Open’er 2017 – relacja

Nie ma wątpliwości co do tego, że festiwal na lotnisku Kosakowo to największe wydarzenie muzyczne w Polsce. Niektórzy hejtują, że Open’er to lans, rewia hipsterskiej mody i tłumy na każdym kroku. I rzeczywiście, to wszystko jest poniekąd prawdą, lecz przede wszystkim – to czterodniowa dawka multigatunkowej muzyki z całego świata.

Rozpoczęcie z przytupem

Kajetan: Festiwal rozpoczął się dla mnie od występu Royal Blood. Rockowy duet sporo namieszał w środowisku muzycznym, wprowadzając świeże brzmienie przy użyciu przesterowanego basu i soczystej perkusji. Na festiwal w Polsce przybyli po raz drugi, tym razem promując nowy krążek How Did We Get So Dark?. Chociaż płyta nie okazała się takim sukcesem jak debiut zespołu z 2014 roku, koncertowo krążek wypada świetnie. Utwory z nowej płyty jak Lights Out czy Figure Out porwały tłum, a przeplatane ze szlagierami jak Ten Tonne Skeleton czy też Little Monster, zapewniły przepyszną dawkę rocka. Najlepsze było jednak dopiero przede mną, bowiem na Tent Stage fenomenalny koncert dał Michael Kiwanuka. Londyńczyk, porównywany do Curtisa Mayfielda, zaczarował swoim głosem od pierwszych minut. Zagrawszy większość utworów z nowej płyty, Kiwanuka bawił się kolejnymi aranżacjami, utrzymując jednak całość w ryzach znakomitego soulu oraz lekkiego rocka. Następnie zagrała największa gwiazda tegorocznej edycji, zespół znany z nieprzewidywalności, oczywiście… zaskoczył. Ci, którzy liczyli na utwory z nowej płyty Radiohead, lub na usłyszenie najbardziej znanych utworów jak Creep czy High and Dry, mogli poczuć gorycz. Bowiem zespół Toma Yorke’a poszedł bardziej w stronę psychodelicznego Hail To The Thief, dając transowy koncert, który był gratką dla zagorzałych fanów wcześniejszej twórczości Radiohead. Chociaż zespół imponuje charyzmą i brzmieniem, spodziewałem się czegoś innego. Wątpliwej jakości deserem był zaś występ gwiazd nowej fali rapu – Rae Sremmurd. Amerykański duet wpasował się w gusta szalejących pod sceną gimnazjalistów i wczesnych licealistów, lecz poza grzmiącym basem i swag wykrzyczanym w każdej piosence, Rae Sremmurd nie pokazali nic godnego uwagi.

Zosia: Efektownym środowym występem było zmysłowe show Solange Knowles. Ta soulowa księżniczka, niesłusznie porównywana do starszej siostry, tworzy anielską wręcz muzykę R&B z domieszką hip-hopu. Muzyka Solange hipnotyzuje i sprawia, że wszyscy zgromadzeni tego dnia na Tent Stage poruszaliśmy biodrami w tym samym rytmie, by choć przez chwilę, poczuć się wyjątkowo atrakcyjnie.

Nie mogę pominąć wzruszającego występu Natalii Przybysz, która zaśpiewała utwory zarówno z płyty Prąd, jak i tej najnowszej – Światło Nocne, której premiera zapowiedziana jest na pierwszego września tego roku. Ogromna energia, silny głos i ważne teksty – to cała Natalia, której Miód odśpiewany wraz z tłumem fanów przyprawił mnie o zdarte gardło. Na scenie w charakterze gości pojawiła się również siostra wokalistki – Paulina oraz Krzysztof Zalewski.

Drugi dzień dniem rocka

Kajetan: Drugi dzień rozpocząłem od Kari, polskiej artystki nagrywającej w Wlk. Brytanii. Jej koncert z perspektywy laika był zaskoczeniem. Chociaż Kari brakuje jeszcze do porwania festiwalowego tłumu, jest zdecydowanie na dobrej drodze. Main Stage około godziny 20 porwał duet The Kills. Damsko-męski duet dał świetny, punkowy koncert, w którym prym wiodły kawałki z ostatnigo albumu Ash & Ice. Alison Mosshart jest elektryzująco zjawiskowa i jej osobowość wręcz promieniuje. The Kills rozgrzało zatem scenę, którą następnie przejęło Foo Fighters. Energetyczny rock zespołu Dave’a Grohla udźwignął ciężar oczekiwań – było dynamicznie, były klasyki pokroju The Pretender, a także nowości – chociażby Run. Zakończył zaś G-Eazy, którego koncert przesunięto z godziny osiemnastej. Raper dał godzinny występ, okraszony ogniami, iluminacjami i solidną dawką bujającego rapu. Koncert był jednak nieco za krótki, a i Main Stage wydawał się być zbyt dużą przestrzenią dla G-Eazy’ego.

Zosia: Drugiego dnia Tent Stage, ku mojemu zdziwieniu, pękał w szwach – oto chłopcy z Bitaminy przejęli scenę. Nostalgiczne piosenki ze smutnymi tekstami o relacjach damsko-męskich przeplatali melodeklamacją tworząc godzinną historię o trudach dorastania i zawodów miłosnych. Później, w tym samym miejscu, pojawiła się M.I.A – długo wyczekiwana gwiazda brytyjskiego hip-hopu. Podczas swojego elektroniczno – transowego show wybrzmiały jej największe hity takie jak Bad Girls, czy Paper Planes, ale też i te zaangażowane protest-songi oprawione pięknymi wizualizacjami w tle.

Gdy nadzieja upada, przybywa Moderat

Kajetan: Tegoroczny Open’er nie miał solidnej, raperskiej reprezentacji i gwoździem do trumny okazał się Mac Miller. Wyczekiwany występ Amerykanina, po – ponoć – znakomitym koncercie w Warszawie, miał być jednym z jaśniejszych punktów Open’era. Miller wyszedł na niecałe 40 minut, zaś jego występ przeszedł całkowicie bez echa. Niestety, pomimo miłości jaką darzę Cypress Hill, projekt B-Reala i Toma Morello o nazwie Prophets of Rage nie starł złego wrażenia po Macu. Koncert był nudny, jednostajny, a jedynymi prawdziwymi atrakcjami były kawałki wspomnianego Cypress Hill, przy których mogła się zakręcić łezka. Tak to chyba bywa z zespołami powołanymi do życia z powodów politycznych… Przypieczętowaniem tej kiepskiej passy był The Weekend, którego występ rozpoczął utwór Starboy i na tym można było ten spektakl zakończyć. Gdy już byłem przekonany, że ten dzień będzie całkowicie spisany na straty, sceną zawładnął Moderat. Pogrążony w transowej elektronice, z hipnotyzującym wokalem Saschy Ringa, Moderat nie tylko doprowadził do wrzenia publiczność, ale dał jeden z najlepszych koncertów całego Open’era.

Zosia: Dla mnie show The Weeknd był właśnie taki, jakim być powinien – o najwyższej jakości, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tej wizualnej. Abel zagrał swoje największe radiowe hity, które zostały zwieńczone fajerwerkami. Nie jest to moja muzyka, ani estetyka, jednak wysokiego poziomu nie można temu artyście odmówić.

JMSN, czyli muzyczny uwodziciel skradł tego dnia niejedno polskie serce, gdy tańczył w swój specyficzny sposób na Tent Stage. Jameson w niezwykły sposób przypomina mi swoim wokalem wczesnego Justina Timberlake’a, który realizuje się w soulu i r&b, śpiewając ballady. Skromny chłopak o wielkiej muzycznej duszy dał się poznać od najlepszej strony.

Trzeci dzień to też niewątpliwie szczęśliwy dzień Ralpha Kamińskiego, młodego muzyka z Jasła. Jego występ na Alter Stage zgromadził spory tłum oddanych fanów, którzy chóralnie śpiewali Maybick Song, wzruszając tym samego wokalistę. Twórczość Rafała, bo tak mu na imię, niezmiennie kojarzy mi się z musicalem czy piosenką filmową – emocjonalne teksty i symfoniczny niemal, akompaniament. Tym samym Ralph pokazał, że jest prawdziwym człowiekiem sceny, który jeszcze nam pokaże na jak wiele go stać.

Od łódzkich Bałut po berlińskie techno

Kajtetan: Ostatni dzień dobrze było rozpocząć od króla polskiej sceny rapu, O.S.T.R. Łodzianin nadal ma scenicznego pazura i – co najważniejsze – grono odbiorców, którzy wraz z raperem stworzyli świetną atmosferę. Zaskoczeniem był koncert polskiego trio Niemoc, który podlegając wpływom Joy Division, New Order, Bronski Beat czy też nawet polskiego zespołu Kamp!, dali wyraz swoim muzycznym umiejętnościom. Chociaż brakuje chłopakom nieco pewności siebie i scenicznej charyzmy, przyjemnie było pobujać się w rytm elektroniki stylizowanej na lata 80. Następnie Alter Stage przejął czarnoskóry rock’n’rollowiec Benjamin Booker. Muzyk, z papierosem w ustach i specyficznym sposobem poruszania się na scenie, dał znakomity koncert, z utworem Witness jako wisienką na torcie. Niezaprzeczalnie najlepszym występem był jednak ten autorstwa The XX. Fani usłyszeli m.in. Sunset, The Intro a także Crystallised, kilka utworów z nowego krążka, ale przede wszystkim spektakl podzielony między trzech znakomitych muzyków. Dzień zakończyłem natomiast fragmentem koncertu Nicolasa Jaara. Współzałożyciel Darkside przeniósł widownię do klimatów rodem z berlińskiej sceny elektroniki, jakby za dotknięciem kilku pokręteł i brzmień otworzył magiczne drzwi do klubu Berghain. Jaar nie tworzy muzyki dla każdego, ale w jego a-harmonijnych utworach można odpłynąć.

Zosia: Ostatni dzień był na pewno ważny dla Taco Hemingwaya – warszawiak wystąpił na Main Stage i nie dał po sobie poznać ani odrobiny tremy. Szlugi i kalafiory czy Następna stacja wydają mi się już jednak trochę nudne, zwłaszcza, że artysta gościł w tym roku na wielu innych imprezach, jednakże publiczność otrzymała dokładnie to, czego oczekiwała, bo cokolwiek by mówić – teksty Filipa Taco Szcześniaka wpadają w ucho i praktycznie każdy utwór jest materiałem najwyższej próby. Niestety występ Taco zakończył się przedwcześnie, w dodatku utworem a capella, bowiem nieustannie siąpiący deszcz zalał sprzęt znajdujacy na scenie. Fani w rekompensacie otrzymali jednak zapowiedź zbliżającej się niedługo nowej EP-ki. W sobotę usłyszałam także Lorde – gwiazdę pop z Nowej Zelandii, która stanowiła novum w 2013 roku wraz z płytą Pure Heroine. Charyzmatyczna wokalistka przeplatała swoje najbardziej znane piosenki swobodną, mogłoby się wydawać, spontaniczną rozmową z publicznością. Lorde to pełna energii artystka, której występy sprawiają najszczerszą przyjemność, więc i ich odbiór to czysta zabawa w rytmie piosenek, które zna każdy.

Z kolei w moim odczuciu, Nicolas Jaar potrzebował paru dobrych minut, by się rozkręcić, dlatego udałam się na Beat Stage, na Monki – wschodzącą gwiazdę brytyjskiej sceny elektronicznej. DJ set z pogranicza techno nie miał sobie równych i stanowił idealny finał ostatniej nocy gdyńskiego festiwalu.

Open’er jak co roku nie zawiódł. Mnogość gatunków, największe gwiazdy i rekordowa frekwencja – około 120 tysięcy sprzedanych biletów – mówią same za siebie. Dla mnie ta impreza to przede wszystkim niepowtarzalna atmosfera i fantastyczni ludzie, dopiero później – artyści – w tym roku trochę zbyt komercyjni. Mimo to, bawiłam się świetnie i na pewno wrócę do Gdyni za rok, więc z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to najlepsze rozpoczęcie wakacji, jakie mogłam sobie zafundować.

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany