Wiosna w Warszawie

To moja pierwsza wiosna w Warszawie. Było wcześniej bardzo dużo wiosen spędzonych na podróżach do stolicy, ale dopiero ta wiosna jest prawdziwie warszawska. Pachnie zupełnie inaczej niż wszystkie poprzednie wiosny, intensywniej, ciekawiej i – w końcu – prawdziwie po mojemu.

Z moich okien w Łazienkach Królewskich widok pada wprost na Pałac na Wodzie. Kawa pita w tym oknie smakuje tysiąc razy lepiej niż kawa pita gdziekolwiek indziej. Czasem mam wrażenie, że jestem daleko od Warszawy, bo po parapecie skaczą wiewiórki, kawałek dalej przechadza się sarna, a na horyzoncie widzę prezentującego się przed grupą ludzi dumnego pawia. Od jakiegoś czasu moim porannym spacerom w kierunku Teatru Królewskiego towarzyszy piosenka Nie gotujemy The Dumplings, którą zaraziła mnie moja chrzestna. Skrzydeł potrzebujemy, żeby teleportować się po Warszawie. Tyle jest przecież miejsc, które wiosną wyglądają jeszcze piękniej niż zwykle.

W maju tęsknię podwójnie za teatrem. Maj i styczeń to od lat najbardziej teatralne dla mnie miesiące. Chłonę wiosnę za oknem, ale jak powietrza potrzebuję też do życia zapachu starego drewna i kurzu, który unosi się nad sceną. Dlatego często na koniec dnia biegnę do któregoś z teatrów, by na ostatnią chwilę kupić wejściówkę na spektakl. Wędruję tak od Narodowego, do Współczesnego, od Ateneum, do Dramatycznego, od Polonii, do Polskiego, od Syreny, do Ochoty i nigdy nie jest mi dość. Lubię chodzić do teatru na wejściówki, bo lubię mieć wybór, gdzie siedzę, a decyzję o tym, z którego punktu będę oglądać spektakl, podejmuję spontanicznie, w zależności od dnia. Zazwyczaj siadam jak najbliżej sceny, by móc z bliska obserwować emocje aktorów, ale gdy akurat dopada mnie wieczorne zmęczenie spowodowane nieustannym brakiem snu, zaszywam się gdzieś w ostatnich rzędach, aby móc przymknąć czasem oczy i słyszeć tylko dochodzące z oddali słowa. Teatr daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie potrafi mi dać żaden człowiek.

Idąc Solcem, mijam antykwariat. W witrynach dziesiątki tytułów, książki pamiętające dawne lata, niektóre zupełnie mi nieznane, inne – od dawna wymarzone. Na zegarku szesnasta trzydzieści, pół godziny do zamknięcia. Nieśmiało zaglądam przez drzwi, właściciel ruchem ręki zaprasza mnie do środka. Nie zauważam nawet, kiedy zegar zaczyna pokazywać siedemnastą. Wykonuję przepraszający gest, ale starszy pan tylko uśmiecha się i macha dłonią, rozglądam się dookoła – kilku innych ludzi, ich głowy wystają ponad stertami książek, jakiś chłopczyk wspina się po krzesełku, żeby lepiej widzieć kolekcję starych, przedwojennych brulionów o samochodach. Zaglądam do portfela, nie mam żadnych drobnych (banknotów zresztą też nie, życie w świecie kart płatniczych tak właśnie wygląda), robię smutną minę, odkładam po kolei wybrane książki na półki, ale wtedy właściciel chwyta mnie za łokieć i pokazuje bankomat za rogiem. Ale przecież już od piętnastu minut powinien pan być w domu – mówię, a on patrzy na mnie zdziwiony. Tutaj jest mój dom. Biegnę do bankomatu, po drodze wchodzę jeszcze do spożywczaka, kupuję puszkę Coca-Coli i słone paluszki, przewidując to, co zrobię po wyjściu z antykwariatu – pójdę czytać nad Wisłę.

I rzeczywiście, pięć minut później idę szybkim krokiem w kierunku Syrenki, mijam ukochany Teatr Ateneum, zaglądam na chwilę, w bufecie kupuję czarną kawę, przyzwyczajona do kaw na wynos zapominam, że teatralne zwyczaje są trochę inne… Siadam więc na chwilkę i pijąc kawę, czytam kilka anegdot o artystach. Zostałabym tutaj na dłużej, ale za oknem prawdziwa wiosna – ponad dwadzieścia stopni, słońce, zapach kwiatów i dziesiątki ludzi na ulicach. A ja wiecznie tęsknię za ludźmi i za wiosną; porzucam więc teatralne mury na rzecz nadwiślańskiej trawy. Czytam, zamykam książkę dopiero wtedy, gdy robi się na tyle ciemno, że zaczynają boleć mnie oczy. Oczywiście spóźniam się na autobus, kolejny dopiero za dwadzieścia pięć minut, nie lubię czekać – ani na autobusy, ani na tramwaje, dlatego mój krokomierz każdego dnia pokazuje przebyte kilkanaście kilometrów. Dzięki temu po pięciu miesiącach mieszkania w stolicy znam ją całkiem dobrze, nie błądzę, nie potrzebuję map Google (całe szczęście – w większości przypadków nie mam Internetu w telefonie), czasem nadrabiam drogi, ale zawsze docieram do celu.

Felieton kończę, siedząc na krawężniku przy ulicy Dąbrowieckiej (dla niezorientowanych – przy tej ulicy znajduje się dom, w którym przez lata mieszkała Osiecka). Saska Kępa pachnie właśnie bzem, a ja wracam do niej tak często, jak tylko mam na to czas. Schowana za wysoką brzozą (jeszcze jej nie wycięli, w przeciwieństwie do kilku innych drzew, po których zostały tylko kawałki kory i pojedyncze gałęzie) obserwuję niedzielnych ludzi. Mija mnie chłopiec na fioletowej hulajnodze, mam małe wyrzuty sumienia, bo przyglądając mi się uważnie, nie zauważa dziury w chodniku, przewraca się i rozbija kolano. Na szczęście należy do tych, którzy nie zwracają uwagi na małe potknięcia, strzepuje piasek z dłoni i jedzie dalej, pokazując mi język. Śmieję się i wtedy na moim laptopie siada motyl – zamieram, nie chcąc go przestraszyć.

Moja pierwsza wiosna w Warszawie. Jak ja lubię… I wiosnę, i Warszawę, i zapach spełniających się marzeń. Pachnących teraz świeżo wydrukowaną gazetą, na którą wszyscy w redakcji bardzo czekamy.

 


Ostatnio podczas rozmowy przy kawie ktoś zadał mi krótkie pytanie: Dlaczego nic nie piszesz? Jak to – nie piszę? Piszę przecież codziennie setki zdań. Nowych słów wciąż przybywa w moich myślach, notuję je na przypadkowych kartkach, zapisuję w telefonicznym edytorze tekstu, codziennie rozmawiam z dziesiątkami osób, wymieniamy się e-mailami, wysyłamy sobie wiadomości, SMSy… Nic nie piszesz, właściwie cię nie ma na stronie – od razu po powrocie do domu, po całym dniu, grubo po północy, ostatkiem sił zalogowałam się na panel strony, kliknęłam w statystyki użytkowników, wyszukałam swoje imię, sprawdziłam listę opublikowanych tekstów i… Ja naprawdę nic nie piszę – pomyślałam, patrząc na dane z ostatnich miesięcy. Pojedyncze teksty, zaledwie kilkaset słów na miesiąc, a przecież jeszcze niedawno, jeszcze jesienią, było tych słów tysiące.

Dlatego wracam do felietonów.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany