Festiwal Szkół Teatralnych, młodości, radości i sztuki

Karolina: W drugim tygodniu maja Łódź już po raz 35. stała się teatralnym sercem Polski dzięki Festiwalowi Szkół Teatralnych. W wydarzeniu tym, organizowanym już od 1983 roku z inicjatywy Jana Machulskiego, niezmiennie wzięły udział Akademia Teatralna w Warszawie, Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie, Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie. Filia we Wrocławiu oraz Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna w Łodzi. W konkursie wzięło udział dwanaście spektakli dyplomowych, a występujący w nich momentami w niczym nie ustępowali starszym kolegom po fachu. Ba, główną zaletą studentów szkół teatralnych jest to, że potrafią połączyć świeżo zdobyte umiejętności aktorskie z młodzieńczą energią i świeżym spojrzeniem, które niekiedy zaskakuje wachlarzem nowatorskich pomysłów. To właśnie czyni ten festiwal tak nietuzinkowym zjawiskiem.

Iga: Przyznam szczerze, że o festiwalu usłyszałam pierwszy raz dopiero cztery lata temu, gdy zaczęłam studia w Łodzi. Nie potrzebowałam jednak długo czasu, żeby pokochać panującą na nim energię. To festiwal młodości, radości i dobrej sztuki! Dla rozpoczynających swoją aktorską przygodę studentów, to także ważny egzamin, moment zderzenia swoich wyobrażeń na temat zawodu z rzeczywistością, a także możliwość zaprezentowania się przed szeroką publicznością (wśród której zasiadają dyrektorzy teatrów, wykładowcy, krytycy teatralni), na Festiwalu Szkół Teatralnych panuje atmosfera wsparcia i przyjaźni. Oczywiście – jest rywalizacja, w końcu każdy podświadomie marzy o zdobyciu głównej nagrody, o ugraniu etatu w teatrze, o zauważeniu przez starszych kolegów po fachu, ale prawda jest tak, że festiwal to przede wszystkim spotkanie. A dla nas – widzów – możliwość obejrzenia genialnych spektakli, nierzadko lepszych od tych, których nazwy odnaleźć można w repertuarach uznanych teatrów.

fot. Filip Szkopiński / Szkoła Filmowa w Łodzi

Sebastian: Ja również zacząłem swoją przygodę z Festiwalem wraz z rozpoczęciem studiów w Łodzi. Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, była atmosfera. Nie mam na myśli tej okołofestiwalowej, ale podczas spektaklu. Reakcje publiczności, w większości złożonej z innych dyplomantów, są energiczne, spontaniczne i pełne entuzjazmu. Nie ma takiej publiczności w żadnym innym teatrze. Odbiór spektaklu, gdzie widzowie biorą tak aktywną rolę i starają się wspomóc występujących aktorów, jest zupełnie inny, o wiele bardziej pasjonujący. Od czterech lat wracam na festiwal, mając pewność, że poziom przygotowanych dyplomów, będzie na bardzo wysokim poziomie. Uczestniczę w tych spotkaniach również dlatego, że jest to swoisty głos mojego, naszego pokolenia. Obserwuję na scenie ludzi niewiele starszych ode mnie, którzy w najbliższej przyszłości będą tworzyć teatralną i filmową kulturę w tym kraju. To bardzo pozytywne emocje.

Iga: Niestety w tym roku udało mi się obejrzeć tylko małą część prezentowanych spektakli. Dotarłam na festiwal dopiero piątego dnia, biegnąc prosto z pociągu do Teatru Nowego. Trudno mi pisać więc o poziomie prezentowanych przez studentów dyplomów, mając tylko minimalne porównanie. Jestem natomiast bardzo ciekawa, jakie są Wasze odczucia? Czy rzeczywiście sztuka Do dna, która przyniosła aktorom Grand Prix i nagrodę zespołową Inwestuj w talent, była majstersztykiem? Bo takie właśnie opinie słyszałam w foyer. Że Kraków rozbił bank, że warto było czekać na takie wydarzenie.

Sebastian: Trudno powiedzieć czy poziom był większy albo mniejszy. Myślę, że zawsze jest taki sam. Oczywiście, można porównywać ze sobą dwa spektakle i powiedzieć, która edycja bardziej przypadła nam do gustu. Tylko że ten festiwal nie jest świętem publiczności i taka hierarchizacja jest niepotrzebna. Energia i zaangażowanie, które wkładają w swoją pracę kolejne roczniki, na pewno się nie zmienia na przestrzeni lat. Podczas tegorocznej edycji zmartwiła mnie tylko liczba spektakli, w których główną rolę grał reżyser. W moich oczach, to najgorsze, co może stać się młodym aktorom grającym w takim dyplomie. Niestety, nigdy nie rozmawiałem o tym z samymi aktorami.

Jeśli chodzi o spektakl Do dna, to głosy z foyer miały pełną rację (w końcu byłem jednym z tych głosów). Myślę, że nie tylko ja byłem pewny, że krakowski spektakl zgarnie najważniejsze nagrody 35. edycji FST. Ten spektakl wybrzmiał we mnie tak mocno, że zmieniłem swoje plany związane z tematem pracy magisterskiej. To było fantastyczne widowisko, głównie dzięki aktorom, którzy stworzyli to dzieło. Zdominowali ten festiwal w pełni zasłużenie.

Karolina: Niestety nie miałam przyjemności obejrzeć spektaklu Do dna, nad czym mocno ubolewam. Na pewno podobało mi się przedstawienie Poczekalnia sześć-dwa-zero. Pokazywało, jak podczas z pozoru potwornie nudnej czynności, jaką jest przeczekiwanie ulewy w lekarskiej przychodni, możemy doświadczyć pasjonujących spotkań z ludźmi i ich historiami. Opowieściami często absurdalnymi, ale pełnymi humoru i pewnej życiowej mądrości. Widowisko to kupiło mnie faktem, że została wykorzystana w nim piosenka Brygady Kryzys Centrala, którą uwielbiam. Zarówno z utworu, jak i widowiska płynęło przesłanie, że nie powinniśmy skupiać się za bardzo na przyszłości i oczekiwać przyszłego szczęścia albo wręcz nadchodzących katastrof, tylko chwytać dzień, jakkolwiek banalnie to brzmi. Również bardzo dobra była inscenizacja Wspomnienia polskie oparta na tekście Witolda Gombrowicza. Chociaż przywołane wydarzenia z życia młodego pisarza działy się w latach 20. ubiegłego wieku, to muśnięte pewną dozą uniwersalizmu, a przede wszystkim wizją aktorów-studentów, mogły spokojnie się odnosić do czasów współczesnych i aktualnego pokolenia dwudziestoparolatków.

Wracając na moment do atmosfery, to będąc na festiwalu ma się wrażenie, że wszyscy się znają – zarówno aktorzy, jak i publika tworzą jedną, wielką rodzinę. Swoją solidarność i przywiązanie publiczność wyraziła, przyznając nagrody dla najbardziej elektryzujących aktorki i aktora Mariannie Zydek i Cezaremu Kołaczowi z PWSFTViT w Łodzi. Jak oceniacie wybór jury, jeśli chodzi o nagrody aktorskie i wyróżnienia? Zabrakło Wam kogoś wśród grona docenionych?

fot. Filip Szkopiński / Szkoła Filmowa w Łodzi

Sebastian: Tegoroczna edycja festiwalu różniła się od poprzednich brakiem dużych, solowych ról. Większość spektakli zaprezentowanych na scenach Teatru Nowego oraz Teatru Studyjnego, była spektaklami grupowymi, zespołowymi. Główna nagroda, która została przyznana całemu zespołowi Do dna, potwierdza moją opinię. Osobiście jestem zwolennikiem spektakli zespołowych, bez wyraźnej solowej roli, która tworzy cały spektakl. Wolę oceniać wysiłki aktorów wtedy, gdy wszyscy mają po równo.  Czy kogoś mi zabrakło? Nie. Miałem wpływ jedynie na nagrodę Złota Żyleta, która przyznawana jest przez redakcję gazety festiwalowej Tupot. W tym roku udało się, żeby wygrała osoba, którą typowałem najczęściej – Ewa Prus. Aktorka, która nie tylko świetnie pracowała w zespole, ale również miała w sobie dużą energię, jako jednostka. Bardzo się cieszę, że mogliśmy dać jej tę nagrodę i mam nadzieję zobaczyć ją w przyszłości na scenie – podobnie jak wszystkich innych aktorów, których podziwiałem na scenie festiwalu.

Iga: Sebastian napisał, że FST nie jest świętem publiczności, a ja pokusiłabym się o jeszcze odważniejsze stwierdzenie – to nie jest też festiwal nagród. Oczywiście, w wielu wywiadach starszych aktorów przeczytać można, że zdobyta na festiwalu nagroda otworzyła im nowe drzwi, ułatwiła zawodowy rozwój… Nie można tego odmówić i nie można się z tym nie zgodzić, natomiast osobiście uważam, że nie o nagrody toczy się na tym festiwalu główna walka. Bo tak naprawdę, gdyby każdy z nas miał zadecydować o werdykcie, byłby on za każdym razem różny. To zrozumiałe, dlatego w takich sytuacjach nigdy nie zazdroszczę jury. Bo raz – że dojście do kompromisu wcale do najprostszych nie należy, a dwa – że wybrać z dziesiątek zdolnych, młodych ludzi tylko kilka nazwisk, to zadanie piekielnie trudne. Cieszę się, że jedna z nagród aktorskich powędrowała do Macieja Musiałowskiego, bo zauroczyłam się spektaklem Diabeł, który… (obejrzałam go zresztą jeszcze jesienią, a do tej pory myślę o nim czasem, gdy przypominają mi się konkretne sceny). Cieszę się, że w tym roku obyło się bez złośliwych komentarzy, uwalniających negatywną energię. Bo szkoda zatruwać zgryźliwościami tak genialne wydarzenie i atmosferę panującą podczas święta młodości i talentu!

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany