Filmowy świat dorosłych z perspektywy dziecka

Percepcja świata jest uzależniona od wieku. Kiedy dorastamy, świat staje się dla nas coraz mniejszy, ale i bardziej skomplikowany. Marzymy wtedy wtedy o prostocie, która towarzyszy dzieciństwu – o błahych problemach, kieszonkowym od rodziców, które było największym skarbem i dla wielu z nas – najlepszymi życiowymi inwestycjami w szczęście. Świat filmowy lubi jednak kwestionować taki pogląd, bowiem dzieci stykają się z tymi samymi traumami, które dotykają dorosłych. Różnica tkwi jednak w odczuwaniu oraz radzeniu sobie z nimi.

Pewne koncepcje ze świata dorosłych są całkowicie niezrozumiałe, gdy jesteśmy młodzi. Wojnę pamiętam z gier komputerowych oraz lekcji historii. Zawsze było to mocno nacechowane realizmem – drastyczne zdjęcia z podręczników, które na długo zostawały w pamięci, podobnie jak obrazy z gier. Były jednak dzieci, które wojny widziały na własne oczy i skoro nam jest trudno wytłumaczyć nienawiść, która zatruwa świat, to im było zapewne jeszcze trudniej. Z tematem znakomicie zmierzył się meksykański reżyser Guillermo Del Toro w Labiryncie fauna. Hiszpanię za czasów generała Franco, pochłoniętą bratobójczym konfliktem, obserwujemy z perspektywy kilkuletniej Ofelii. Dziewczynka ucieka w wyimaginowany świat pełen potworów, które odzwierciedlają okrucieństwo wojny – faun wodzący ją na pokuszenie, czy też biały, wychudzony stwór, który pożera bajkowość tak, jak konflikt zbrojny pożera ludzi z jej otoczenia. Symbolika filmu znakomicie oddaje traumę Ofelii – im okrutniejsza staje się wojna, tym bardziej dziewczynka izoluje się od niej, wchodząc na grząski grunt granicy między jawą a światem wyobraźni.

Śmiertelna choroba to kolejny smutny aspekt życia, z którym czasem musimy stawić czoła. Dla dzieci to jednak całkowita abstrakcja. O tym znakomicie opowiedzieli  m.in. Andy Muschietti w Mamie oraz J.A. Bayona w Siedmiu minutach po północy. Przy okazji pierwszego tytułu pojawia się motyw ucieczki w zmyślone miejsca i walka z nieistniejącymi istotami, zaś w drugim –  zawierzenie im w swojej bezradności. Muschietti w błyskotliwy sposób obrazuje mechanizm dziecięcej wyobraźni, który staje się mechanizmem obronnym. Śmierć nie jest przecież dla dziecka codziennością. Gdy wszystko rozkwita dookoła, ciężko pogodzić się i przyjąć za pewien constans, że świat to ciągłe przemijanie. Upływający czas to dla dzieci piaskowy stwór ze szlafmycą na głowie, który posypuje nasze głowy, byśmy mogli spokojnie spać. To zegarek na ręce, który wskazuje, że zaraz przerwa między lekcjami. Nie zaś cichy zabójca, który bezlitośnie odmierza nam każdą przyjemność i odlicza upływające sekundy.

Dziecięca perspektywa dostarcza zatem reżyserom oraz scenarzystom mnóstwo inspiracji. Kolejnym dowodem jest twórczość Tima Burtona. Większość jego dzieł przypomina zdziwaczałą refleksję na temat wyobraźni i jej niewątpliwej potęgi. Nawet gdy filmowe wojaże zabierały go w kierunku horroru, było w tym coś naiwnie dziecięcego, szalonego i oderwanego od rzeczywistości w sposób bardziej baśniowy aniżeli stricte przerażający. Jestem ogromnym fanem Gnijącej Panny Młodej oraz Frankenweenie – Burton w swoim żywiole, w animacjach, które jako forma skierowana jest do młodszych widzów, czerpie z ich wyobraźni garściami. A obserwowanie tego przerysowanego świata, pełnego szkieletów, Johnny’ego Deppa i musicalowej nuty, zawsze skłaniało mnie do głębszej refleksji.

Na koniec zaś, temat teoretycznie najbanalniejszy – dorastanie. Chociaż filmów z tą myślą przewodnią powstało tyle, że nie da się ich zliczyć, autorom wciąż pozostaje sporo miejsca na kreatywność. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się  zeszłoroczny Moonlight, który przebił się do serc widowni z tematem wysoce kontrowersyjnym. Ale to nie jedyna ciekawostka. Ja, Earl I umierająca dziewczyna z 2015 roku świetnie rozprawił się z potęgą przyjaźni, ale także ze śmiertelną chorobą, która wpełzła do życia głównego bohatera i zmieniła go na zawsze. Islandzki dramat Wróble przybliża trudy dorastania na odosobnionej Islandii, podczas gdy kanadyjski Corbo (2014) ukazuje jak łatwo dorastający chłopak, szargany emocjami, popada w fascynację romantyczną rewolucją, której prawdziwego sensu nie potrafi nawet dostrzec. Snowtown (2011) zaś, przedstawia dorastanie w patologicznej społeczności, z apodyktycznym socjopatą, sprawującym opiekę nad głównym bohaterem. To jeden z najbardziej szokujących filmów, jakie widziałem, a ten tytuł zawdzięcza właśnie perspektywie, jaką przyjmuje.

Nie jestem jednak w stanie wywróżyć przyszłości takiego kina. Na stole mamy inne problemy, na które trudno spojrzeć z perspektywy dziecka. Czy w dobie legalizacji małżeństw homoseksualnych i być może adopcji, doczekamy się filmu pokazującego dorastanie w takiej rodzinie? Z pewnością. Kino będzie forsować tematy, które nie tylko są na czasie – będzie, jak zawsze, prowokować. Tak jak zrobił to Del Toro, pobudzając dyskusję o granicy między filmem dla dzieci a filmem dla dorosłych, oglądanym z perspektywy dziecka. Jedno jest pewne – twórcy kina powinni czerpać inspiracje z dziecięcej wyobraźni. Bo ta jest prawdziwą skarbnicą pomysłów.

 

Kajetan Wyrzykowski

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany