Trzy razy lato: wspomnienia, spadające gwiazdy i Meryl Streep w ogrodniczkach

Choć moją ulubioną porą roku niezaprzeczalnie jest wiosna, a w lipcowo-sierpniowe upały tęskno mi do kwietniowych piętnastu stopni (a może to tylko polskie marudzenie odzywa się we mnie?), od zawsze utożsamiam się z latem. Gdybym bowiem urodziła się kilka godzin wcześniej, byłabym dzieckiem nocy świętojańskiej – tej najkrótszej w roku. Nie zrobiłam tego jednak – i od tamtej pory wciąż odwlekam wszystko w czasie. Ponadto, choć to właśnie wiosną świat budzi się do życia, dla mnie pierwsze dni lata stają się co roku nowym początkiem, dają chęć do działania i pozwalają spojrzeć na świat z innej perspektywy. Swoje małe nadzieje pokładam w tegorocznym lecie, które trwa dla mnie o cały miesiąc dłużej! I choć natłok dorosłych obowiązków, planów i podejmowanych w życiu wyzwań zabiera trochę cennego czasu, staram się chłonąć lato w całej jego okazałości – ciepły, wieczorny wiatr, zapach skoszonej trawy, spadające gwiazdy.

To, co w myślach od zawsze kojarzyło mi się z latem, dzisiaj stało się wielkim sentymentem. Kiedy w tym roku, pod koniec kwietnia, odbierałam moje ostatnie już świadectwo szkolne, z lekka zatęskniłam za tymi jedenastoma minionymi czerwcami, kiedy stawałam na środku zatłoczonej hali i w bluzce z białym kołnierzykiem odbierałam promocję do następnej klasy. A potem zaczynała się dwumiesięczna laba, która była latem pełnokrwistym, pachnącym żółtymi mirabelkami, o smaku waniliowych lodów i oranżady w proszku. Lato to ogniska, które wraz z upływem czasu zmieniały swój charakter, przeistaczając się z kończonych rozkazem rodziców o dwudziestej pierwszej niewinnych zabaw w cowieczorne, całonocne biesiadowania, na które nigdy nie brakowało energii i chęci. Lato to popołudniowe wycieczki na basen, fikołki w wodzie i sine usta, które były jedynym powodem do wyjścia z nagrzanej słońcem wody. Lato to kanapki z warzywami z działki dziadków, które smakowały najlepiej, kiedy między jednym osiedlem a drugim złapał mnie krzyk babci, wołającej na znienawidzoną, bo przerywającą wakacyjny trans, kolację. Dziecięce lato brzmi jeszcze piosenkami Green Day’a, których znaczenia zupełnie się wówczas nie rozumiało, ale śpiewało się razem z Billiem Joe Armstrongiem: This is the dawning of the rest of our lives on holiday!

Noc spadających gwiazd to jedno z wydarzeń, na które czekam co roku. W takie właśnie noce rozum i naukowe fakty lubię zostawić daleko w tyle, a leżąc na rozgrzanym przez słoneczny dzień chodniku, czy kryjąc się razem z przyjaciółmi pod ciepłym kocem, chcę wierzyć, że te migające nad nami światełka naprawdę spełniają marzenia. Te noce, spędzane już od kilku lat ręka w rękę z najbliższymi osobami, stanowią kwintesencję idealnego lata. Nie ma dla mnie bowiem nic piękniejszego, niż to, kiedy zostawiamy gdzieś telefony, wyłączamy komputery, a istnieć zaczyna tylko obecność drugiego człowieka, ciche rozmowy i wyciągnięte ku niebu ręce, nie nadążające za pokazywaniem sobie nawzajem kolejnej gwiazdy przecinającej je. Chociaż w dzieciństwie namiętnie czytałam kolorowe książeczki o astronomii, zdaję sobie sprawę z wszelkich naukowych przesłanek na temat owych spadających gwiazd, stają się one nieistotne w obliczu tego ukłucia w sercu i wypowiadanego w myślach marzenia na widok kolejnego błysku nade mną. W tym roku z niecierpliwością czekam na tę chwilę – i jeśli pogoda nie zwariuje, a chmury nie zdecydują zasłonić nam jednego z najpiękniejszych widoków, weźcie pod rękę kogoś bliskiego, wyjdźcie na zewnątrz i cieszcie się chwilą!

Kadr z filmu „Mamma Mia!”

Lato znów upływa mi przy dźwiękach piosenek ABBY ze ścieżki musicalu Mamma Mia! (2008). Jeśli ktoś spytałby mnie o idealny film na lato – a w zasadzie również na każdą inną porę roku, by to lato poczuć – bez wahania odpowiedziałabym: Mamma Mia!. To prawdopodobnie jedyny film, który po latach oglądania kilka razy w roku, jeszcze mi się nie znudził, a co najważniejsze – nie zapowiada się na to, by stało się to kiedykolwiek. Nie wiem co jest jego fenomenem (z pewnością wspaniałe piosenki i genialna obsada), ale porwał moje serce na dobre. Który to już rok z kolei nucę do znudzenia Our last summer w wykonaniu Pierce’a Brosnana, Colina Firtha i Stellana Skarsgarda, czy cieszę oczy urokami greckiego Skopelos i widokiem Meryl Streep w ogrodniczkach? Moja nieskończona miłość do Meryl Streep zaczęła się w odległych czasach szkoły podstawowej, właśnie od obejrzenia po raz pierwszy Mamma Mia!. I choć moimi ulubionymi rolami Streep są te dramatyczne – w szczególności w Wyborze Zofii czy Co się wydarzyło w Madison County – to właśnie Donna Sheridan zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Nie mogę zapominać jednak o tym, co stanowi fundament musicalu Phyllidy Lloyd, czyli o odświeżonych, wspaniale zaśpiewanych piosenkach legendarnej ABBY, z którymi zmierzyli się aktorzy. Dancing Queen, zaśpiewane i odtańczone przez żeńską część mieszkańców fikcyjnej wyspy Kalokairi, czy poruszające The winner takes it all w wykonaniu Streep, stanowią jedne z najmocniejszych punktów filmu. Cieszę się ostatnio bardziej, ponieważ potwierdzono powstawanie sequela Mamma Mia!: Here we go again, którego premiera zaplanowana jest na przyszłe lato. Jest więc na co czekać w nadchodzące jesienne i zimowe wieczory.

Lato, daj nam nacieszyć się swoim ciepłym wiatrem i pukającymi w okna promieniami słońca. Wybacz nam codzienne marudzenie na temat temperatury i spraw, by dnie były jak najdłuższe, a noce jak najbardziej gwieździste. I nie odchodź od nas zbyt prędko.

 

Obrazek wyróżniający jest kadrem z filmu Mamma Mia! i pochodzi ze strony Filmweb.pl

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany