Trzy razy lato: czas przygód, leśne poranki i rozgwieżdżone niebo

Przyznam szczerze: lato nie jest moją ulubioną porą roku. Jestem dzieckiem wiosny, pokojowych temperatur, wrażliwej cery i chowam się jak tylko mogę przed prażącym słońcem, śpię przy wentylatorze i na dodatek, bardzo mądrze, wszędzie człapię w długich spodniach, a z domu wychodzę wyłącznie wieczorami. Nawet tutaj, we Włoszech, zaciagam leżak pod parasol i smaruję się kremami ochronnymi z największym filtrem. Jednak mimo tych drobnych niedogodności, lato zawsze wywołuje we mnie burzę miłych wspomnień i aż nucę w głowie czołówkę ulubionej kreskówki: Gdy zaczyna się lato A z latem wakacje I czasu wolnego jest tyle Znów pojawia się problem I w mózgu wibracje Jak spędzić najlepiej te chwile. Poznajecie Fineasza i Ferba? Ta dwójka zawsze wiedziała, jak kreatywnie spędzić każdy letni dzień.

Ja być może nie buduję za domem aquaparku i nie konstruuję maszyn, o jakich się jeszcze nawet inżynierom nie śnilo, ale i moje dni bywają równie intensywne! Pozwólcie, że ten post, zważając na porę roku właśnie, będzie lekki. Lato to w końcu wakacje, czas na odpoczynek; okres długich, ciepłych wieczorów, stosów przeczytanych książek, wypadów do teatru, podróży i niekończących się przygód… A jak przygoda, to tylko taka, która powstaje w wyniku spontanicznego impulsu, który popycha serca do przodu i przyprawia o przyjemny dreszcz emocji.

 

Z natury nie lubię niczego planować, a już zwłaszcza wyjazdów i mimo że później w galopie jedną ręką się pakuję, a drugą załatwiam tysiąc spraw, jednocześnie kocham to zawirowanie! Dwa lata temu wystarczył jeden telefon od mojego przyjaciela: Jedziemy autostopem nad morze?, bym bez chwili zawahania odpowiedziała: Tak! I wtedy zaczęła się jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu, a ponoć te najlepsze zdarzają się wtedy, gdy wychodzi się ze strefy swojego komfortu. Czego ja jestem chyba odpowiednim przykładem…

Ogromne plecaki, namiot, wianek na głowę i setki kilometrów przed nami – pochodzę z serca Małopolski, więc trasa była wyjątkowo długa, zwłaszcza, że przy okazji zahaczyliśmy o Wrocław, który niedługo poźniej miał stać sie moim domem. Pamiętam, że nie spaliśmy wtedy ponad 60 godzin, spędzając noce na autostradzie, plaży, pod McDonaldsem, wspierając się wzajemnie w trudnych momentach – choć te zdarzały się o wiele rzadziej, bo nasz entuzjazm i upór były nieskończone. Męczący upał, chłodne noce, odciski na stopach… Fizycznych utrapień już nie pamiętam, bo najważniejsze są wspomnienia – ta fala radości, gdy ukazała się przed nami tabliczka z napisem Szczecin, łzy szczęścia, sami wspaniali ludzie, których spotykaliśmy i którzy niemal stawali na rzęsach, by pomóc nam dotrzeć do upragnionego celu, jakim było najpierw jakieś nadbałtyckie miasto, a później, jak się nagle okazało – całe Wybrzeże przebyte wzdłuż. Życzę Wam takiej przygody i takiego przyjaciela, z którym można się wybrać nie tylko na koniec Polski, ale i także na koniec świata!

 

Lato kojarzy mi się również z wakacjami u babci. W momencie otrzymania świadectwa, biegłam szybko do domu, pakowałam się, brałam rower i znikałam na cały miesiąc. Wyobraźcie sobie teraz moją małą arkadię, do której nigdy nie przestanę powracać – drewniany dom w środku lasu, brak dostępu do Internetu, wokół tylko natura – całe połacie łąk, polan, kwiatów, rozmowy ptaków buszujących w gałeziach drzew i zapach słodyczy miąższu sezonowych owoców, unoszący się po sadzie mojego dziadka. Jako dziecko nie chciałam kompletnie stamtąd wracać, na nic zdawały się próby przekupstwa dobrociami i prośby mamy, bym wreszcie zawitała do domu, bo ja – zanurzona w swoim dziecięcym świecie, pełna wyobraźni – od rana do wieczora zajmowalam się zwierzętami, czytałam książki na huśtawce, która była zrobiona z myślą o mnie, urządzałam pikniki dla całej rodziny, strzelałam z łuku skonstruowanego przez wujka i wspinałam sie po drzewach. Miałam wszystko. Brzmi bajecznie i beztrosko, prawda? I tak też było – najpiękniej. To podczas tych wakacji uczyłam się od babci szacunku do każdego żywego stworzenia, rozpoznawania gatunków roślin i cieszenia się z drobnostek. Niestety, aktualnie, wokół mojego raju rozrastają się pnącza – i to bynajmniej nie pachnącego groszku, a komunikacji – znaku naszych czasów, która niszczy magię miejsca, ale w mojej głowie już na zawsze zostaną obrazy tego, co zapamiętałam jako mała dziewczynka w samodzielnie obciętej grzywce i wiecznie rozdartymi spodenkami.

 

Lato często upływa mi na nieustannym spoglądaniu w nocne niebo. Szczególnie sierpień obfituje w firnament usłany gwiazdami, z którego co rusz spadają te, które – w co bardzo mocno wierzę – spełniają marzenia i przynoszą szczęście. Uwielbiam siadać na naszym tarasie z herbatą w ręku i oglądać to, co się dzieje – z pozoru wszystko wydaje się takie stateczne, spokojne, a przecież tam, nieskończenie daleko, wrze, wybucha, ciągle coś wiruje; coś się pojawia i znika. I tylko ja, zdaje się, siedzę sobie z uśmiechem na ustach, mrugam do gwiazd i proszę je o kolejne spełnione marzenie. Wtedy akurat na znak międzygalaktycznego porozumienia, jedna z nich przecina niebo pięknym, ognistym płomieniem. Te noce, oprócz samotnych, wewnętrznych wędrówek, są także pełne spotkań z moimi najbliższymi. Nie sposób zliczyć ilości kilometrów, jakie przeszliśmy podczas letnich nocy, z głowami zadartymi wysoko albo ile już razy pełni podziwu zwyczajnie rozkładaliśmy koc i rozprawialiśmy do samego rana, nawet nie zauważając tego, jak i kiedy nadszedł świt, bo najważniejsza była ta rozmowa – wieczorową porą, gdy wszystko staje się lżejsze, bliższe, intensywnuejsze. Zdarzały się i takie noce, gdzie wycinaliśmy niebo i upychaliśmy je w kieszeniach, później biegliśmy w galimatias przygód, a gwiazdy sypały się wesoło za nami i przynosiły uśmiech tym, których niebo zawsze zanosiło się gestymi chmurami… Bo musicie pamiętać, pozwólcie, że dorzucę coś od siebie do słynnego Kanta: niebo gwiazdziste nade mną, miłości (szczególnie do drugiego człowieka) cała masa we mnie.
Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany