Moimi idolami zazwyczaj są ludzie, którzy już nie żyją – wywiad z Hanią Rani

Hania Raniszewska – absolwentka fortepianu klasycznego na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Znana m. in. z projektu Biała flaga, który zrealizowała w duecie z wiolonczelistką Dobrawą Czocher. Laureatka konkursu Firestone Headliners Of Tomorrow. Aktualnie pracuje nad solowym projektem pod pseudonimem hania rani.

 

Michalina Bieńko: Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z fortepianem?

Hania Raniszewska: Zaczęło się od tego, że u mojej babci stało pianino. Muzyka zawsze była obecna w domu, zawsze sobie śpiewałam, muzykowałam. Moi rodzice nie zajmują się nią zawodowo, ale pokończyli też podstawowe szkoły muzyczne. Moja mama postanowiła, że może spróbujemy wybrać się na egzaminy wstępne. Pianino wybrała mi mama. Chciałam grać na skrzypcach, ale miałam chyba niedobre ręce i nie chcieli mnie przyjąć na skrzypce. Najpierw skończyłam szkołę muzyczną (12 lat) i potem jeszcze studia muzyczne (fortepian klasyczny).

M.B.: Wolisz wychodzić na scenę solo czy z zespołem?

H.R.: To zależy. Z zespołem jest tak, że oprócz tego, że każdy musi odegrać swoją partię, może wydarzyć się coś niespodziewanego między muzykami. Wydaje mi się, że to jest też interesujące w ogóle dla muzyka. Wiadomo, to jest stresujący, wyjątkowy moment. Poza tym, mam to szczęście, że zazwyczaj występuję ze swoimi przyjaciółmi – to jest bardzo miłe. Wiem, że ci ludzie wkładają w to całe serce. Najlepszym przykładem jest duet z Dobrawą. Oprócz tego, że łączy nas muzyka, naprawdę się przyjaźnimy. To jest świetne. Ale solo też bardzo lubię.

M.B.: Jakie jest Twoje największe muzyczne marzenie?

H.R.: Skończyć płytę, nad którą pracuję już od ponad roku. Jest to dla mnie dość abstrakcyjne, bo Białą flagę z Dobrawą nagrałyśmy bardzo szybko. Ale chyba po prostu to musi tyle trwać. Chciałabym już wreszcie zamknąć ten rozdział i robić nowe.

M.B.: Kiedy możemy się spodziewać premiery? 

H.R.: Mam nadzieję, że zdążę ją wydać do końca 2017 roku.

M.B.: Jaka będzie Twoja nadchodząca płyta?

H.R.: Moja płyta solowa będzie trochę taka jak ja. Robię bardzo dużo rzeczy i tak było zawsze. Nie dość, że grałam klasykę, to trochę zaczęłam coś swojego, coś w jakimś zespole. Coś dograłam, coś napisałam. Dlatego chciałam, żeby muzyka na płycie była taką, jakiej lubię słuchać. Trzonem jest pianino, bo to jest mój instrument, ale są to utwory bardzo różne. Od solowych zupełnie, poprzez instrumentalne, poprzez dodanie głosów, elektroniki… Tak naprawdę rozrzut jest ogromny. Ktoś może powiedzieć, że one się bardzo różnią od siebie, ale jednocześnie to, że w każdym jest pianino je łączy. Dla mnie to jest wyrażenie tego, co lubię.

fot. Marcin Leszczyński

M.B.: Czy uważasz, że muzyka elektroniczna dobrze współbrzmi z klasyczną?

H.R.: Ubolewam nad tym, że cały czas tak mało wiem na temat elektroniki. Dopiero niedawno zaczęłam się uczyć, poszłam na kurs. Uważam, że syntezatory i wszystko, co można wygenerować na komputerze, to są po prostu instrumenty XXI wieku i ignorancją byłoby nie skorzystać z ich możliwości, bo one dają nie pięć nowych brzmień, tylko tysiące nowych brzmień.  I to jest fascynujące. Ponadto, wydaje mi się, że instrumenty akustyczne bardzo fajnie łączą się z elektronicznymi. Powiedziałabym nawet, że wbrew pozorom muzyce elektronicznej czy  podchodzącej pod rytmiczną czy techno bliżej do akustycznej niż do rockowej, popowej. Bo jednak też jest to zwykle instrumentalna muzyka.

M.B.: Gratuluję wygranej w konkursie Firestone! Jak do niego trafiłaś?

H.R.: Przez przypadek. Aktualnie udostępniamy w sieci mój nowy projekt z polskimi piosenkami, który nazywa się tęskno. Tworzę go w duecie z Joanną Longić – wokalistką znaną jako Bemine. Znalazłam ten konkurs i uznałyśmy, że może coś wyślemy. Na mojej solowej płycie jedną piosenkę też śpiewam stwierdziłam, że ją też mogę wysłać. Chociaż była w zupełnie surowym stanie, bez mixów, bez masteringu… Wygrana w tym konkursie to było totalne zaskoczenie, bo byłam pewna, że jeżeli w ogóle, to raczej przejdzie ta piosenka z tęskno niż moja solowa.

M.B.: Dzięki konkursowi usłyszałam Twój piękny wokal w piosence today is always. Śpiewasz na płycie?

H.R.: Na płycie raczej niej. Są elementy wokalne, ale to też jest przypadek, że tam akurat zaśpiewałam. Bo nie miał kto i tak wyszło (śmiech). Jest kilka utworów, które piszę i są w nich elementy wokalne. Trochę ośmielona tą piosenką, nawet zaczęłam się zastanawiać, czy ich nie dograć. Dużo też śpiewam wokaliz, ale to jest raczej instrumentalne potraktowanie głosu niż takie piosenkowe. W myśleniu piosenkami ogranicza mnie to, że nigdy nie umiałam pisać tekstów. Zwykle warstwa muzyczna jest dla mnie istotniejsza.

M.B.: Poza Open’erem planujesz w najbliższym czasie jakieś koncerty?

H.R.: Na początku lipca będzie można usłyszeć mnie też z projektem tęskno w Warszawie, na Slot Art Festivalu i w Krakowie.

M.B.: Miałaś w dzieciństwie idola? 

H.R.: Jak postanowiłam, że zostanę pianistką, to fascynowałam się znanymi pianistami. Pamiętam, był Konkurs Chopinowski, który wygrał Rafał Blechacz – on był wtedy moim idolem. I moimi idolami zawsze będą kompozytorzy, uwielbiam Beethovena, Bacha, Ravela… Ale tak naprawdę jest ich wielu, więc wymienianie nie ma sensu. Ale rzeczywiście trochę jest tak, że przez tę edukację muzyczną ci idole są inni niż w przypadku moich znajomych. Dla mnie to są jednak zazwyczaj ludzie, którzy już nie żyją (śmiech).

M.B.: Kompozytor, który wpłynął najbardziej na Twoją twórczość? 

H.R.: Jest ich mnóstwo, ale kimś, kto zmienił postrzeganie przeze mnie muzyki jest Nils Frahm (przyp. red.: niemiecki pianista i kompozytor, łączący w swoich utworach brzmienia klasyczne z elektronicznymi). Jak go usłyszałam po raz pierwszy, to otworzyły mi się oczy, to był dla mnie szok.

M.B.: Wiele z tytułów Twoich utworów nawiązuje do miejsc. 

H.R.: To są miejsca, które zmieniły moje życie i postrzeganie świata. Na przykład bieszczady czy esja. To nawet nie są miejsca, a bardziej sposoby patrzenia i słuchania. Dzięki nim zdałam sobie sprawę, że rzeczy mają też szczegóły.

M.B.: Lubisz rurki z kremem?

H.R.: A! Jest taki utwór. Lubię rurki z kremem! A czemu ten utwór się tak nazywa… A wiesz, co lubię? Lubię rzeczy, które nie są za bardzo patetyczne. Są zwykłe, a przez to też wyjątkowe. Właśnie rurka z kremem czy słony karmel wydają mi się rzeczami, które wszyscy lubią i byłyby bardzo miłym prezentem dla każdego.

M.B.: Robisz też zdjęcia…

H.R.: Oj, to tylko amatorsko. Uwielbiam oglądać zdjęcia w Internecie. Wiem, że dużo ludzi lubi, ale ja rzeczywiście spędzam na tym dużo czasu. Zafascynowała mnie również fotografia analogowa. Trochę przez przypadek dostałam od mojego byłego chłopaka aparat. To znaczy, stał u niego Zenit, którym nigdy nie robił zdjęć i zapytałam, czy mogę wziąć. Tak się zaczęła taka moja mała pasja. Oprócz fotografii uwielbiam wszystkie sztuki wizualne, malarstwo, architekturę, rysunki… Bardzo mnie to inspiruje. Wydaje mi się, że to się łączy z muzyką.

M.B.: Inspiruje Cię architektura, a w jakich przestrzeniach najbardziej lubisz grać?

H.R.: Uwielbiam grać w kościołach, w przestrzeniach z pogłosem. W większości klubów nie ma żadnej akustyki, ale nie jestem też fanką sal koncertowych, bo to też jest raczej sucha akustyka. W Bieszczadach trafiłyśmy do starej cerkwi i to było niesamowite przeżycie. Nic nie trzeba było z instrumentami robić, szczególnie naszymi akustycznymi. One same po prostu zaczęły brzmieć, bo ta przestrzeń inicjowała dźwięk. Granie w takich miejscach to dla mnie sama przyjemność. Teraz ludzie w ogóle o to nie dbają. Wszystko się nagłaśnia, zamiast robić więcej koncertów w takich wyjątkowych miejscach. Wydaje mi się, że mogłyby wynieść muzykę na inny poziom.

Michalina Bieńko

Na co dzień nałogowo słucha radiowej Trójki. Nie wyobraża sobie życia bez muzyki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany