Polki – matki, wariatki i syreny

Kondycja polskiego kina to temat do burzliwej dyskusji. Możemy płakać nad wybitnie niezabawnymi komediami, wymieniać się wrażeniami z festiwali, oglądać z zachwytem Kieślowskiego lub pokłócić się o życie prywatne Polańskiego. W tym filmowym zamęcie, natłoku treści, ze szczególną dbałością i czułością przyglądamy się polskim reżyserkom.

Spróbujcie sobie przypomnieć Wasze ulubione polskie filmy wyreżyserowane przez kobiety. To nie jest proste zadanie! Dlatego chcemy się przyjrzeć tej ekranowej wersji ecriture feminine. Szukamy kobiecych narracji, próbujemy zrozumieć bohaterki, smakujemy ich łez i słuchamy delikatnych szeptów. Polskie reżyserki to nie lejdis, którym każe tańczyć szatan. Przed Wami trzy Kobiety, które na przestrzeni lat opowiadają nam o świecie i sprawiają, że możemy być dumni z naszej polskiej sztuki.

Julia Smoleń: Kobieta samotna Agnieszki Holland ujrzała światło dzienne w 1981 roku. To rzeczywistość, której zarówno ja, jak i moje pokolenie, nie jesteśmy w stanie uchwycić. Nie dlatego, że dzisiaj możemy w każdym kiosku kupić babskie czasopismo, które nauczy nas kolorowego życia z liftingującym efektem. My również mamy szarość. Jednak nasza szarość jest inna, nasza wrażliwość wyraża się inaczej. Czy nasza kobiecość też się zmieniła?

Główna bohaterka, Irena (Maria Chwalibóg), jest samotną matką. Ma niepewną pracę i pusty portfel. Na jej karku zaciska dłonie system, który sprawia, że codzienność jest bylejakością na zmianę z beznadzieją. Cieszy tylko telewizor albo kartka na czekoladę. PRL-owskie mity nakreślają nam historię tylko w pewnym stopniu. Irena poza pustym portfelem ma także opustoszałe serce – szare jak bloki, surowe jak komuna. Tu nie ma miejsca na miłostki i kwiatowe dyrdymały. Ale nie jest to przecież domeną tamtych czasów. Samotność i tęsknota są boleśnie niewychodzące z mody, a z drugiej strony, fantazja miłości też jest niezwykle uniwersalna. To jedynie mgnienie – kostka czekolady na języku tylko raz w tygodniu.

Zosiu, a jak to jest z uczuciami u Małgorzaty Szumowskiej?

Kadr z filmu „Body/Ciało”


Zofia Wierzcholska:
Gorzka rzeczywistość filmów Holland nie pozostała bez wpływu na reżyserki następnego pokolenia. Szumowska w Body/Ciało skupiła się, dosłownie,  na duchowości bohaterów, chociaż w przeciwieństwie do Holland – akcję filmu rozegrała już w lepszych czasach. To uczucia i niewypowiadane na głos emocje grają rolę pierwszoplanową, a możemy je zobaczyć dzięki naszym świetnym aktorom. Cyniczny ojciec (Janusz Gajos) i chora na anoreksje Olga (Justyna Suwała), którzy stracili bliską im osobę oraz Anna (Maja Ostaszewska) – terapeutka-spirytualistka, która pomaga im nawiązać kontakt ze zmarłą. Ten dramat pisany na trójkę współczesnych nieszczęśników, mówi o tym, co może nas boleć w świecie, w którym jest dostęp do wszystkiego co materialne, a w konsekwencji – gubi się gdzieś ta duchowa strona życia. Choć zabrzmi to niezwykle pesymistycznie, to jest tak jak mówisz – doświadczenie straty i samotności są uniwersalne. Na szczęście Body/Ciało ma pozytywny wydźwięk i pozostawia w widzu tyle samo nadziei, co pytań.

Julka, a przychodzi Ci do głowy jakaś reżyserka czerpiąca ze starych czasów, ale w wersji współczesnej?

JS: Dancingowe szaleństwo Agnieszki Smoczyńskiej to też rzeczywistość PRL-u. Jednak Córki dancingu przedstawiają jedynie PRL-owską wizję. To tylko cekinowe wspomnienie albo narzędzie, żeby opowiedzieć zupełnie o czymś innym. Dwie główne bohaterki, Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek), to syreny, robiące karierę w dancingowym szołbizie. Oderwane od świata marzą nieskładnie, a czerwony neon tylko te słodkie pragnienia zaburza. Czy syreny to dzisiejsze młode kobiety? W tym pastiszowym światku nie ma odpowiedzi. Miało być frutti di mare, a został bałagan po karnawale – śpiewają bohaterowie filmu.

ZW: Byłam zachwycona Córkami dancingu i ich bajkowymi ogonami. Dla mnie to opowieść o dojrzewaniu, o cielesności i odnajdowaniu w sobie kobiety. Klubowe realia lat 80., jakkolwiek wdzięczne, są raczej charyzmatycznym tłem. Liczą się przeżycia dziewczyn, które odkrywają, że z ich cielesnością wiąże się przyjemność, której nie trzeba (a może nawet nie należy?) poskramiać. Tu zaskoczenie, bo film osadzony w PRL-u, mówi o tym co aktualne wtedy, jak i to, co ze zdwojoną siłą trzeba uświadamiać współczesnym, młodym kobietom.

Czy kobiece historie na dużym ekranie, to lustro, w którym mogą przejrzeć się współczesne Polki? To co charakteryzuje styl rodzimych reżyserek, to pełen wachlarz emocji we wszystkich odcieniach szarości. Artystki unikają jednoznacznych sądów i zostawiają wolne miejsce na niedopowiedzenia i interpretację ze strony widza, niezależnie od tego, czy mówimy o dancingu w ultrafioletowym świetle, czy uczuciach uwięzionych w blokach z wielkiej płyty.

To co dla mnie jest niezwykle istotne, to fakt, iż dziewczyn, zarówno tych za kamerą, jak i tych na ekranie, jest coraz więcej. Ich historie opowiadają o tym co ważne, o tym co tu i teraz, są pozbawione zbędnej seksualizacji, czy stereotypów. Wiele lat temu Agnieszka Holland wyznaczyła kierunek, młodsze pokolenia torują już trasę dla kolejnych, prawdziwych historii, o dziewczynach z krwi i kości. Trzymajmy więc wspólnie kciuki za to, ażeby tych super-bohaterek i autentycznych uczuć było jak najwięcej.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany