Margaret – dziewczyna, która znaczy więcej niż “Thank You Very Much”

Przymrużcie zmęczone porankiem oczy, wypuśćcie myśli w rejony związane z młodymi artystami na naszym polskim rynku i spróbujcie wskazać najpopularniejszą osobę z młodego pokolenia, która zajmuje czołowe miejsce w szeregu, dłużej niż jeden sezon.

Nazwisk pojawia się kilka, a wśród nich jest Margaret. Obecnie 25-letnia blondynka, której piosenki śpiewa się w górach i nad morzem, na zachodzie i wschodzie, a przede wszystkim – poza granicami Polski. Jej mądrze prowadzona kariera coraz częściej wykracza poza nasz kraj, czego powinniśmy jej gratulować, bo niewielu się to do tej pory udało. Grają ją we Włoszech, Szwecji, Niemczech. Małgorzata udowodniła, że nie trzeba urodzić się w bogatej rodzinie w centrum wielkiego miasta. W jej przypadku, rodzice nauczyciele i rodzinne Ińsko wystarczyło. Sama od najmłodszych lat jeździła na wszystkie festiwale muzyczne, a potem prowadziła bloga modowego, gdzie oprócz stylizacji wrzucała covery utworów znanych artystów. W sieci znaleźli ją jej przyszli producenci, którzy doceniając jej charyzmę i talent pozwolili na dalszy, teraz już profesjonalny rozwój.

Na koncie ma dwa longplaye Add the Blonde z 2014 roku i świeżutki krążek Monkey Business z początku czerwca 2017 roku. Oczekiwania były ogromne, bo i poprzeczkę postawiła sobie wysoko. Debiutancka płyta z przebojami pokroju Thank You Very Much, Wasted czy Heartbeat pokryła się platyną i w 2014 roku uplasowała się w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się płyt. Druga, bardziej dojrzała i autorska płyta Monkey Business to mocny ukłon w stronę popu i panujących na świecie trendów, stąd wszelkie porównania do zagranicznych gwiazd. Przy okazji nowego wydawnictwa, znana głównie z piosenek śpiewanych w języku angielskim, po raz pierwszy (w wersji studyjnej) zaprezentowała utwory po polsku: Nie chce oraz Byle jak.

Bałam się, że ludzie wreszcie będą mnie rozumieć. Po polsku trzeba inaczej frazować, a ja się przyzwyczaiłam do frazowania po angielsku – mówiła na spotkaniu autorskim w warszawskim Empiku. Osobiście wolę ją w melancholijnych balladach, choć cenię jej energię, umiejętności zarażania publiczności entuzjazmem i zachęcanie nawet największych ważniaków do wspólnej zabawy. Ludzie lubią bawić się na jej koncertach, a to jeden z jej zawodowych celów. Chcę sprawiać żeby ludzie się uśmiechali. Wyluzowali – przyznaje. Byłam na wielu występach i z ręką na sercu przyznaję, że umie to robić.

Jeśli jednak należycie do osób, które męczy jej, jak mawiają, żabi zaśpiew i zbyt duże podobieństwo do Rihanny, powinniście zapoznać się z piosenkami, które nie trafiły do reklam telewizyjnych i rozgłośni radiowych. Zupełnie inna jakość, moim zdaniem ciekawsza, wrażliwsza. Polecam wyszukać jej wykonania Ready for love India Arie, Ołów Grażyny Łobaszewskiej, przejmującą interpretację Kolędy warszawskiej, a nawet akustyczną wersję Start a Fire.

Często można odnieść wrażenie, że duży sukces Margaret jest niedoceniony, a w zastępstwie za gratulacje odwagi bycia sobą, życia pod prąd, często uderza w nią fala hejtu. Przerażające są anonimowe komentarze na jej temat, ale na szczęście, przez te kilka lat pracy w showbiznesie zmądrzała i ich nie czyta. Szkoda potencjału, który w niej siedzi. Chociaż wokalistka w tak młodym wieku osiągnęła wiele (więcej niż pisze się na portalach plotkarskich i w tabloidach), ogromna liczba ludzi jej umniejsza, odbiera prawo bycia artystką. Dlaczego tak jest?

Margaret to kolorowy ptak, a wiadomo, że indywidualność i oryginalność w Polsce nie są w pełni akceptowane. Spora część społeczeństwa jest nijaka, na taką bylejakość się zgadza i, mało tego, wymaga przezroczystości od innych. Artystka nigdy się jednak nie ugina i od początku swojej działalności wysyła do ludzi sygnał pod hasłem jestem dziwolągiem, lubię to i albo mnie taką chcecie, albo nie. Pięć lat w branży pokazuje, że taką ją chcieliśmy.
I słusznie! Kolorowe kreacje, czasami nazbyt dziwne fryzury i autoironia to jej znaki charakterystyczne. Żartuje, że wygląda jak wesoły menel, jej twarz przypomina patelnię, a swój niski wzrost pieczętuje z żartem: Cała moja rodzina to rodzina kurdupli

Margaret, co wielu się nie podoba, jest ulubienicą marek i (faktycznie) angażuje się w wiele ich projektów. Wszyscy chętnie zapraszają ją do współpracy, bo wiedzą, że zysk będzie murowany. Wokalistka promująca kolekcje butów, lakierów do paznokci, ubrań, popularnych napojów czy sieci telefonicznych jest gwarancją sukcesu. Ludzie lubią i ją, i jej muzykę. Dziewczyny cenią za styl i poczucie humoru, chłopcy zaś za wyjątkową urodę. Ona odwdzięcza się spotkaniami po koncertach, a z niektórymi fanami zawiązuje bliższe, koleżeńskie relacje. Dla ogromnej grupy fanów przestała być Małgorzatą, a stała się po prostu Gośką z sąsiedztwa, która stąpa po ziemi, a nie gwiazdorskiej orbicie. Wielki plus.

Powiecie: jest w stanie wcisnąć ludziom każdy badziew. Możliwe, ale to przecież wielka sztuka i, co widać w polskim showbiznesie, nieczęsta. Wybiera jednak z głową – mądrze. Reklamuje to, co jej się podoba i to, po co sama z chęcią sięga. Każdorazowo biorąc udział w spotach i kampaniach reklamowych, stawia jeden warunek: oprócz swojej twarzy i pseudonimu, udostępnia (koniecznie) swoją muzykę. Nie ma więc przypadkowych podkładów i nieznanych melodii. W miejscach, gdzie pojawia się ona i promowany przez nią produkt, rozbrzmiewają jej single. Obopólna korzyść.

Przez pięć lat Małgosi udało się skraść wiele serc słuchaczy, którzy nie tylko kupują jej albumy i wspierają we wszelakich kolejnych projektach ale, co najważniejsze, z radością spotykają się z nią podczas koncertów.

Jako osoba śledząca jej karierę, podglądająca metamorfozy (muzyczne), żałuję, że głównymi odbiorcami jej muzyki są dzieciaki, a po jej nazwisku zawsze dopisuje się autorka Thank You Very Much. Zrobiła wiele więcej niż ta piosenka i jest na dobrej drodze aby się z tej Thank You szuflady wyrwać. Wierzę jednak, że jeszcze moment, jeszcze chwila, a jej twórczość znajdzie większe uznanie wśród dorosłych odbiorców. Powoli to się zaczyna dziać. Po prostu, powodzenia!

 

Zdj. Milena Fringee

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany