Pocztówka ze świata: wszystko co dobre, kończy się za szybko

Wszystko zaczęło się już ponad miesiąc temu. Pewnej nocy spotkałam w kuchni współlokatora, a że w mieszkaniu nigdy nie mijaliśmy się bez słowa, zaczęliśmy rozmowę. Po paru minutach wynikło z niej, że już w połowie czerwca planuje on wrócić do domu, na Węgry. Byłam w szoku, kiedy uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę do jego wyjazdu zostały dwa tygodnie. Owszem – im jestem starsza, tym czas szybciej płynie, ale mam wrażenie, że w Portugalii ucieka dwa razy szybciej niż w każdym innym miejscu na świecie.

W dniu jego wyjazdu byłam na plaży. Wróciłam do mieszkania po południu i w przedpokoju zastałam współlokatora, obładowanego walizami i wyglądającego na bardzo zmartwionego. Żeby się przypadkiem nie rozpłakać, poszliśmy do kuchni i wypiliśmy pożegnalnego szota węgierskiej Palinki. Pięć uścisków i buziaków później już go nie było.

Tydzień później historia powtórzyła się z jedną ze współlokatorek. Wyjeżdżała w dniu naszego wylotu na Azory, więc można powiedzieć, że poszło nieco łatwiej, bo mieliśmy wszyscy mniej czasu na smutki. Kiedy wróciłyśmy z przyjaciółką po tygodniu do mieszkania, było ciche i puste. Jak nigdy!

Kilka dni później przyszedł czas na przeprowadzkę do innego mieszkania. Razem z nami dwoma przeprowadziła się włoska współlokatorka i słoweński współlokator ze starego domu. Mieliśmy wizję mieszkania razem jeszcze przez kolejne dwa tygodnie. Szmat czasu! Aż tu nagle…

Przyszedł poniedziałek. Zupełnie nie wiem kiedy to się stało, lecz bardzo, ale to bardzo chciałam odwlec ten dzień. We wtorek rano lot powrotny do domu miał mieć współlokator; w środę – współlokatorka. Wybraliśmy się na pożegnalną kolację do malutkiej, nieco obskurnej i bardzo klimatycznej knajpki z typowo portugalskim jedzeniem. Postanowiliśmy nie płakać zbyt wiele i prawie nam się udało!

Kiedy wróciliśmy do domu, ze wszystkich zeszła energia. Może dlatego, że była 3:30 nad ranem, a może powodem był fakt, że uświadomiliśmy sobie, że nieuniknione jest coraz bliżej. Kiedy tak staliśmy przytuleni w przedpokoju, obiecując sobie, że nie stracimy kontaktu i niedługo się zobaczymy, współlokatorka powiedziała jedno z najmądrzejszych zdań, jakie ostatnio słyszałam:

– Słuchajcie, ale przecież my naprawdę niedługo się zobaczymy! Jesteśmy w takim wieku, że nie mamy zbyt wielu ograniczeń – możemy pojechać dokąd chcemy, zobaczyć się z kim chcemy, robić razem co chcemy. Możemy kupić bilet w dowolne miejsce na świecie i po prostu tam polecieć. Nikt nam niczego nie zabroni, więc nie martwmy się na zapas, tylko ustalmy datę i miejsce!

Pożegnania są trudne. Kiedy przed wyjazdem do Portugalii żegnałam się z rodzicami, siostrą i przyjaciółmi, udawałam pewną siebie, a w samotności chlipałam w poduszkę. Bałam się, że będę okropnie tęsknić. Choć okazało się, że było nieco łatwiej niż się spodziewałam, od czasu do czasu myślami wędruję do Polski, siadam na balkonie z rodzicami, idę na długi spacer z psem i spędzam długie godziny rozmawiając z przyjaciółmi przy ognisku. Cieszę się, że już niedługo znów będę mogła zobaczyć się z moją polską częścią życia. Jednocześnie ubolewam, że znów trzeba się żegnać – z tymi nowymi przyjaciółmi, nowym życiem, nowym miejscem… Wszystko to wciąż jest dla mnie nowe, choć minęło pięć miesięcy od kiedy przeprowadziłam się do Lizbony. Szmat czasu, który minął jak mrugnięcie okiem.

Chociaż jestem pewna, że łzy zakręcą się w moich oczach podczas nadchodzących pożegnań z przyjaciółmi, mam małą nadzieję, że nie będą to tylko i wyłącznie łzy smutku. Wiem, że się spotkamy – gdziekolwiek na świecie miałoby to być.

Za równy tydzień wyruszam w drogę powrotną do domu. Na razie planuję zostać tam przez miesiąc, a później… Może wrócę do najpiękniejszego miasta na świecie? A może wybiorę inne miejsce, które będę mogła nazwać swoim nowym domem? Nie chcę się zastanawiać. Zostawiam sobie otwarte drzwi, ciesząc się jednocześnie, że zdecydowałam się wracać do Polski autostopem. Wiem, że po drodze poznam dużo dobrych ludzi i zobaczę wiele pięknych miejsc. A czy to nie o to chodzi w życiu?

Moją podróż powrotną będziecie mogli śledzić tutaj.

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany