Ludzie i życie – wokół 57. Krakowskiego Festiwalu Filmowego

Wszyscy amatorzy sztampowej otoczki filmowego świata, skąpanego w reflektorach popularności będą zawiedzeni. Znani dziennikarze z dużych telewizji pojechali z mikrofonami w inne miejsca, poczęstunek nie uwzględnia kanapeczek z tapendą i kiełkami, na gali zamknięcia nie było ani pereł, ani futer. Choć to ostatnie kłócić się może bardziej z pogodą. Krakowski Festiwal Filmowy to wydarzenie przemyślane,  scentralizowane na filmy i w nich rozkochane. Festiwal nie rozprasza mnogością wydarzeń towarzyszących, a w kinach możemy zapomnieć o wszystkich filmach o filmach w ramach filmów. Widz traktowany jest poważnie, a sam konkurs to nieelitarna rywalizacja, która sięga najwyższej półki. Złote smoki i inne srebrne rogi rozdane, a Kraków już niebawem zapomni o wątpliwie estetycznej identyfikacji KFF-u. I choć sama aura festiwalu nie prysła jeszcze całkowicie, to jednak kina proponują uboższy objętościowo repertuar, nikt już nie pyta publiczności o głosy, wolontariusze skończyli kariery tej edycji…

Kadr z filmu Najbrzydszy samochód świata, reż G. Szczepaniak

Krakowski Festiwal Filmowy to wydarzenie bardzo zróżnicowane. Twórcy walczą o nagrody w czterech sekcjach konkursowych. Konkurs dokumentalny to oddanie hołdu uważnemu przysłuchiwaniu się życiu i próba zmierzenia się z dotkliwą, czasem niepokojącą rzeczywistością. W Konkursie Krótkich Metraży mierzą się najmniejsze formy kinowe, zamykające całe spektrum emocji w kilkunastu minutach. Konkurs Dokumentów Muzycznych to skupienie się na tej nieuchwytnej formie sztuki, jaką jest muzyka i jej tworzenie. A Konkurs Polski jest oczywiście rywalizacją naszego rodzimego podwórka filmowego, które zadowalająco dalekie jest od głośnych nazwisk widocznych na youtubowych portalach plotkarskich. Zdecydowanie oddalamy się od buchającej natłokiem informacji reklamy, skandalików, zastanawianie się gdzie kogo możemy spotkać. Tu raczej nie zrobimy sobie selfie z drogo rozpoznawalną twarzą. W zamian za to, uściśniemy dłoń Agnieszce Zwiefce, zapytamy Pawła Łozińskiego o ulubiony film. Życie schodzi na dalszy plan, wpadamy w film z zapomnieniem o rozpraszającej rzeczywistości. A skoro tak daleko odchodzimy od mainstremu, czy łapie nas hipsterstwo? Oczywiście, wszyscy wiemy, że kult figury hipstera skończył się dobre kilka lat temu, a ci którzy wciąż pragną małoznanego raczej pojadą na Unsound. I choć może nie ma jak porównać szalonego techno do filmów dokumentalnych to z pewnością nie z tym wymuszonym kultywowaniem niszowości się stykamy. Podczas tygodnia KFF-u faktycznie czujemy, że Film gra tutaj główną rolę.

Kadr z filmu Eldorado, reż. Rui Eduardo Abreu

A absorbuje on w każdej formie. Większość dokumentów, które udało mi się zobaczyć przedstawiało obrazy samotności, próby odnalezienia jakiejś defnicji swojego świata. Widać było potrzebę określania siebie, dzikiej podróży ku stabilnym albo jakimkolwiek punktom odniesienia. Stwierdzenie, że ta potrzeba odnalezienie się w  rzeczywistości chaosu jest domeną naszych czasów zbliża już niebezpiecznie do pustego cliche albo rozpraw nad tym czym jest aktualnie wolność, więc nie będę rzucać osądów rodem z rozprawki maturzysty… Jednak nie można przeoczyć powtarzalnej tendencji upatrywania się w kamerze terapeuty. Ta usilna potrzeba pomocy spotyka się z różnymi skutkami. Niebezpieczeństwem takich obrazów jest narcystyczny dokument, który właściwie nie dociera do widza. Jest jak pamiętnik, który może powinien zostać pod poduszką. Takim dokumentem była na przykład Rodzina z plasteliny, w której uniwersum rodzinnych znaczeń nie było wyczuwalne w żadnym stopniu. To bardziej wrażenie oglądania rodzinnych kaset DVD. A takie, nawet jeśli są własne, często ogląda się z lekkim znużeniem. Z drugiej strony, Arabski sekret, dokument Julii Groszek to bardzo ciekawe spojrzenie na dwóch mężczyzn, którzy w utopijnej wersji wydarzeń powinni być najlepszymi przyjaciółmi, a w rzeczywistości stać ich tylko na suchą rozmowę. Pierwsze spotkanie dojrzałego już syna z ojcem – gwiazdą arabskiej sceny muzyki folkowej – to precyzyjna opowieść o poszukiwaniu swoich korzeni i staraniu, aby zbliżyć się do tych, z którym przecież powinniśmy być blisko. Ta sentymentalna podróż w kierunku Bliskiego Wschodu jest poszukiwaniem straconego czasu, które dodatkowo nasycają dźwięki akustycznej muzyki arabskiej.

Oczywiście, filmy dokumentalne na KFF-ie nie przypominały jedynie, że jesteśmy samotni i zagubieni. Czy opowiadając o pewnej orkiestrze symfonicznej, czy mężczyznach popijających piwo w niemieckim barze, podsłuchując rozmowy kobiety odwiedzającej swojego mężczyznę w więzieniu, zaglądając w dzikie rejony pustyni Sonora – spotykamy po prostu ludzi. Niezmontowanych, nienapisanych, nieprzebranych. Zastanawiając się oczywiście na ile stykamy się z autentycznością doprowadzi nas do rozważań nad społeczeństwem spektaklu, a stamtąd już łatwo zawrócić do samotności, więc po prostu – przez tydzień oglądaliśmy kino prawdy. Nie mowa tu oczywiście o cinema vérité, a o zwykłej życiowej prawdzie, która choć niejednoznaczna, okazuje się że może spajać nawet kilka definicji. Daje to chociaż pozór ulgi.

Kadr z filmu Kiedy Bóg śpi, reż. Till Schauder

Festiwal dobiegł końca, a wzruszeń trzeba szukać w innych miejscach. Szybkość kultury zdaje mi się być tak intensywna, jak i wykańczająca. Zaliczając więcej, szukając mocniej rozbudzamy swój głód do granic jego możliwości, a wrażenie nienasycenia jest wszechobecnym towarzyszem. Wychodzimy z openerowego koncertu i biegniemy na drugi, kilka kilometrów dalej. Odrywamy w pośpiechu teatralne bilety i nie mamy czasu, żeby przeczytać coś o tym bułgarskim nazwisku reżysera, na który spektakl właśnie idziemy. Biegamy od kina do kina, by wrócić wieczorem do tego pierwszego i zapominamy już nawet o kawie. W tym wszystkim jest pewny niepokojący pęd ciągłego, nieprzerwanego przeżywania wszystkiego bardziej niż zazwyczaj. A w końcu i to co spektakularne staje się codzienne. I chociaż wszystkie mnożące się festiwale zdrowej żywności, wędkarstwa, spotkania graficiarzy, fanów kucyków My Little Pony, czy piosenek ekumenicznych dalej będę oglądać za zasłoną sceptycyzmu to jednak chciałoby się znów zabarykadować w ciemnej sali kin i łapać codziennie po kilka niesamowitych historii prosto w swoje skrycie wrażliwe serca.

Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: radiokrakow.pl

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany