Duże nazwiska, duże domy i duże rozczarowanie – recenzja filmu „Song to song”

Sytuacje, w których wychodząc z kina miałam kompletną pustkę w głowie, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Za każdym razem jest to nieprzyjemne uczucie – rozczarowanie wymieszane z konsternacją. Jaki ze mnie filmoznawca, skoro kino potrafi wywołać u mnie poczucie bezsensu? W myśl zasady, że najgorszym co może przytrafić się krytykowi jest obojętność wobec obrazu, postarałam się rozłożyć film Song to song na części.

Song to song w reżyserii Terrence Malicka to historia o romansach, w pełnym blichtru światku amerykańskich muzyków. To nielinearna opowieść o duszy, miłości oraz poszukiwaniu wolności. Te słowa klucze będą odmieniane do znudzenia przez wszystkie przypadki podczas przeszło dwugodzinnego seansu.

Poznajemy trójkę bohaterów rywalizujących o uwagę i miłość. Toksyczny trójkąt, który rozpada się, dokładając kolejne elementy do tej uwodzicielskiej układanki. Zresztą, fabuła zdaje się nie mieć większego znaczenia w dziele Malicka, który poszatkował historię na miniscenki, które widz może do siebie przyporządkować w zależności od inwencji. Podobny montaż zobaczymy również w kontrowersyjnych i chaotycznych Wszystkich nieprzespanych nocach Michała Marczaka. Song to song bardziej niż od strony fabularnej doświadcza się zmysłowo. Przynajmniej taka była moja interpretacyjna nadzieja…

Wniknięcie w strukturę filmu, wejście do świata Malicka, wymaga ogromnego skupienia i nakładów dobrej woli widza – by wczuć się w nurt strumienia świadomości prezentowanego na ekranie. Kolejne romanse, piękne wnętrza i jeszcze piękniejsi ludzie z czasem męczą, bo ich losy nie prowadzą do żadnych konkretnych wniosków. Jako widzowie jesteśmy przyzwyczajeni do obecności konfliktu, który czeka na ekranowe rozwiązanie, a Song to song jest pozbawiony jakiegokolwiek problemu, to film wiecznie otwarty,  nieprzerwany wizualny eksperyment.

 

Przepiękne zdjęcia zachwycają fioletową poświatą i oniryzmem. Sprawiają, że chciałoby się tam być, na tych teksańskich drogach, w tych ogromnych willach. W moim przypadku zanurzenie się w złudnym pięknie trwało tylko czterdzieści minut, potem nawiedziła mnie natrętna myśl o tym, że są to kadry wyjęte z Tumblera licealnych marzycielek, którą sama jeszcze niedawno byłam. Przez męczące ujęcia z ręki, ten film jest jak oglądanie pamiątkowego nagrania z wyjazdu do Egiptu twoich znajomych w 2003 roku na VHS-ie. Po prostu nudny i męczący.

Gwiazdorskiej obsadzie towarzyszył mocny trzeci plan, na którym można było zobaczyć między innymi Patti Smith czy Red Hot Chilli Peppers, niestety i to nie pomogło tej historii. Filmowy marazm ratuje tylko ścieżka dźwiękowa, bo gdy Michael Fassbender obłapia kolejną kobietę, w tle słyszmy zarówno Iggiego Popa, jak i Lykke Li.

Nie mogłam zachować powagi, gdy po raz kolejny na tle tych pięknych amerykańskich pocztówek z offu pojawiał się głos Rooney Mary, szepczącej melancholijne, a zarazem pretensjonalne banały pokroju: Byłam zdesperowana by poczuć coś realnego lub Każde doświadczenie jest lepsze niż brak doświadczenia. Wywody o poszukiwaniu siebie przez seks i wędrówki wgłąb duszy przerabialiśmy już w kinie nie raz, zwłaszcza w tym (poniekąd) mniej ambitnym. Na usta ciśnie się nielubiane przeze mnie stwierdzenie: przerost formy nad treścią. Z pewnością pojawią się głosy usprawiedliwiające – taki jest specyficzny styl tego reżysera! Kochani, kino autorskie nie musi (a nawet nie może!) być nudne, a zbiorowe ziewanie i oddech ulgi po pojawieniu się napisów końcowych nie należą do ulubionych doświadczeń, zarówno twórców, jak i odbiorców dzieł filmowych.

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

1 Komentarz
  1. Chciałam się wybrać na ten film, jednak po przeczytaniu tej recenzji mam wątpliwości. Może to dobrze, bo chociaż nie zmarnuje swojego czasu na coś, co może mnie rozczarować. Skoro został porównany do filmu „Wszystkie nieprzespane noce”, podczas którego miałam ochotę wyjść już w połowie, to niestety mogę spodziewać się podobnej reakcji i tutaj. Dziękuję za recenzję! Pozdrawiam.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany