Sex, drugs i wszystkie inne kłamstwa – „Szatan kazał tańczyć”

#szatankazałtańczyć #katarzynarosłaniec #berlin #warszawa #sexdrugsrocknroll #sexdreams #sexdrugsninstagram #club27 #techno #berlinawa #party #partytime #love #firstsexsecondlove #partyhard #technolife #pozdrotechno #gobigorgohome #livefastdieyoung #youonlyliveonce #satansaiddance #collkidsofinstagram #berlinlife #fuckit #brokenartist #kreuzberg #squat #missbehave #borderline

Gdybym miała napisać recenzję pokroju filmu, prawdopodobnie wyglądałaby ona tak, jak powyżej. Młodzieńczy chaos zamknięty w kilku hasztagach, zupełnie nieznaczący i pozbawiony sensu. Wołający o jakikolwiek kręgosłup, oś, linearność. Na próżno. Tak wygląda każdy dzień na Instagramie – chwalenie się przed innymi wyimaginowanym życiem, przedstawianie przekoloryzowanych sytuacji, hiperbolizacja każdego, najmniejszego doznania. Dokumentowanie i dzielenie się dosłownie wszystkim. Moralny i społeczny ekshibicjonizm. Problem polega na tym, że na Instagramie nie znajdziemy prawdy. I ten film traktuje o tym w sposób dwojaki.

 

Katarzyna Rosłaniec, reżyser dzieła Szatan kazał tańczyć opatrzyła go chwytliwym hasłem – Sex, Drugs & Instagram, streszczając w tych trzech słowach całą fabułę. Choć słowo fabuła będzie w tym przypadku brane mocno na wyrost. Na początku projekcji na ekranie pojawia się komunikat, że historia składa się z trzydziestu sześciu przypadkowych scen. Rosłaniec kłania się tutaj pokoleniu Snapchata, w końcu adresatami filmu są osoby, które według badań naukowców nie potrafią skupić uwagi na dłużej niż kilka minut. Wszystkie obrazy widzimy w kwadratowym formacie, okraszone sporą ilością pięknych filtrów, ubrane w niesamowite stroje, wystylizowanie w myśl najnowszych trendów. I nie chodzi mi tutaj o Paris Fashion Week 2017, tylko prawdziwy, niepodrabialny streetwear prosto z berlińskiego Kreuzbergu. Akcja, chociaż to słowo jest również za duże, rozgrywa się między Warszawą a Berlinem, z małym epizodem przedstawiającym dziwny, azjatycki teleturniej. Pomimo tego, co myślę o filmie, chcę wyrazić ogromne chapeau bas dla Rosłaniec za to, jak trafnie potrafi zdefiniować, podsumować i zamknąć w kilku kadrach nasze pokolenie. Zaczynając od ubrań, poprzez ukazanie miasta, do którego lgnie cała alternatywna młodzież, aż do nagłego zafascynowania Azją – reżyser prowadzi nas przez atlas współczesnych dwudziestoparolatków niczym rasowy przewodnik.

Ale po kolei. Scena otwierająca jest moją ulubioną, a zarazem jedną z niewielu, w których nie oglądamy seksu, narkotyków, nagości, masturbacji, techno i – dla odmiany – seksu i narkotyków. Karolina (Magdalena Berus) jest w pokoju ze swoją matką (Danuta Stenka), w tle leci piosenka Papierowy księżyc Haliny Frąckowiak. Matka zachęca Karolinę do tańca, dziewczyna, z początku niechętnie, zaczyna bujać się w rytm muzyki. Ich taniec jest apatyczny – już na początku możemy się domyślić, że dziewczyna będzie typem znudzonej wszystkim, alternatywnej artystki. Ta scena ma coś w sobie – chemię, smutek, emocje, zagubienie. Nie wiem czy jest to zasługa idealnie dobranej piosenki, czy tego, że Danuta Steka jest tak genialną aktorką, że z nią nawet reklama ciastek nabiera głębszego wymiaru.

 

Karolina jest debiutującą pisarką. Niestety, na ekranie usłyszmy fragmenty jej książki, silnie stylizowane na młodą Masłowską. Zważywszy na to, że Dorota po debiucie w wieku osiemnastu lat była przez chwilę złotym dzieckiem polskiej sceny literackiej, ten zabieg ma uzasadnienie. Nie zmienia to jednak faktu, że nie da się tego słuchać. Bohaterka jest zagubiona, ma chore serce, bulimię, kompleksy z powodu młodszej, ładniejszej i zdolniejszej siostry. Zaczyna brzmieć znajomo? To nie koniec klisz w tym obrazie. Karolina próbuje uporać się z problemami, pijąc, imprezując, ćpając. Oczywiście zarówno ona, jak i wszyscy widzowie doskonale wiedzą, że taki tryb życia w połączeniu z wadą serca może doprowadzić dziewczynę nie po odbiór Nike, lecz raczej do tytułu pierwszej Polki w Klubie 27. Poza tym jej hobby to uprawienie seksu z nieznajomymi mężczyznami i masturbacja. Rosłaniec przypomina nam o tym praktycznie w co drugiej scenie, na wypadek gdybyśmy nie zdołali wywnioskować, że Karolina jest samotna, zagubiona i emocjonalnie roztrzaskana. Partner pisarki (Łukasz Simlat) to podstarzały hipster, którego ta notorycznie zdradza, nawet się z tym nie kryjąc. Marcin, bo o nim mowa, wydaje się być jedyną postacią, która zachowuje szczątki ludzkich odruchów.

Głowna bohaterka, jak większość osób z pokolenia Instagrama, potrzebuje bodźców, bo gdyby zatrzymała się chociaż na minutę, zaczęłaby myśleć o swoim życiu, chorobie, beznadziejności i braku perspektyw na przyszłość. Oczywiście boi się tego momentu, kiedy wytrzeźwieje, kiedy w jej krwiobiegu nie będzie już żadnych narkotyków. Dlatego nigdy nie przestaje, ciągle szuka wrażeń. W berlińskim metrze widzi chłopaka w dżinsowej katanie z napisem Satan said dance. Wszyscy mamy swoje demony.

To, co boli mnie w tym filmie najbardziej to ta fragmentaryczna schematyczność. Bo choć z jednej strony informacje o bohaterach musimy wyłapywać samodzielnie z poszczególnych scen, by ułożyć te rozrzucone przez reżysera puzzle, to z drugiej – postaci są tak do bólu przewidywalne, że nawet gimnazjalista po dwudziestu minutach seansu mógłby napisać charakterystykę wszystkich postaci. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że obraz staje się kliszą samego siebie. Nie ma w nim jednej sceny czy postaci, która nie jest powieleniem jakiegoś schematu. Rodzice Karoliny są tak okropnie przerysowani, że nawet Stenka i Poniedziałek nie są w stanie tego udźwignąć, choć i tak im wychodzi to najlepiej, tak samo jej pensjonarska siostra Matylda, trochę wstydliwa, trochę poukładana i niesamowicie irytująca. Nie może też zabraknąć szalonej przyjaciółki – Jagody (Marta Nieradkiewicz), z którą Karolina jeszcze więcej pije, ćpa i snuje narkotyczne wizje o upojnych orgiach z kowbojami w Teksasie. Oczywiście tylko ona ją rozumie, bo jest tak samo szalona i wyzwolona.

Kadr z filmu „Szatan kazał tańczyć”

Trzeba przyznać, że Rosłaniec pokazała w tym filmie naprawdę dużo. Po obiecujących, choć średnich Galeriankach i Baby Blues, który lepiej przemilczeć, stworzyła wreszcie dzieło przemyślane, dopracowane i względnie zamknięte. Pisząc przy tym rolę, w której Berus mogła się aktorsko wykazać. Kostiumy, scenografia, ścieżka dźwiękowa – to rzeczy, które tworzą naprawdę dobrą, jak na rodzime warunki przestrzeń, pole do budowania historii. Szczegóły są dopracowane z teledyskową precyzją, wszystko po to by widz mógł przeżywać wizualne uniesienia razem z główną bohaterką. Mamy też linię Warszawa-Berlin, co będzie plusem dla wszystkich fanów techno i tamtejszego, kosmopolitycznego stylu życia. Taco Hemingway już dawno podsumował to pokolenie słowami: Ty jedziesz zwiedzać żebyś wklepać mógł ten #Berlin. Wszystko jest na swoim miejscu.

I chyba to mnie najbardziej rozjuszyło w tym filmie. Że autorka pokazuje nam współczesne pokolenie z wrażliwością Animal Planet, przedstawiając tylko utarte schematy, do znudzenia pokazując to samo, nie dając widzowi szansy na interpretacje i wnioski. Po raz kolejny oglądamy nie film a teledysk, w pewnych momentach zapominając czy jeszcze jesteśmy w kinie, czy już wróciliśmy do swoich ajfonów z włączonym Instagramem. Aż chce się zanucić: Papierowy księżyc z nieba spadł/Umarł król, niech żyje król.

Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

2 komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany