Pocztówka ze świata: nie lubię małych, sennych miasteczek

Dwa tygodnie temu odwiedzili mnie w Lizbonie znajomi. Przygotowałam dla nich na tę okoliczność listę opisanych pokrótce miejsc i atrakcji, które warto zobaczyć w mieście. Wyszła ona dłuższa niż się spodziewałam – choć z drugiej strony, nic w tym dziwnego. Lizbona jest w końcu uważana za jedną z najpiękniejszych europejskich stolic i ma do zaoferowania naprawdę wiele. Począwszy od zabytków, przez liczne muzea i miejsca związane z szeroko pojętą kulturą, poprzez duży wybór miejsc pokroju barów z tapas i kawiarni (zwanych tu pastelariami), gdzie można po prostu spędzić miło czas ze znajomymi. Grzechem jest nie wspomnieć o miejscach zwanych miradouros – są to punkty widokowe, przeważnie usytuowane na wzgórzach. Z każdego z nich roztacza się piękny widok na miasto. Jest to przemiła alternatywa na spotkania z przyjaciółmi.

Być może wspominałam już, że Lizbona nie jest duża. Przejście z dzielnicy Alfama przez Baixa, Chiado, Bairro Alto aż na Rato zajmuje może 40 minut pieszo. Odnosi się wrażenie, że wszystkie miejsca, które mają najwięcej do zaoferowania znajdują się naprawdę blisko siebie (choć sama przekonałam się o tym dopiero, gdy zaczęłam zwiedzać miasto na piechotę – studiując mapę odległości wydają się spore, jednak wcale nie odzwierciedla to rzeczywistości). Myślę, że pokochałam Lizbonę między innymi za to – jest tu naprawdę szeroki wachlarz możliwości jeśli chodzi o wszelkie formy aktywności. Mamy mnóstwo parków i zielonych przestrzeni, idealnych na pikniki. Liczne puby z muzyką na żywo, niedziele z darmowymi wstępami do muzeów, nieustanne koncerty, okazjonalne kolorowe markety… Trudno się tu nudzić!

Z wyżej wspomnianymi znajomymi postanowiliśmy wynająć samochód i pojechać na południe kraju – do Algarve. Region znany jest przede wszystkim ze swojego malowniczego wybrzeża, pokrytego białym piaskiem, w otoczeniu stromych klifów. Bardzo cieszyłam się na ten wyjazd; szczególnie, że jedna ze współlokatorek, która odwiedziła Algrave wcześniej opowiadała nam o licznych, schowanych między skałami dzikich plażach. Nasz plan zawierał więc głównie odwiedzanie przypadkowo napotkanych miejsc, które przykują naszą uwagę.

Droga na południe była naprawdę przepiękna. Bezkresne zielone wzgórza pokryte gajami oliwkowymi – taki widok ciągnął się po horyzont. Wokół było – ku mojej uciesze – praktycznie pusto. Staraliśmy się raczej nie wjeżdżać do małych miasteczek, na rzecz szukania pięknych miejsc z daleka od rzeczywistości. Właśnie podczas tego wyjazdu zdałam sobie sprawę, że te małe miasteczka to coś, czego bardzo nie lubię. Denerwują mnie miejsca, które przez cały rok są leniwie senne i ożywają jedynie, gdy przychodzi sezon turystyczny. Nie są dla mnie urokliwe; wręcz przeciwnie! Od samego myślenia, że w takim miejscu musiałabym spędzić dłużej niż dwa dni, dopada mnie profilaktyczne poczucie nudy. O wiele bardziej wolę zwiedzać większe miasta – jak Lizbona – w których zawsze jest co robić lub zupełnie odwrotnie: miejsca z daleka od cywilizacji, czystą przyrodę.

Kiedy po powrocie z Algarve znajoma zapytała mnie jakie miasteczko w regionie polecam na wakacje, nie potrafiłam odpowiedzieć. A raczej miałam ochotę powiedzieć – żadne. To piękniejsze Algarve zaczyna się tam, gdzie kończy się wpływ człowieka. Plaże schowane za wydmami, do których nie docierają turyści, bo trzeba do nich iść pół godziny piechotą; klify z dala od parkingów i punktów widokowych, do których dotrzeć można zjeżdżając z drogi w boczną, żwirową ścieżkę. Portugalska natura jest niesamowita sama w sobie i nie potrzebuje ulepszaczy w postaci turystycznych kurortów i wielkich hoteli. A o ile bardziej satysfakcjonujące jest odkrywanie jej na własną rękę!

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany