Open’er 2017 – oczekiwania

Lista gości, którzy pojawią się na tegorocznym Open’erze, największej muzycznej imprezie w Polsce, została oficjalnie zamknięta. Już za kilkanaście dni gdyńskie Kosakowo zmieni się w święto wianków, brokatu i ciepłego piwa. Tylko gdzie w tym wszystkim jest najważniejsze, czyli muzyka? No właśnie, tegoroczny line-up, w porównaniu z ubiegłymi edycjami, wielu stałych bywalców festiwalu wprawia w stan skonsternowania.

Najważniejszym punktem imprezy będzie długo wyczekiwany koncert Radiohead, zespołu-legendy, który ostatni raz pojawił się w Polsce w 2009 roku. Brytyjska grupa wyruszyła w trasę by promować swój najnowszy album A Moon Shaped Pool, który jest majstersztykiem w dziedzinie muzyki do umierania. Osobiście liczę na zbiorowy szloch podczas Karma Police i wyzwolenie mojej, jeszcze licealnej, miłości do Thoma Yorke’a.

Duże nadzieje wiążę też z występem The XX, chyba jedynego, prawdziwie indie rockowego zespołu tego kalibru w tegorocznym zestawieniu. Z nieskrywaną nostalgią wspominam ubiegłe lata, gdy Open’er był mekką soft-rockowego brzmienia; gdzie odbyły się koncerty takich grup jak Kodaline, Tame Impala czy Mumford and Sons…

Drugiego dnia, na Tent Stage, będziemy mogli zobaczyć raperkę M.I.A. Jej ostatnia płyta AIM to zaangażowane utwory z pogranicza trip-hopu i elektroniki. Show Mathangi Arulpragasam – bo tak naprawdę nazywa się ta artystka – jest zawsze spektaklem ze społecznym przesłaniem podszytym polemiką na temat kryzysu migracyjnego. Gwiazda zapowiedziała, że AIM to jej ostatnia płyta, akurat w momencie, gdy estradowi buntownicy nawołujący do przebudzenia się są nam najbardziej potrzebni. Między innymi z tego właśnie powodu warto zobaczyć jej pożegnalne show.

Najbardziej nie mogę doczekać się występu JMSN,  multiinstrumentalisty ze Stanów, który w swojej muzyce łączy elektronikę z soulem i R&B. Christian Berishaj  przywołuje estetykę lat 90., a wzrusza, śpiewając pełną piersią o miłosnych zawodach przy akompaniamencie retro basu i perkusji.

Zastanawiające jest zaproszenie George’a Ezry na scenę główną ostatniego dnia festiwalu. Ten angielski chłopiec z gitarą ostatnią płytę wydał trzy lata temu, i wtedy też był czymś, względnie, nowym. Pamiętacie, to był czas, kiedy wszyscy szlochaliśmy do piosenek Toma Odella, które były puszczane bez przerwy w radio, na zmianę właśnie z singlami Ezry, których tytułów, niestety, już nikt nie pamięta. Jakkolwiek utalentowany głos, powinien pozostać w czasach debiutu, a nie robić za gwiazdę w finale Open’era.

Wydaje mi się, że w związku z obchodami piętnastolecia istnienia, festiwal osiągnął szczyt swoich możliwości w zeszłym roku i teraz organizatorom ciężko jest przeskoczyć poprzeczkę, którą sami sobie za wysoko postawili, zapraszając w zeszłe lato takie gwiazdy jak  Pharrell Williams, Foals, PJ Harvey, czy RHCP. Oczywiście, ktoś może zarzucić, że nie wypada narzekać w obliczu takich nazwisk jak wcześniej wspomniane Radiohead czy Foo Fighters, którzy zagrają 29 czerwca. W moim odczuciu organizatorzy, co roku stawiają kolejny, duży krok ku skrajnie komercyjnym rytmom o wątpliwej wartości artystycznej (zastanawiający tegoroczny wybór Dua Lipa, czy Chalie XCX). Nie umniejszając muzyce pop, Open’er z alternatywnej-komercyjnej imprezy staje się powoli, jak mówią złośliwi, polską Koaczellą.

PR-owi festiwalu nie pomogła też nagła rezygnacja z europejskiej trasy koncertowej Tyler The Creator, który miał być silnym uderzeniem tego roku. Wielu rozczarował brak Travisa Scotta lub – już mniej hip-hopowo – Biffy Clyro, czy nieodżałowanych Gorillaz (ale to jest już temat na osobny artykuł). W zamian za to mamy Mac Millera i The Weekend, na których barkach spoczywa być czy nie być tego festiwalu.

Każdego roku silną stroną Open’era są polskie nazwiska, które nigdy nas nie zawodzą. W zeszłym roku Dawid Podsiadło niemalże rozniósł Tent Stage śpiewając W dobrą stronę, a Maria Peszek poruszyła największych twardzieli. Tego lata o uwagę fanów będą walczyć zarówno debiutanci (Ralph Kaminski, Bownik, Bitamina), jak i starzy wyjadacze – Brodka ze swoim nowym wizerunkiem i płytą Clashes, Natalia Przybysz oraz Taco Hemingway, który zagra na Orange Main Stage. Kariera Filipa Taco Szcześniaka pokazuje, jakiego nosa do talentów mają organizatorzy festiwalu. To dzięki nim raper zagrał swój pierwszy tak duży koncert, właśnie na Open’erze dwa lata temu.

Musimy pamiętać, że Opene’er oferuje poza koncertami spektakle teatralne – w tym roku (A)Pollonia Krzysztofa Warlikowskiego, Biała Siła, Czarna Pamięć, w reżyserii Piotra Ratajczaka oraz Henrietta Lacks Anny Smolar. Po za tym: ukochane silent-disco, kino festiwalowe, dziesiątki food tracków. Tylko czy to wystarczy, by nadrobić pustki w skromnym, w porównaniu z ubiegłym rokiem, line-upem ?

Jestem sceptycznie nastawiona co do warstwy muzycznej szesnastej edycji tej imprezy i ze wzruszeniem wspominam Open’ery, gdzie gwiazdami byli rockowi artyści z krwi i kości, a nie popowe gwiazdy dwóch, trzech sezonów. Sorry not sorry: koncert Arctic Monkeys w 2009 roku, kiedy Alex Turner nie nosił jeszcze za ciasnych spodni, niezapomniany Nick Cave cztery lata temu, czy ubiegłoroczna Florence and the Machine, która z hukiem poślizgnęła się na mokrej scenie, a mimo to dała z siebie wszystko.

Czekam na pozytywne zaskoczenia, bo festiwal oparty na legendzie Radiohead i Foo Fighers może nie wytrzymać ogromnej presji oczekiwań. Bo w tym przypadku ciężko unikać porównań do ubiegłego roku. Niech te cztery dni nad morzem będą pełne słońca, tańca i kwiatów. Być może to dobra zabawa zweryfikuje moje nastawienie…

Do zobaczenia pod sceną!

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany