Byle wędrować

Jeśli miałabym wybrać jedną bajkową postać, z którą utożsamiam się najbardziej, byłby to bez wątpienia Włóczykij z Muminków. Co prawda miałby on silną konkurencję w postaci Tygryska z Kubusia Puchatka, ale koniec końców – Włóczykij okazałby się bezkonkurencyjny. Tak się akurat złożyło, że w jeden z letnich dni – dokładnie 23 lipca – obchodzimy jego święto, czyli Dzień Włóczykija. A święta zobowiązują.

Należę do grupy osób, które uważają, że nic nie uczy nas tak wiele, jak podróże. I nie mam tu wcale na myśli samotnych wypraw na drugi koniec świata czy wspinaczek na Mount Everest. Oczywiście, im dalej przesunięta granica strachu, tym lepiej, jednak tak naprawdę nie o odległości chodzi w podróżowaniu. I nawet nie o miejsca, które są kresem naszych wędrówek. Bo jak pisała w opowiadaniach dla dorosłych Tove Jansson, autorka serii książek o Muminach:

Właściwie chodzi wyłącznie o to, żeby nie poddać się zmęczeniu, nigdy nie dopuścić do braku zainteresowania, do obojętności, nigdy nie zagubić swej bezcennej ciekawości, bo wtedy człowiek sam sobie pozwala umrzeć.

Odkąd pamiętam, fascynowało mnie życie na walizkach. Pakowanie się opanowałam do perfekcji i teraz, w momentach kryzysowych, wystarcza mi zaledwie dziesięć minut, żeby spakować się w niewielki plecak w trzytygodniową podróż. Wciąż nie umiem tylko zwalczyć w sobie pokusy zabierania z sobą niezliczonej liczby książek, które zajmują połowę bagażu. Do tego oczywiście aparat – najlepiej analogowy, czyste kartki (na listy) i mały portfel z zaskórniakami, koniecznie opatrzony napisem: Na teatr, kino i inne słabości. Płaszcz przeciwdeszczowy? Okulary przeciwsłoneczne? Krem do opalania? Grube skarpetki? Zapas chusteczek higienicznych? Tego w moim bagażu znaleźć nie sposób.

Rys. Basia Rochowczyk

Włóczykije kulturalne odznaczają się dużą cierpliwością i niegasnącym entuzjazmem. Na każdą propozycję wędrówki reagują spontaniczne i z uśmiechem. Niestraszny im upał (kiedyś jechałam trzy godziny opóźnionym pociągiem bez klimatyzacji, w 45 stopniowej temperaturze, tylko dlatego, że grany był mój ulubiony spektakl), niestraszne kilkunastostopniowe mrozy, niestraszne długie godziny spędzone na dworcach i nieprzespane noce. Włóczykije kulturalni podróżowanie od teatru do teatru, z koncertu na koncert, od biblioteki do biblioteki traktują jako niezbędny do egzystencji element życia. Nie pomaga więc ani marudzenie bliskich (Znowu gdzieś jedziesz? Nie będziesz miał za co żyć! Czy ty nie możesz usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż tydzień?), ani widmo pustego konta (przecież można karmić się sztuką!). Cóż z tego, że kolejnego dnia trzeba iść do pracy, wyglądać jak człowiek i zachować trzeźwy umysł? To wszystko nieważne, gdy w Internecie pojawi się informacja, że ten (właśnie TEN) zespół gra dziś w drugim końcu Polski jedyny koncert tego lata. Trzeba jechać, i tyle.

W swoich nieustannym wędrówkach poznałam dziesiątki podobnych mi włóczykijów. Teraz podróżujemy często razem. Gdy spotykamy się po dłuższym czasie większą ekipą, z nieukrywaną radością planujemy wspólnie spędzony czas. Trzy spektakle jednego dnia? Chcieć, to móc! W międzyczasie oczywiście kino albo koncert plenerowy, czasem salony poezji, częściej wspólna wizyta w antykwariacie. Rozmowy przy kawie, tudzież winie, w większości o sztuce. Nuda? Nie istnieje. Przecież zawsze jest coś do obejrzenia, coś do posłuchania, coś do odwiedzenia…

Napisałabym więcej, ale jadę pociągiem i konduktor poinformował właśnie, że dojeżdżamy do stacji, na której wysiadam. Dopiero zauważyłam, że moje ukulele wbija się w żebra pasażera obok. Ten jednak jakby zupełnie tego nie zauważa. Może dlatego, że od pół godziny czyta książkę i sprawia wrażenie, jakby świat wokół niego nie istniał. Wychodząc z przedziału, dam mu naszą redakcyjną naklejkę z Włóczykijem kulturalnym.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany