Kobieta. Istnienie (nie)poszczególne

Początkowo miało być o kobietach Witkacego. Temat nie najweselszy, nie najprostszy. Umysł miałam już do połowy zapełniony pewnymi faktami, liczbami, nazwiskami, natomiast Witkacy i jego twórczość był mi bliższy niż dalszy. Nie nastawiałam się na nic, żadnych oczekiwań, żadnych przewidywań. Co więcej – na pewno nie uwierzyłabym, że spektakl Kobieta. Istnienie poszczególne (reż. Justyna Kowalska) wywoła we mnie odczucia tak silne. I zmusi do refleksji.

Tamtego wieczoru, im bardziej Teatr im. St. I. Witkiewicza w Zakopanem pochłaniał się w metafizycznym mroku nocy, tym więcej zaczęło kotłować się w mojej głowie. Bo sam już temat kobiety jest nieskończony. Gdy widzę te słowo – kobieta – myślę setką skrajnie różnych stereotypów – ponętna Marlin Monroe, femme fatale Lady Makbet, melancholijna Pawlikowska-Jasnorzewska, przepełniona miłością absolutną Małgorzata Nikołajewna, anielska Irena Sendlerowa, zimna Izabela Łęcka, genialna Skłodowska-Curie – te i wszystkie inne obrazy znajdujące się w Portrecie Kobiecym Szymborskiej czy Ewie Tuwima. Kobieta – zawiera w sobie wszystko, od intensywnych emocji, poprzez łagodne uczucia, po pustkę. Przecież to właśnie ona stanowiła inspirację i przekleństwo artystów, naukowców, polityków, czasem siebie samej. Jest tajemnicza i niezrozumiana, nie do zrozumienia, równocześnie i płytka, i genialna, i święta, i rozpustna. I nagle kobiety personifikujące tak różnorodne cechy połączył jeden wątek – Witkacy. A na scenie połączyła je w ciągu niespełna dwóch godzin jedna kobieta.

Źródło: www.witkacy.pl

Twórczość Witkacego od wielu lat znam i lubię, jest nawet cząstką mojego życia – wspominam go chodząc do teatru jego imienia, czytając jego i o nim, wpatrując się w jego obrazy i szkice. Zawsze postrzegałam go jako wielkiego artystę i nie poświęcałam zbyt wiele czasu na rozstrzyganie, jakim był człowiekiem i mężczyzną. Widziałam go jako intrygującego, zaskakującego i genialnego malarza, pisarza o poczuciu humoru i nieraz trafnych spostrzeżeniach. Może stąd tak mocne zaskoczenie, którego doznałam w trakcie spektaklu. Jakby ktoś ściągnął kurtynę sprzed moich oczu i ukazał mi coś tak druzgocąco prawdziwego, w co wierzyć nie chciałam.

I nagle, nieprzygotowana ani nieostrzeżona, poczułam się wciągnięta w wir wydarzeń z początku XX wieku. Wsłuchiwałam się w opowieści, w których padały nazwiska wielkich i sławnych tak prosto i oczywiście, jakby chodziło o sąsiadów. Byłam drugą, choć milczącą, stroną w dialogu. Podsłuchiwałam szepty kochanki, czytałam korespondencje innej. Kobiety Witkacego – tak różne niesamowicie w swych postawach, wieku, pochodzeniu, charakterze. Począwszy od matki, poprzez kochanki, narzeczone, żonę (chapeau bas dla Katarzyny Pietrzyk, która w sposób niezwykle naturalny oddawała to zróżnicowanie, wciąż trzymając w napięciu, oczekiwaniu i pełnym skupieniu nas – widzów). Jednak ten wspaniały monodram, między innymi obdzierający z mitów moje poglądy na temat Witkacego, wstrząsnął mną na tyle, że zaczęłam zastanawiać się nad pewnymi aspektami w szerszym znaczeniu.

Wysłuchując monologów kolejnych kobiet, które uległy czarowi Witkacego czy raczej jego sztuczkom (a może jednak czarowi – tego nigdy się nie dowiem), starałam się zrozumieć ich emocje i uczucia. Choć mogło być to zaledwie muśnięcie opuszkami palców chwil, których one musiały doświadczać, to odniosłam wrażenie, że przez pewne etapy emocjonalne przechodziłam i ja. Domyślałam się pewnych odczuć – tego ucisku w żołądku, suchych warg, zaciśniętych pięści. Oburzył mnie zaś fakt, że Witkacy postępował (czy może zachowywał się) w sposób podobny względem większości swych kochanek. Pisał podobnie, używał tych samych usprawiedliwień, tych samych epitetów. I wydawało mi się, że, chcąc nie chcąc, kobiety pragnęły wierzyć w jego słowa, nawet jeśli domyślały się, że są oszukiwane. Może ten cichy głos naiwność potęgowała chęć przeżycia wielkiej, prawdziwej, nieskończonej miłości, o której zdawał się mówić. Bez względu na różnice między sobą – chciały Witkacego, bądź też stopniowo mu ulegały.

Podczas spektaklu pada stwierdzenie, że Witkacy był wielkim artystą, malarzem, poetą, pisarzem, ale za tymi określeniami zawsze stoi człowiek… czy raczej, powinien stać.
I to chyba jest kluczem do całej tej historii miłości, nadziei, zranienia, wiary.

Źródło: www.witkacy.pl

Spektakl został oparty na dramacie Macieja Pinkwarta Kocham cię strasznie, ale swoboda to wielka rzecz. Patrząc na wydarzenia z perspektywy osoby trzeciej, odnosiłem wrażenie, że owa potrzeba swobody determinowała jakąś ironię i drwinę losu, które tak komplikowały życia tym kobietom. Bez względu na to, czy była to dojrzała, uwielbiana aktorka czy młoda, niedoświadczona dziewczyna – w ich postrzeganie świata wdzierał się chaos, który nie pozwalał im żyć dokładnie tak, jak przed pojawieniem się Stasia. Zaś on powtarzał, że w jego życiu potrzebna jest więcej niż jedna kobieta, a sam nie mógłby znieść bycia trzymanym na smyczy. Jako niebanalny artysta jego wrażliwość na świat zdecydowanie przewyższała tę u ludzi zwykłych, jednak możliwe, że ceną za ów dar było pozbawienie prawdziwej wrażliwości względem ludzi mu bliskich. Być może dlatego miałam poczucie, że wielokrotnie nie przewidywał jakie konsekwencje może mieć wypowiedzenie danego zdania czy zachowanie się w określony sposób lub raczej, pozbawiony empatii, nie frasował się wywołanymi uczuciami, które targały sercami jego kobiet. Wolał skupiać się na przekonywaniu ich, że w takim czy innym wypadku popełni samobójstwo lub odejdzie od zmysłów. Jego postępowanie względem chociażby żony czy narzeczonej Jadwigi Janczewskiej było wręcz okrutne i oburzające. Sformułowanie, iż je ranił wydaje się w tym przypadku nader łagodne. Oczywiście, zawsze jest jeszcze ta jaśniejsza perspektywa. Jeśli kochał swą matkę, to przecież jakieś ludzkie uczucia w nim istniały. Być może najzwyczajniej kochał na swój sposób, lecz nie był zdolny do miłości, której pragnęły zakochane w nim kobiety. Być może po prostu nie potrafił kochać, i dlatego ranił. Mnie jednak, niestety, niełatwo uwierzyć w tę jaśniejszą wersję.

Żyjemy w latach feminizmu, walki o równouprawnienie etc., to walka oczywista i warta zachodu. Także to miałam w tyle mej głowy, gdy pojawiła się myśl, że to wszystko działo się niemal sto lat temu, przecież świat się zmienił, a w nim – my, inni od naszych przodków w podejściu do życia i do miłości. Może Witkacy postępował zbyt nowocześnie jak na swoje czasy? Może współcześnie kobiety, spotkawszy Stasia, postrzegałyby go inaczej?

Źródło: www.witkacy.pl

Jednak będąc wewnątrz Kawiarni Witkacego, pośród urokliwych, drewnianych mebli, wypełnionej tą magiczną atmosferą zawieszenia gdzieś między światami, między dniem i nocą, między wiecznością i pustką, zrozumiałam, że jednak – nie. Treść tego monodramu jest jak najbardziej aktualna.

Patrzę teraz z perspektywy kobiety i po tym spektaklu dochodzę do wniosku, że pewne fatum ciąży nad naszym gatunkiem i choć często odrzucamy je i wygrywamy z nim walkę, to jednak ono tkwi w tym tajemniczym miejscu między sercem a duszą. Owe pragnienie drugiego człowieka. I nie, nie jest to nic okrutnego czy wstydliwego. To naturalne, tak sądzę, ale połączenie tegoż z ideą tej wielkiej romantycznej miłości bywa zgubne. Czy nie wszyscy czuliśmy to kiedyś? Ból zranienia, gorycz zdrady, chęć wiary w ideę pomimo wszystkim przeczącym jej faktom, naiwność chęci usprawiedliwiania czyjegoś zachowania czy nadludzkie oddanie się komuś lub czemuś, niezauważone czy niewynagrodzone należycie.

Ten spektakl jest po części o każdym z nas. O uczuciach o których słyszeliśmy, które znamy bądź które dopiero będzie dane nam poznać.

Premiera spektaklu Kobieta. Istnienie Poszczególne odbyła się w Teatrze Witkacego w Zakopanem w roku 2014. I może to lepiej, że spektakl ten zobaczyłam dopiero teraz. Niewykluczone, że wcześniej dostrzegłabym pewne schematy, pewne wzorce, pewne zasady, które rządzą moim światem (światem kobiety?). Nie jestem jednak przekonana, czy bym je wtedy tak zrozumiała, jak rozumiem dziś. A jeśli tak, to gdzie byłabym teraz?

Fot. Kronos Media

Natalia Stanusch

Studentka John Cabot University w Rzymie. Jej wieczny uśmiech to znak rozpoznawczy. Każda pora roku jest dla niej ulubioną. Uważa, że nuda to choroba, dlatego zawsze ma w głowie dziesiątki pomysłów. Kocha ludzi, rozmowy, tańczenie i śpiewanie. Wynajdywanie sobie nowych, nie raz niesztampowych wyzwań to jej hobby. Najpiękniejsze zwierzęta świata to dla niej mopsy. Bez muzyki nie potrafi żyć, tak jak bez muzeów, malarstwa, wycieczek w góry i teatru, po obu stronach sceny. Lubi czytać, chodzić na długie spacery, oglądać filmy, głośno się śmiać, pisać, podróżować, także palcem po mapie. Nie znosi szarości.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany