Porozmawiajmy o klasyku: „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa

Monika Babińska: Bardzo się cieszę, że możemy zacząć cykl: Porozmawiajmy o klasyku… książką, która miała niebagatelny wpływ na to, jakim jestem teraz człowiekiem, kształtując mnie przez lata, w których do niej wracałam i wciąż wracam. Z czasem stała się dla mnie symbolem wkraczania na kolejne etapy emocjonalnej dojrzałości, określając to, na jakim wewnętrznie poziomie jestem, niczym narastający bagaż doświadczeń, który wciąż rozkwita i otwiera mnie na nowe, nieustannie pojawiające się tam aspekty, wywołujące późniejszą burzę refleksji. Piszę o tym już na samym początku, ponieważ przyznam szczerze, że pierwszy raz z obecnie najważniejszą książką w moim życiu, wcale nie wywołał we mnie głębszych przemyśleń. Myślę nawet, że sięgnęłam po nią za wcześnie – czternaście lat to w zasadzie dziecięcy wiek, a ja zrobiłam to z bardzo infantylnych pobudek – chciałam po prostu zaimponować mojej ulubionej wówczas nauczycielce. Oczywiście – z takim podejściem srogo się rozczarowałam i szybko zniechęciłam, bo w ogóle nie mogłam zrozumieć kontekstu, w jakim powstała ta książka, a w głowie, co wtedy zapamiętałam najbardziej, nawarstwiały mi się tylko kolejne obco brzmiące imiona bohaterów, miejsc, rozbudowane rozdziały o Piłacie… Niebotycznie się męczyłam również z samym językiem, jakim posługiwał się Bułhakow, którego to styl przecież teraz uwielbiam, nie wspominając już o tym, że o samym autorze nigdy wcześniej nie słyszałam. Dopiero kolejna lektura, dwa lata później, całkowicie mnie pochłonęła, a książka ulokowała się w moim sercu, chyba już na zawsze. Jak widać – nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, lecz na przestrzeni tych lat myślę, że to dobrze – do pewnych dzieł trzeba po prostu stopniowo dojrzewać. Wiktor, a jak było z Tobą? Jak poznałeś tę książkę i co w niej szczególnie Cię urzeka?

Wiktor Bury: Z Mistrzem i Małgorzatą po raz pierwszy spotkałem się w liceum, gdy była to moja lektura. Tak jak w przypadku każdej książki, podszedłem do niej bez jakichkolwiek oczekiwań i muszę przyznać, że nie potrzebowałem dużo czasu, by całkowicie mnie pochłonęła. Co prawda pierwsze kilkadziesiąt stron wymagało ode mnie wzmożonego skupienia, jednak im dalej w fabułę, tym powieść czytało mi się przyjemniej i z coraz większą fascynacją. Z czasem dzieło Bułhakowa zwyczajnie mnie oczarowało i zahipnotyzowało. Dużą zasługę miał w tym z pewnością specyficzny styl pisania pisarza. Niezwykle lekki i poetycki zarazem, z dużą dawką osobliwości. Sprawia on, że przez książkę się wręcz płynie, zapominając o całym świecie i nie zważając na upływające godziny. Podczas lektury zauważyłem, że zachwycam się nie tylko historią czy bohaterami, a właśnie językiem. Językiem, który powoduje, że czytelnik całkowicie przenosi się do świata powieści oraz w żaden sposób nie może (i nie chce) się z niego wydostać.

MB: W moim liceum również była to lektura, jednak omawiana tylko na naszym niewielkim rozszerzeniu, które z ogromną przyjemnością pochłaniało i zajmowało się takimi książkami, choć… Przyznam szczerze, z całym szacunkiem i sympatią do mojej polonistki, ogromnie się rozczarowałam, gdy pewnego dnia dostaliśmy kartki, które musieliśmy wypełnić na ocenę, a na nich widniały najbanalniejsze pytania, dotyczące treści. Jakoś wewnętrznie czułam wtedy, że ten sprawdzający zabieg, sztyletuje moją ukochaną książkę i zostawia jedynie marne ochłapy, wcale nie zachęcając do czytania tych, którzy jeszcze nawet nie zaczęli. Nie dziwię się –  takie sprawdzanie wcale nie nas przybliża do tego, by poznawać walory artystyczne, wyłapywać motywy i okoliczności, jakie przyświecały autorowi podczas tworzenia, a jedynie zalewa falą stresu i bezsensownych informacji, które tuż po zaliczeniu – natychmiast uciekają z głowy. Myślę, że właśnie w głównej mierze odbieranie niektórych książek zależy od tego, jak zostaną one zaprezentowane – zwłaszcza w szkole, gdzie bardzo trudno czasem przekonać młodego człowieka do tego, że książki czytamy dla własnych, intelektualnych i emocjonalnych korzyści, a nie dla dobrej oceny. Słowa to przecież magia, a te, którymi częstuje nas Bułhakow, masz rację, przenoszą nas w całkiem odmienny świat. I jeśli już jesteśmy w temacie magii… Przyznaj się – który diabelski wybryk najbardziej Ci się podobał? Jak ogólnie postrzegasz ten magiczny realizm?

WB: Michaił Bułhakow jest jednym z czołowych przedstawicieli tego specyficznego i jednocześnie bliskiego mi gatunku, jakim jest realizm magiczny. Wplatanie w świat realny elementów nierzeczywistych, wykorzystywanie baśniowych, fantastycznych motywów – tym przede wszystkim charakteryzuje się ten rodzaj literatury. W „Mistrzu i Małgorzacie” odgrywa on niezwykle istotną rolę, gdyż nie tylko urozmaica i wzbogaca fabułę, ale w znaczący sposób wpływa na wydźwięk całego dzieła. Bułhakow wykorzystuje go, aby w nieoczywisty sposób zmusić czytelnika do refleksji oraz zwrócić jego uwagę na określone aspekty. Realizm magiczny uwidacznia się przede wszystkim w postaci bohaterów – Wolanda i jego świty. Tajemnicza, iście szatańska trupa na czele z czartem w ludzkiej postaci, który w towarzystwie Behemota, czarnego kocura ludzkiej wielkości oraz Korowiowa, Asasella i Helli przechadza się po ulicach Moskwy, robi ogromne wrażenie. To właśnie ta grupa nie tylko jest przyczyną większości humorystycznych elementów całej powieści, ale również ma ogromne znaczenie dla jej wymowy. Nawet pomimo lęku i niepewności, jakie budzą w czytelniku te postaci, nie sposób ich zwyczajnie nie polubić… Jeśli chodzi o diabelskie wybryki, to w pamięć zapadł mi przede wszystkim ich występ w teatrze Varietes oraz przelot Małgorzaty nad Moskwą. Zawsze gdy sobie o nich przypomnę, na twarzy pojawia mi się uśmiech. Jednak oprócz Wolanda i jego towarzyszy, utwór Mistrz i Małgorzata pełen jest równie ciekawych i niemniej intrygujących postaci. Która z nich jest twoją ulubioną?

MB: Zdecydowanie tytułowa Małgorzata! Chyba nigdy wcześniej, ani też nigdy później w mojej literackiej podróży, nie spotkałam się z taką kobietą – tak żarliwą, silną psychicznie i zdeterminowaną. Pozytywnych przymiotników, określających jej osobę mi nie brakuje, ale – co ciekawe – tylko ta Małgorzata, jaka króluje w mojej głowie i która ożywa za każdym razem, gdy sięgam po książkę, wzbudza we mnie takie emocje. Dlatego bardzo się cieszę, że wcześniej nie byłam na spektaklu, ani nie obejrzałam żadnego z dostępnych miniseriali bazujących na Mistrzu i Małgorzacie, bo czuję, że wtedy wiele bym straciła, mimowolnie poddając się gotowym obrazom. Moja Małgorzata to zbiór wszystkich cech, jakie podziwiam u ludzi i jakich wciąż szukam w sobie samej. Jednak ta Małgorzata, którą stworzył Bułhakow, miała swój pierwowzór w realnym świecie – Jelenę – ostatnią i największą miłość jego życia. To za sprawą jej siły dzieło zostało opublikowane – niestety już po śmierci Bułhakowa. Wiedziała: rękopisy nie płoną. To ona również walczyła aż do końca o zdrowie Michaiła, które trawiła nie tylko choroba ciała, ale też pożar duszy – pisarz tak samo jak Mistrz, nie mógł poradzić sobie z krytyką, która często dotykała jego twórczość. Ponoć jednym z powodów większych zapaści był gniew Stalina po sztuce Batumi, napisanej z okazji 60. urodzin dyktatora, co jest niesamowitym paradoksem w stosunku do tematyki, jaką podjął w Mistrzu i Małgorzacie, obnażającej przecież absurdy komunistycznych struktur.
Wracając jeszcze na moment do Małgorzaty: wszystkim kobietom życzę, by miały w sobie jej siłę, niezależnie od tego, jaki przyświeca im cel. Tobie, Wiktorze, bardzo dziękuję za tę iście piekielną rozmowę i na koniec, trochę przewrotnie, jak to u nas zwykle bywa, myślę, że warto przywołać motto książki zaczerpnięte z Fausta Goethego: Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni, będącego esencją utworu, a także pewną odpowiedzią na odwiecznie zadawane pytanie: skąd bierze się zło?

Wiktor Bury

Umysł ścisły o kompletnie nieścisłych zainteresowaniach. Z biblioteki i księgarni odciągnąć go równie trudno, co z sali kinowej lub galerii sztuki. Nie śpi, bo czyta.

1 Komentarz
  1. Ulubiona książka pokoleń Polaków. Właśnie ukazała się książka na ten temat: Karolina Korcz „Cień Wolanda nad PRL”. Wydało je poznańskie wydawnictwo BONAMI

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany