie. Jak w Radomiu, Warszawie, Nowej Hucie. Morał? Moje miejsce na świecie ma dwa oblicza. To komercyjne i to prawdziwe. Pokochałam obie, choć w tę drugą aż trudno uwierzyć.

A co jest waszym miejscem? Co was tuli jak matczyne ramiona?

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany