Pocztówka ze świata: co to są te Azory?!

Pierwotnym założeniem mojej emigracji było zobaczenie kawałka świata. Właśnie dlatego nie wybrałam stricte zarobkowego kierunku w postaci kraju zachodniej Europy, tylko państwo, gdzie temperatura jest względnie wysoka, ludzie wyluzowani, a widoki piękne. Lecz wiadomo – nie zawsze jest tak kolorowo, jakby się chciało… Żeby podróżować, trzeba mieć czas i pieniądze, a żeby mieć pieniądze, trzeba pracować. Jednak gdy się pracuje, czasu wolnego robi się nagle bardzo mało… Co prawda, pozwalałam sobie na krótsze – jedno lub dwudniowe – wycieczki, tak jak ta do Évory czy Algarve, jednak wciąż było mi mało. Starałam się jednak słuchać głosu rozsądku; wychodziło mi to całkiem nieźle, dopóki, przeglądając strony tanich linii lotniczych, nie natrafiłam na bilety na Azory. Tylko 50 € w dwie strony! Nie zastanawiając się nad tym, czy uda się dostać wolne w pracy, kliknęliśmy ze znajomymi kup.

Sama nazwa Azory mówiła mi niezbyt wiele; ot, jakieś wyspy, gdzieś na Atlantyku, chyba całkiem blisko kontynentalnej Portugalii. Dużo jezior i zieleni – takie relacje usłyszałam od współlokatorów, którzy odwiedzili archipelag kilka tygodni wcześniej.

jeziora Sete Cidades – Lagoa Azul i Lagoa Verde

Po wczytaniu się w informacje znalezione w sieci, byłam nieco zszokowana. Po pierwsze – Azory wcale nie są tak blisko jak mi się wydawało. Wyspa São Miguel (jedna z dwóch zaliczanych do grupy wschodniej, a więc znajdująca się praktycznie najbliżej stałego lądu) położona jest aż 1500 km od Lizbony. Kawał drogi! Dowiedziałam się, że wyspy są pochodzenia wulkanicznego; są to wciąż aktywne sejsmicznie obszary, a więc można tam znaleźć wulkany, gejzery, kratery, źródła geotermalne… Brzmi trochę jak Islandia – pomyślałam wtedy. A mając na uwadze moje zafascynowanie północną wyspą, już wtedy podejrzewałam, że Azory zawrócą mi w głowie.

São Miguel powitała nas nieśmiałym słońcem i mocnym wiatrem. Jeszcze przed przylotem postanowiliśmy wypożyczyć na miejscu samochód i, jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. Choć wyspa nie jest duża (jej długość to około 90 kilometrów, a w najszerszym miejscu mierzy zaledwie 15 kilometrów – oznacza to tyle, że praktycznie z każdego wzniesienia można zobaczyć ją w całej zielonej okazałości), jej naturalne bogactwa są niemożliwe do policzenia! Zastanawiam się jak to możliwe, że na tak małej powierzchni skumulowały się takie widoki i rzeźba terenu.

Ferraria – miejsce, gdzie gorące źródła wpadają do oceanu

W ciągu pięciu dni pobytu na wyspie udało nam się zobaczyć nieskończoną ilość przepięknych, powulkanicznych jezior. Największe wrażenie zrobił na mnie widok na Lagoa Azul i Lagoa Verde – nazywane inaczej jeziorami Sete Cidades. Mimo że znajdują się tuż obok siebie, jedno ma kolor głębokiej zieleni, a drugie jest niebieskie. Prawdopodobnie najlepiej widać je z dachu opuszczonego hotelu – komu niestraszne chodzenie po ruinach i wspinanie się na dachy, ten koniecznie powinien przekonać się o tym na własne oczy!

Niespodziewanie dobre wrażenie zrobiły na mnie gorące źródła Caldeira Velha. Nie jestem specjalną fanką wody, więc do parku (który na dobrą sprawę przypominał bardziej las) weszłam raczej bez większego entuzjazmu. Jednak kiedy zobaczyłam wodospad gorącej wody, szybko wskoczyłam w strój kąpielowy. Caldeira okazała się o tyle świetna, że było tu bardzo mało ludzi (do tego pogoda niezbyt dopisywała, ale nam zupełnie nie przeszkadzała lekka mżawka, podczas gdy mogliśmy schować się w gorących siarkowych basenach). O wiele, wiele mniej niż w Furnas – najbardziej znanym na São Miguel rejonie aktywnym geotermalnie. Gorące źródła występują tam co prawda naturalnie, jednak wszystkie baseny są sztucznie utworzone i wszędzie roi się od ludzi.

widok na jeziora Sete Cidades z dachu opuszczonego hotelu
jedyna w Europie plantacja herbaty (Chá Gorreana)
widok z Miradouro da Nossa Senhora da Paz

Niewątpliwie to, co mocno uwiodło mnie w Azorach to brak tłumów. Oczywiście – spotkaliśmy trochę turystów, jednak nie było ich aż tak wielu. Głównie starsi Niemcy i Francuzi oraz trochę Hiszpanów. Archipelag wciąż jest dosyć dziki i nie tak łatwo dostać się na niego, jeśli nie chcemy wydać fortuny na bilety. Loty krajowe w Portugalii nie należą do najdroższych, dlatego będąc w części lądowej, warto poświęcić kilka dni na odwiedzenie Azorów. Nam pięć dni w zupełności wystarczyło, by zobaczyć prawie wszystko – więcej czasu nie potrzeba. A dla takich widoków naprawdę warto!

Po bardziej szczegółową i praktyczną relację z Azorów zapraszam na bloga – pojawi się na nim niebawem!

widok z Miradouro da Boca do Inferno na Lagoa Azul i Lagoa de Santiago
Ferraria
Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany