My, dzieci lat 90.

Z perspektywy czasu wiem,  że najbardziej tęsknię za dzieciństwem. Dlaczego? Bo nie mogę do niego wrócić. Tęsknię za beztroskimi latami mojego życia, ale z radością wspominam ludzi i doświadczenia z lat 90., które mają wpływ na to kim teraz jestem. Cytując Adele: To było jak film. To było jak piosenka. Kiedy byliśmy młodzi.

My – dzieci lat 90.– urodziliśmy się w ostatniej chwili. Zdążyliśmy przed technologiczną zagładą i dostaliśmy ostatnią szansę poznawania świata i siebie nawzajem, nie przez wiadomości na Facebooku i rozmowy zaczynające się od słów: Co tam?, prowadzących donikąd. My mogliśmy poznawać się naprawdę.

Do zabawy żadne z nas nie potrzebowało dorosłych lub przygotowanych przez amerykańskich twórców czaderskich gier. Spotykaliśmy się na osiedlu, bez wcześniejszego umawiania się przez telefon. W dni wolne, ferie i wakacje zbiórka odbywała się zawsze około 9:00. Spotykaliśmy się rano i wspólnie maszerowaliśmy od klatki do klatki, po tych, którzy na ową zbiórkę nie przybyli. Dzień dobry, jest (tu padało imię dziecka)? A może wyjść z nami na dwór? Oczywiście zasada była niezmienna:  – Ja pukam, ty mówisz. Zabawy odbywały się nieustannie, a na pomysłowość nigdy nie narzekaliśmy. Co dziesięć głów, to nie jedna, więc pomysłów było na pęczki. Nikt nie zakładał nam kasku i ochraniaczy na kolana podczas przejażdżek rowerami i nie biegał z plastrem za rozbitymi kolanami. Środkiem odkażającym była po prostu ślina, a opatrunkiem – liść z najbliższego drzewa. Jeśli ktoś miał bliskie spotkanie z betonem i zalewał się krwią, to nie jechał na ostry dyżur, tylko otrzepywał piach z rany i wracał do gry w ciuciubabkę. Była zabawa w krowę, gra w hali hali chałupa się pali, w rekina, w dwa ognie, a w godzinach wieczornych – w chowanego i gąski, gąski do domu. Jak ktoś przegrywał, to nie płakał, nie szukał winowajcy i nie biegł na 4 piętro do mamy na skargę. Wystarczyło tupnięcie nogą i gra toczyła się dalej.

Z edukacją też było jakby lżej niż teraz. Nikt nie pomagał nam w lekcjach, a jakoś zdawaliśmy do następnej klasy. Rodzice nie rysowali za nas map na geografię, a zadania z matematyki robiliśmy z kumplami z klasy, bo rodzice, nie mając kontaktu ze szkołą od 20 lat, po prostu nie umieli nam w tym pomóc. Nie chodziliśmy na korepetycje z każdego możliwego przedmiotu, niezaliczona klasówka była nauczką na przyszłość, a nie początkiem regularnych wizyt rodziców w szkole z prośbami o kolejną szansę i możliwość zaliczenia tego materiału. Nauczyciele chętnie wstawiali nam jedynki do dziennika, a rodzice mówili tylko: Jakbyś się nauczył, to byś nie dostał. Życie zarówno z umiejętnością obliczania skali czy bez niej, radośnie toczyło się dalej.

W latach 90. rodzeństwo bez obciachu kąpało się razem. Moczyliśmy się w tej samej wodzie, w jednym czasie i nikt nie mówi wtedy, że to niehigieniczne, czy że nie wypada tak robić. Siedzieliśmy w wannie, a ile się człowiek wtedy naśmiał… Potem ciężko już było czerpać taką radość z czegokolwiek. Każdy prezentował swoje małe ciało w pianie, obracał się i szorował gąbką, a wspólna kąpiel bliźnich była sprawą naturalną. W plenerze chodziliśmy razem załatwiać swoje potrzeby. Wszyscy doskonale wiedzieliśmy, to była niepisana umowa, że się nie patrzy na innych. Nikt się nie brzydził krzaków i nie marzył o wykładanej złotem toalecie. Sikały i dziewczyny, i chłopcy. Nikt nie miał chusteczek antybakteryjnych czy higienicznych, były liście, a nikt z nas nie złapał żadnej choroby i nikomu nie spadła korona z głowy.

Gdy mama wołała przez okno na obiad, odkrzykiwało się wielokrotnie: Za pięć minut, zaraz przyjdę, nie jestem głodny, po czym szło się wreszcie na górę i w biegu pochłaniało schabowego, ziemniaki i mizerię, tak szybko, aby w ciągu 10 minut być znowu na dworze. Nikt wtedy nie słyszał o glutenie, nietolerancji laktozy i wegetarianizmie – jedliśmy to, co było, z przyrządzonymi w piaskownicy potrawami na czele. Zjadaliśmy dziennie tony żelek, batonów i chipsów, a żadne z nas nie martwiło się o swoją figurę i negatywny wpływ niezdrowego jedzenia na nasze późniejsze funkcjonowanie. Kupowaliśmy czekoladki w kształcie monet, gumy balonowe z pierścionkiem w gratisie, lody wodne za 50 groszy, chipsy ketchupowe, a wszystko popijaliśmy sokami w kartoniku. Nikt nie wybrzydzał, wręcz przeciwnie, mimo wzdętego brzucha, pochłaniał kolejne dokładki. Rodzice nie karali nas za te wybryki, tylko podejrzliwie patrzyli, kiedy nie chcieliśmy jeść kolacji. W weekend z kolei pochłanialiśmy ciasto z kruszonką, piliśmy mleko prosto od krowy albo hektolitry kompotu wiśniowego. Piliśmy z jednej szklanki i nikt nie nabawił się opryszczki. W telewizji lecieli Złotopolscy.

Do szkoły chadzaliśmy sami albo w parach. Rodzice nie zawsze nas odprowadzali, a podwożenie przez osobistego kierowcę nie mieściło się w głowie. Mimo to – wszyscy przeżyliśmy. Wiedzieliśmy, że krawężnik jest po to, aby z niego nie schodzić, na zebrze należy rozglądać się do znudzenia, a czerwone światło było odstraszające jak drut kolczasty. Powroty na własną rękę, bez rodziców obok, to był szczyt dorosłości. To czas wymyślania wspaniałych wymówek przed pójściem na basen i argumentów popierających słuszność wagarów. Chodziliśmy bez czapek, w rozpiętych kurtkach, nikt nie łapał przeziębienia trzy razy w miesiącu, a rozpięte plecaki wcale nie sprawiały, że podręczniki znikały tajemniczo w drodze ze szkoły. Rodzice ufali, że nie robimy głupot, a kontrola w tamtych czasach była minimalna. Nie mieliśmy telefonów komórkowych, a jakoś nikt nie denerwował się, gdy wracaliśmy do domu pół godziny później, niż obiecywaliśmy.

Całe nasze życie toczyło się na osiedlu. Nie mieliśmy komputerów, tabletów i komórek. W zamian za to było granie w palanta, siatkówkę i zwisanie na trzepaku przed całe dnie. Rozmawialiśmy nieustannie, bez pokazywania sobie głupkowatych filmików na YouTube, nie gadaliśmy o złu całego świata, a jedyne co nas zajmowało, to kolejne wyprawy na sąsiednie osiedla, które w tamtych czasach były niczym podróże na Księżyc. Żyliśmy po prostu razem.

Teraz my – urodzeni w latach 90. – cieszymy się, że mogliśmy żyć w pełnej szczęśliwości. Naszymi prawdziwymi traumami były tylko żyłki w szynce, opadające do kolan rajstopy, Buka z Muminków i odrabianie lekcji w niedzielę. Oprócz tego byliśmy wolni i szczęśliwi. Szczęśliwi, że mamy siebie i własny, dziecięcy świat, daleki od tego pochłoniętego przez Internet i social media.

 

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany