#fallintoREM – recenzja spektaklu

W zeszłym tygodniu, na deski Teatru Wielkiego w Warszawie, powrócił projekt interdyscyplinarny REM w reżyserii Piotra Hulla. Ze wstydem przyznaję, że przed spektaklem nie interesowałam się ani twórcami, ani jego treścią. Zdecydowałam się go zobaczyć z powodu intrygującego, pobieżnie przeczytanego opisu (który przeanalizowałam dopiero po powrocie ze spektaklu i cieszę się, że niczego sobie nie zaspoilerowałam). Obawiałam się raczej, że może mi się nie spodobać, aniżeli tak idealnie trafić w moje wyczucie estetyki. To, co zobaczyłam na scenie przerosło wszelkie najśmielsze oczekiwania. W ciągu niespełna godziny, miałam szansę wszystkimi zmysłami poczuć piękno.

Niecały kwadrans przed dziewiętnastą, jasno oświetlona Sala Młynarskiego nieustannie się zapełnia. Nagle słychać głos zaczynający odliczanie. Czy to próba mikrofonu? Nie, to początek spektaklu. Wielu z nas wpajano przecież od dziecka, że najlepszym rozwiązaniem na bezsenność jest liczenie baranów. Ostatni dzwonek. Zapada całkowity mrok. Na scenę wychodzi jednolicie ubrany na czarno aktor (Marcin Bosak), punktowo oświetlony białym (nieco pulsującym) światłem i rozpoczyna monolog. Początkowo trochę irytujący, ale zarazem koncentrujący na sobie całą uwagę. Bohater zadaje pytania, nie oczekując odpowiedzi. Wydaje polecenia, ale właściwie nie wiadomo komu. Swojemu alter ego czy widzom? Obnaża swoją wyobraźnię, pragnienia, lęki. A im głębiej zanurza się w senny niebyt, tym bardziej treść nabiera sensu.

Autorzy przedstawienia poruszają w nim niełatwe kwestie, związane z podobieństwem snu i śmierci – dwóch odmiennych stanów wyłączenia obecności człowieka z rzeczywistości. Czy sen to mała śmierć? Nosowska śpiewała kiedyś: Noc została wymyślona po to, żebyś mógł bez trudu oswajać się z ciemnością, która wkrótce już nadejdzie… Cóż, tak już mam, że wszystko kojarzy mi się z jej tekstami. W nich, tak jak i w spektaklu, dominuje motyw nieuchronnego przemijania czasu i ulotności ludzkiego istnienia. Śnienie związane jest z umieraniem. Jest niczym oswajanie się z nadejściem kresu ziemskiego życia, regularnym przenoszeniem się do równoległego wymiaru.

 

Tytuł REM nawiązuje do powierzchniowej fazy snu, której towarzyszą zwykle marzenia senne oraz szybkie ruchy gałek ocznych. Psychoanalitycy porównują ten stan do dialogu z samym sobą, odbywającego się na poziomie podświadomości. To doznanie psychiczne, ale i zmysłowe, rządzące się niepowtarzalną, trudną do uporządkowania wewnętrzną logiką. To właśnie ten wewnętrzny dialog jest podstawą interakcji aktora z widzem. Teksty wypowiadane przez M zawierają bezpośredni zwrot do adresata. Jednakże do samego końca nie miałam pewności w kwestii jego identyfikacji. 

Pod względem wykorzystanych środków ewidentnie jest to produkcja współczesna. REM kumuluje w sobie teatr, choreografię baletową, muzykę oraz wideo-art. Aczkolwiek mimowolnie podczas oglądania nasunęło mi się mnóstwo skojarzeń ze sztuką antyczną. Ład, harmonia, uniwersalność, synkretyzm. Tematyka przekraczająca granice znanego ludziom świata. Jeden aktor i do tego mężczyzna, wokół którego kręci się cała fabuła, a także idealne, muskularne ciała tancerzy! Widz ma szansę doświadczyć swego rodzaju katharsis. Uważnie wsłuchując i wpatrując się w to co dzieje się na scenie tu i teraz, może oczyścić się z negatywnych emocji i wszechobecnego informacyjnego szumu. Minimalizm formy można dostrzec właściwie w każdym aspekcie widowiska. Na koniec pojawia się poruszające wideo, które okazuje się klipem do piosenki Father nieistniejącego już niestety zespołu RYSY. Jednak z powodu towarzyszącego mu diametralnie innego utworu nie od razu rozpoznałam, skąd znam ten wywołujący we mnie niezwykle skrajne emocje obraz.

Spektakl fundamentują przede wszystkim liczne kontrasty i motyw cykliczności. Blask i ciemność. Dzień i noc. Czerń i biel. Początek i koniec. Jawa przenika się ze snem. Wreszcie młodość konfrontuje ze starością.

Baletowi i wizualizacjom towarzyszy, doskonała, moim zdaniem, zmysłowa muzyka skomponowana przez Martę Matheę Radwan, od której wciąż nie mogę się uwolnić. Co prawda nie znalazłam nigdzie pełnej ścieżki dźwiękowej z całego spektaklu, ale mam nadzieję, że kiedyś zdobędę ją w wersji fizycznej i będę mogła odtwarzać bez ograniczeń. Szlachetny fortepian i mgliste smyczki, ciepłe tony średnicy klarnetu, czysty sopran oraz wymowne minimalistyczne bity imitujące bicie serca. Delikatne brzmienia akompaniujące plastycznym ruchom tancerzy. Kluczową rolę odgrywa również światło (i cienie) wyreżyserowane przez Macieja Igielskiego. Kojarzy się, przynajmniej mnie, z prześwitującymi przez chmury bądź zasłony promieniami słonecznymi, które zwiastują poranek, usilnie próbując wybudzić człowieka ze snu.

Choć na początku czułam lekki niesmak, z teatru wyszłam zachwycona. Urzekła mnie przede wszystkim prostota wyrazu artystów. Niepotrzebne są patetyczne słowa, bogate stroje i  rozbuchana scenografia, by wywołać u widza ciarki wzdłuż całego kręgosłupa. A przede wszystkim skupienie. Najlepszym dowodem na sukces projektu są dość długie rytmiczne owacje oraz poprzedzająca je chwila ciszy. Dwa słowa odzwierciedlające mój stan po obejrzeniu REM? Równowaga i spokój.

Michalina Bieńko

Na co dzień nałogowo słucha radiowej Trójki. Nie wyobraża sobie życia bez muzyki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany