Daria Zawiałow: „Jestem głodna tworzenia”

Daria Zawiałow to młoda wokalistka z ogromnym bagażem doświadczeń muzycznych: śpiewała w chórkach Maryli Rodowicz, brała udział w wielu talent shows oraz w festiwalach piosenki, na których odnosiła sukcesy. Po kilku latach poszukiwania siebie i przecierania własnych ścieżek, z impetem wkroczyła na polski rynek muzyczny. W marcu wydała swój pierwszy album A kysz!, o którym od razu zrobiło się głośno. Zadebiutowała również na Liście Przebojów Trójki, a teledyski do jej piosenek Kundel Bury oraz Malinowy Chruśniak zyskały ponad 1,5 miliona wyświetleń na YouTube. Jako wokalistka jest porównywana do Kasi Nosowskiej czy Meli Koteluk. Innymi słowy: udowodniła, że warto było czekać na jej debiut. A jak sama zapowiada w rozmowie – to dopiero początek.

Basia Owsińska: Droga do Twojej kariery muzycznej była wyjątkowo długa i trudna. Jak się czujesz teraz, w miejscu, do którego dotarłaś?

Daria Zawiałow:
Powiem szczerze: bardzo się cieszę, że to wszystko się w końcu dzieje. Jest mi bardzo miło, gdy ludzie porównują mnie do wokalistek, które były – i są nadal – moimi idolkami. Przeprowadziłam się do Warszawy, mając zaledwie piętnaście lat – będąc dzieckiem, które musi samo poradzić sobie ze wszystkim. Oczywiście zawsze mogłam zadzwonić do mamy, jednak już wtedy musiałam skupić się na podejmowaniu decyzji, które mogły odbić się na mojej przyszłości, także nie było to łatwe. Cieszę się, że nie zadebiutowałam w tamtym momencie. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że musiałam wszystkie napotkane na mojej drodze kłody przeskoczyć, żeby wydać teraz album, pod którym mogę się podpisać. Poznałam wspaniałych ludzi, bez których ten album nie ujrzałby światła dziennego. Musiałam dojrzeć muzycznie oraz jako kobieta. Dopiero teraz, kiedy tak naprawdę odnalazłam swoją muzykę i odnalazłam w tym wszystkim siebie, jestem głodna dalszego tworzenia, pisania tekstów i  koncertowania. To jest dopiero początek, debiut, wszystko jest przede mną.

BO: Rozmawiając o początkach: bardzo wcześnie rozpoczęłaś swoją przygodę muzyczną. Miałaś zaledwie siedem lat, kiedy wzięłaś udział w programie Od przedszkola do Opola. Skąd w Twoim życiu pojawiła się pasja, jaką jest muzyka?

DZ: Wydaje mi się, że moja mama dostrzegła we mnie zalążek talentu muzycznego. Sama zawsze marzyła, żeby być artystką, ale nie było jej po drodze. Zgłosiła mnie do programu Od przedszkola do Opola, później zobaczyła, że sprawia mi to frajdę, więc zapisała mnie do ogniska muzycznego. To nie była emisja głosu, raczej ćwiczenia interpretacyjne, aktorskie – w wieku dziesięciu lat pozwoliły mi otworzyć się na scenę, najpierw coverując piosenki dla dzieci i młodzieży, następnie wybierając trochę bardziej ambitny repertuar.  Potem zrodziła się we mnie miłość do jazzu i zechciałam czerpać wzorce od najlepszych wokalistek jazzowych. W jakiś sposób od małego muzyka mnie otaczała i tak już zostało.

BO: Kolejnym etapem rozwoju były programy muzyczne: najpierw Szansa na sukces, później Mam Talent oraz dwukrotne uczestnictwo w X Factor. W jaki sposób udział w nich przekuł się na Twoją obecną pracę?

DZ: Nauczyło mnie to na pewno tego, że trzeba mieć dystans i być w stu procentach sobą. Przez wiele lat coverowałam inne osoby i teraz wiem, że nie chcę już tego robić. To coś zupełnie innego gdy np. 17 września wystąpię wraz z innymi  cudownymi wokalistkami i będziemy śpiewać utwory Cohena, niż jak gram imprezę zamkniętą i trzy sety coverów, a ludzie nie wiedzą kim jestem. Na takiej coverowej imprezie dla ludzi liczy się to, że zaśpiewam Simply The Best Tiny  Turner i będą mogli się wybawić. Rynek muzyczny jest okrutny i jedyną opcją, żeby się w tym nie zatracić, nie załamać, jest po prostu wyznaczenie własnego toru. Trzeba stać na własnym gruncie i wiedzieć mniej więcej, czego można się spodziewać. A na pewno nie można się spodziewać, że coś ci się należy, że coś jest ci dane. Ja po Szansie na sukces, później po Debiutach Opolskich, na których śpiewałam piosenkę Kasi Nosowskiej Era Retuszera, trochę się zachłysnęłam. No, to teraz przyjdzie producent, wytwórnia, wydam płytę, wszystko się potoczy z górki – myślałam. No i się nie potoczyło. Nic mi nie było dane i nie powinno się myśleć tymi kategoriami – nawet jak wygrasz talent show.

BO: Bardzo często młodzi ludzie, biorąc udział w tego typu programach, liczą na przełom w swojej karierze, na to, że sam udział przyniesie im sukces i zagwarantuje karierę. Kierowanie się własną drogą udaje się nielicznym, a pozostali zajmują się tym, co narzuci im wytwórnia.

DZ: Tak, dokładnie. Nawet znam osoby, które przychodzą do wytwórni i mówią: Zróbcie ze mną co chcecie, nie mam na siebie pomysłu, nie wiem, co mam zrobić. Ja też miałam takie propozycje po Mam Talent: My nagramy ci płytę. Ale nie poszłam w to, bo już wtedy wiedziałam, że chciałabym stworzyć swój materiał, pójść z tym do konkretnej wytwórni… I tyle. Także dobrze, że nie miałam takich propozycji po Szansie na sukces, gdy jeszcze nie wiedziałam, że będzie tak trudno. Kto wie co się mogło wtedy zdarzyć, kiedy miałam szesnaście lat i nie wiedziałam nic o rynku muzycznym, o muzyce, ani nawet o świecie, o życiu.

Fot. Wiktor Franko

BO: Jednak po Szansie na sukces pojawiła się kolejna szansa – śpiewanie w chórkach, współpraca z Marylą Rodowicz, królową polskiej estrady. To ogromna lekcja, możliwość rozwoju dla początkującej wokalistki. Jak się pracowało z gwiazdą tego formatu?

DZ: Maryla jest stuprocentową profesjonalistką. Nigdy nie poznałam kogoś tak bardzo oddanego swojej pracy, profesjonalnego. Ta współpraca bardzo dużo mnie nauczyła. Po Szansie na sukces miał miejsce zamknięty casting na który zaproszono różnych uczestników talent shows. Maryla wybrała mnie: szesnastolatkę, która musiała pogodzić pracę z nauką. Z perspektywy czasu nie wiem dlaczego tak się stało. Może widziała we mnie siebie sprzed lat? Maryla jest  surowa, wymagająca. Tak jak powiedziałaś – jest królową, wielką gwiazdą, więc może sobie pozwolić na to, żeby wymagać od swoich podopiecznych. Dzięki niej zdobyłam ogromne doświadczenie – przy okazji tej współpracy pierwszy raz śpiewałam z odsłuchem dousznym, a przede wszystkim nauczyłam się śpiewać w chórku, dzięki czemu mogę tworzyć chórki na własnej płycie.

BO: Odnosiłaś sukcesy w konkursach, jednak Twoja kariera nie nabierała rozpędu. Jak sobie z tym radziłaś?

DZ: Nie było łatwo. Były momenty, w których naprawdę chciałam wszystko rzucić, ale nie trwało to zwykle długo. Być może dlatego, że byłam dzieciakiem i miałam w dalszym ciągu charyzmę, wiarę w to wszystko i nie chciałam się poddać. Gdy jesteś dzieckiem, trudno jest zabić twoją siłę walki, nastoletnią pewność siebie.

BO: Momentem przełomowym było poznanie producenta muzycznego – Michała Kusha. Jak udało Wam się wzajemnie odnaleźć?

DZ: Napisał do mnie, że widział jak śpiewam, że się jara na maksa oraz że chciałby ze mną coś nagrać i od tamtej pory wiedzieliśmy, że coś razem zrobimy, tylko że długo docieraliśmy się muzycznie. Nie wiedzieliśmy do końca czego chcemy. Michał nie wiedział czego ja chcę, ja nie wiedziałam czego on chce. Robiliśmy to jako duet  –  ja jestem indywidualistką jako wokalistka, ale bez pleców w postaci Michała nie byłoby mnie, ani mojego debiutu, piosenek. Jestem  pewna, że nasza przyjaźń przekłada się na muzykę, którą razem tworzymy.

BO: Wspomniałaś o poszukiwaniu siebie, tego, czego chciałaś. Kto jest dla Ciebie inspiracją muzyczną? Kto był Twoim guru muzycznym na początku współpracy z Michałem?

DZ: Powiem szczerze: zawsze byłam dziewczyną, która nie potrafiła się szufladkować. Podobały mi się różne utwory, z różnych gatunków muzycznych. W wieku nastoletnim, kiedy wszystko się zaczynało, moim guru był Czesław Niemen. W późniejszym czasie Kasia Nosowska, ale wszystko zaczęło się od Niemena, którego absolutnie uwielbiam. Jako mała dziewczynka trochę nie rozumiałam jego twórczości, fascynował mnie wówczas jego wokal, dopiero później zagłębiłam się w jego muzykę. Bardzo dużą rolę w moim życiu muzycznym odegrała również Billie Holiday i jej warsztat wokalny – chciałam się od niej nauczyć jak najwięcej, podszkolić swój wokal i śpiewałam po prostu razem z nią. Ewa Turowska, która była założycielką ogniska muzycznego, do którego uczęszczałam, zrobiła taki spektakl jazzowych standardów, kiedy miałam dwanaście lat – jej córka napisała polskie teksty do tych kompozycji i od tamtego momentu zakochałam się w muzyce jazzowej. To  było coś, co chciałam wykonywać, ale nie słuchałam tego w domowym zaciszu. Kiedy wracałam do domu, czy spotykałam się z koleżankami, to włączałam sobie płytę Radiohead , Explosions in the sky czy The Strokes. Także wszystko było zmieszane i ja – jako dzieciak – nie do końca to wszystko ogarniałam, ale cały czas ta muzyka była we mnie.

Fot. Wiktor Franko

BO: Twoje teksty są niezwykle emocjonalne, wyraziste, ale równocześnie uniwersalne. Każdy odbiorca jest w stanie odnaleźć w nich coś dla siebie.

DZ: Chciałabym docierać swoimi tekstami i swoją muzyka do wszystkich, tak, żeby każda osoba znajdowała na tej płycie choćby jeden utwór dla siebie – to będzie dla mnie sukcesem i radością. Jeżeli chodzi o tekst, ja dopiero zaczęłam przygodę przy pierwszym albumie, wcześniej tych tekstów nie pisałam, bo nie wiedziałam, że umiem. Nie do końca utożsamiam się ze wszystkimi swoimi tekstami na płycie, nie ma tam zbyt wielu rzeczy zaczerpniętych z życia Darii. Odkryłam, że intryguje mnie bycie narratorem, stanie obok i opowiadanie historii, które niekoniecznie mogły się wydarzyć – kreowanie pewnej rzeczywistości, wchodzenie w role. Oczywiście nie przy każdym utworze tak jest. Na przykład przy Kundlu Burym był to mój osobisty, artystyczny manifest. Natomiast w Malinowym Chruśniaku w teledysku widać, że stoję w lesie i opowiadam historię, która dzieje się kilka drzew dalej. Ta inspiracja bierze się ze wszystkiego, co mnie otacza. Na razie piszę o wszystkim, co mnie intryguje, o tym, co się dzieje dookoła. A co będzie później – trudno jest mi powiedzieć, może bardziej się przełamię i zacznę pisać o sobie.

BO: Pozostając przy Malinowym Chruśniaku – jest to nawiązanie do poezji Bolesława Leśmiana?

To naprawdę wyszło przypadkiem – Michał Kush stworzył wstępny aranż do Malinowego… i pokazał mi go. Ten aranż wydawał mi się na tyle sensualny, namiętny, intymny, że stwierdziłam, iż chciałabym napisać erotyk. Napisałam ten tekst, totalnie nie myśląc o Leśmianie, po czym Michał –  czytając go –  powiedział do mnie: Stara, przecież to mi się kojarzy z Leśmianem. Może faktycznie coś w tym jest. Od tamtej pory mówiliśmy Malinowy, bo nie mieliśmy tytułu i w pewnym momencie Michał powiedział: Słuchaj, niech będzie Malinowy Chruśniak. To była spontaniczna decyzja.

BO: Zawsze po udanym debiucie zwiększają się oczekiwania względem drugiego albumu. Druga płyta jest bardzo często przełomowa. Nie obawiasz się tego?

DZ: Tak, dopadł nas już w tej chwili syndrom drugiej płyty. Gdy zaczęliśmy pracować, tworzyć, to jest trudniej, bo płyta A kysz! jest mocno eklektyczna. I tak jak uważam, że dobre są płyty eklektyczne, tak chciałabym też się trochę bardziej sprecyzować. Wytwórnia nie ogranicza nas –  chcieliby jak najszybciej wydać album, ale wtedy, kiedy my będziemy na to gotowi.

BO: Pierwszy album spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Niedługo rozpocznie się sezon festiwalowy, w trakcie którego zagracie kilka koncertów. Cieszysz się na spotkanie z widownią?

DZ: Bardzo! Tak jak wspominałam – jestem głodna koncertów. Trasa A kysz! Tour jest dopiero na jesieni, więc bardzo się cieszę, że pojawimy się do tego czasu na wielu letnich festiwalach. Pewien dziennikarz muzyczny, którego bardzo cenię, rozszyfrował mnie i powiedział: Daria, ta płyta jest tak naprawdę pretekstem do grania koncertów. I tak jest! Trafił w sedno. Chciałabym zaprosić wszystkich na koncerty, na letnie festiwale, na A Kysz! Tour, którą już przygotowujemy. Będzie to piękna trasa, z pompą, z gośćmi…

BO: Lista Przebojów Trójki tworzy krąg wysublimowanych, charakterystycznych gustów muzycznych. Dla wielu artystów znalezienie się na tej liście jest spełnieniem marzeń. Jak było w Twoim przypadku? Co jest Twoim marzeniem?

DZ: Marzę, żeby grać na dużych scenach, żeby ludzie stojący pod sceną nie byli przypadkowi, żeby znali piosenki. Żeby śpiewali, gdy będzie magiczny moment wyciągnięcia mikrofonu w kierunku publiczności. Natomiast jeśli chodzi o Listę Przebojów Trójki, to dla mnie to też było marzeniem, bo sama jestem słuchaczką Trójki. To, że Malinowy Chruśniak był tam przez jedenaście tygodni, a teraz Kundel Bury jest od ośmiu tygodni, to dla mnie wielki sukces. Kundel najpierw był weteranem poczekalni przez pół roku, a po koncercie w Trójce nagle – bum! – czternaste miejsce na LP3. Cieszę się, że to wszystko się dzieje, ale dystans jest zachowany.

W takim razie ja życzę Ci, żeby te pozostałe marzenia się spełniły oraz żeby na koncertach pojawiały się rzesze fanów, znające teksty  Twoich piosenek.

Rozmawiała Basia Owsińska

 

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany