Grać dla dzieci

Najpierw rozgrzewam ramiona, mam rude warkocze i brązową sukienkę. Słyszę pierwsze dźwięki kołysanki i podskakuję z ekscytacji, trochę dla rozgrzewki. Zaczynam zawsze od prawej strony zastawki, na scenie czeka już na mnie poduszka. Wiem, że zaraz tam wejdę i w moją pomarańczową czuprynę wzrok wlepi kilkanaście istot, rozdziawiając swe łakome na bajkę buzie. Wczłapuję się na scenę i ziewam. Jest to chwila, w której albo mnie kupią, albo nie. Od tego mojego ziewania zależy cały przebieg spektaklu. Gest wygeneruje energię, dlatego muszę się do tego ziewania przyłożyć. Później już samo się toczy.

Pierwszy mój teatralny wyjazd rozpoczęłam od Pomorza. Zobaczyłam morze zimą oraz dużo młodych ludzi, podatnych na moje czary. I wsiąknęłam w to. Dzieci to trudna widownia, może najtrudniejsza. Nie wolno kłamać, bo wszystko wyłapią. A wtedy już klops. Choćbyś stawał na głowie, przedstawienie się nie uda. Będą się nudzić i hałasować, rekompensując sobie fakt, że ktoś zajmuje ich czas, robiąc to nieudolnie. Bajki to opowieści, trzeba je rysować całym sobą.

Jednak jeśli się przyłożysz, otrzymasz nagrodę. Trafiła mi się kiedyś bardzo żwawa widownia. Po występie zostałam napadnięta i obdarowana mnóstwem przytuleń od pięknych dziewczynek. I to jest moc! Chociaż chwilę temu zdarłam gardło, jak mogłam gniewać się po takiej dawce czułości i najpiękniejszych uśmiechów? Podszedł do mnie również chłopiec w za dużych okularach na nosie. Proszę Pani, proszę Pani, a czy ja mogę do tego bajkowego świata z Panią? Poradziłam powtarzać zaklęcie, którego się nauczyliśmy, wtedy przy każdej czytanej bajce wrócę i zabiorę go tam. Odwróciłam wzrok, a kiedy spojrzałam na niego znowu, chłopiec miał zaciśnięte mocno oczy i powtarzał z uporem cichutko: Bajko bajeczko, książko książeczko, do ciebie, do ciebie przenieść się chcę…

Są też chwile trudniejsze, na przykład o jedno mój książę za dużo. Wyłowiłam młodego amanta z widowni i okrzyknęłam go wybrankiem serca. Zabieg był fortelem, ponieważ mnie – księżniczkę gonił tygrysek z kaloszem. Jako królewna aspirowałam wyżej – na srebrnego bucika. Chłopiec nazbyt mocno przejął się narzuconą mu rolą, zaciekle bronił mnie – czarownicę: Jesteś najśliczniejszą Babą-Jagą w całym lesie!. Były też deklaracje miłości, całusy po rękach. Nie skutkowało, dlatego narażając swe życie podjął ostateczne ryzyko: Babo-Jago, ja bym chciał, żebyś mnie zjadła!. Kiedy nawet to nie pomogło, delikatnie upomniany przez mojego scenicznego kolegę, gotów był stanąć z nim w szranki. Zrezygnował i dla własnej pociechy upomniał mnie, że chyba jednak mam perukę.
A ja uwielbiam peruki. To jeden z najbardziej tkliwych i zabawnych elementów mojej pracy. Co ciekawe, nie przypisuje ich do postaci, a do moich nastrojów. Tak samo jak szybko trzeba ocenić temperaturę widowni, tak i tuż przed konkretnym występem decyduję o tym, czy Piratka-Tosia będzie dziś blondynką czy czarnulą. Pamiętajmy: peruki nadają rytm, jak zapach sceny, śmiech lub cisza widzów, oświetlenie i przestrzeń, tembr głosu, którym się danego dnia posługuję.

Najbardziej lubię poruszać widownię.Dotykanie włosów, unoszenie kaptura w poszukiwaniu magicznego ciasteczka, podnoszenie bucików, bo zaginął nam statek i szukamy jego części. Zakładam okulary i zbliżam się do zarumienionego dzieciątka, robiąc miny. Pozwalam się głaskać małym łapkom, kiedy boję się burzy i słyszę pokrzepiające: Nie bój się, Piratko-Tośko, wszystko będzie dobrze. Przez chwilę zaczynam w to wierzyć.

Bo dzieci wierzą. Kiedy jako elf próbuję pocałować bańkę mydlaną, a ona pęka mi na nosie i stroję się w niezadowolenie, wybucha salwa śmiechu – szczera, niepohamowana. W jedynym spektaklu wcielam się w trzy postaci. Na końcu, kiedy wracam jako Zosia, słyszę z publiczności: O, jesteś! Nie, nie śniłaś! Naprawdę byłaś królewną, była tu też Baba-Jaga!. Jeśli gramy scenki poważniejsze, a i tak się zdarza, angażują się. Raz chłopiec przejęty moją historią nakazał mi się uspokoić, zapewniając, że zaraz coś wymyślimy i rozwiążemy problem. Nakrzyczał także na kolegę mojej bohaterki, upominając go, aby był dla mnie nieco bardziej wyrozumiały. Wytłumaczył mu, że jestem w tarapatach i należy mi pomóc.

Do wykonywania tego zawodu jak trzeba niezbędne są: dobrej jakości pokłady energii, woda mineralna oraz dbanie o kondycję fizyczną. Bal karnawałowy dał mi w kość, ale dał też radość jak mało co innego na tym świecie. Zziajana, w przebraniu czarownicy uciekałam za zastawkę. Pierwszy raz w tej pracy zdrowo się spociłam. Zdjęłam perukę, przetarłam twarz, wzięłam trzy głębokie wdechy i sięgnęłam po łyk wody. Nagle usłyszałam zaniepokojone głosy: No gdzie ona jest? Babo-Jago! Na pewno wróci. Wiele się mówi w dzisiejszych czasach, aby znaleźć w sobie radość dziecka. W tamtej chwili na mojej twarzy mimochodem zawitała właśnie taka radość.

A więc dwie kolorowe zastawki (raczej kiczowate), parę tekturowych drzewek i namalowane na tekturze postaci z bajek, skrzynia piracka z szyszką, która okazuje się być rakietą,  książeczka z ruszającymi się literkami, które wołają: Czytaj, czytaj!; bycie ciągle w podróży, konstrukcja z wyobraźni i chęci dążenia do prawdy w zaczarowanej krainie bajek. Aby wytrwać trzeba mieć taką wiarę, że robimy małe-wielkie cuda, bo jeśli choć jednej małej duszy zatrzepocze serce, to warto. Naprawdę warto.

Magdalena Rączka

Zdjęcia pochodzą z galerii prywatnej autorki.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany