„A jednak potrzeba mi twoich słów i trzeba twojej pamięci” – wspomnienie Poświatowskiej

Gdyby żyła, Halina Poświatowska obchodziłaby dzisiaj swoje osiemdziesiąte drugie urodziny.  Poetka przez lata uwielbiana nie tylko przez artystów, korzystających z jej twórczości, ale i porywająca wrażliwców, zachwyconych jej upartym, choć wątłym sercem. Mogłoby się wydawać, że jej liryka to urzekająca gama uczuć i pragnień, szczególnie bliska młodym kobietom, ale jej subtelność i wdzięk potrafiły zawirować w niejednej męskiej duszy. Prawdą jest również, że w jej słowach można odnaleźć cząstkę siebie, bez względu na wiek. Przekonałam się o tym, będąc w listopadzie na Salonach Poezji, podczas których Krystyna Janda czytała wiersze Poświatowskiej w Teatrze Królewskim, gdzie nagle, wcześniej skłóceni i zaniepokojeni niewystarczającą ilością miejsc, zaczęliśmy wspólnie oddychać powietrzem nabrzmiałym od sentymentu. Skonfrontowało się wówczas kilka pokoleń, które nie wstydziło się wzruszeń, słów zachwytu i powrotów do tych wspomnień, w które najdotkliwiej trafiała poezja. Ja również należę do tego grona wzruszonych i poruszonych, choć moje pierwsze spotkania z twórczością Poświatowskiej – gdy byłam nastoletnią dziewczyną, toczącą się przez ulice w ciężkich butach i zwyczajnym fiu bździu w głowie, za wszelką cenę pragnącą zostać wierszową Julią – traktuję jako gratkę. W rzeczywistości prawdziwy okres, bardziej już dojrzałej fascynacji –  nie tylko jej poezją, ale i osobą – zaczął się w klasie maturalnej i trwa do dzisiaj.

Źródło: Wolniej.com

Wydaje mi się, że dopiero teraz rozumiem Poświatowską i często spoglądając w kierunku ściany, gdzie królują zdjęcia moich ukochanych artystów, zastanawiam się, jaki kierunek obrałaby w swojej twórczości, gdyby dożyła tych 82 lat? Czy postęp w medycynie zdołałby wyleczyć jej serce, a ona, szczęśliwie zakochana, zaprzestałaby pisania? A może z tych pożarów duszy już nigdy by nie wyrosła? Zadaję sobie te pytania, ale nie chciałabym poznać na nie odpowiedzi, bo Haśka jaką pokochałam, inspiruje swoim rozedrganym życiorysem – nierzadko pełnym sprzeczności, gdzie niesamowita zachłanność na życie, pragnienie miłości, splata się z próbą oswojenia i przezwyciężenia śmierci.

    * * *
    pytasz czemu pociąga mnie magia liczb
    liczbą wyrazić pragnę nieskończoność
    mojej tęsknoty mojej miłości chcę żeby zastygła w krysztale liczb
    żeby dni ślizgały się po niej jak
    po diamencie słońce chcę żeby trwała nieskażona mijaniem…

O tym jak działa magia słów, świadczą tomiki, które zakupione przeze mnie w antykwariatach – pełne pokreśleń, znaków zapytania, smutnych i patetycznych dopisków – potęgują dodatkowo chęć odnalezienia poprzedniego właściciela i zalania go pytaniami: Czy to wszystko już nieważne?! Bo przyznam szczerze, że i ja Poświatowską wznoszę na piedestał delikatności, mimowolnie kojarząc ją z lawendowym niebem i na wszelki wypadek suszę zebrane kwiaty tylko pośród jej poezji. Jednak mimo tych subtelnych symboli, nie zapominam o tym, jak silną i odważną kobietą była.

Urodzona w 1935 roku w Częstochowie,  ochrzczona została wbrew woli rodziców jako Helena Myga przez księdza, który uznał imię Halina za niegodne Kościoła rzymskokatolickiego, choć ona sama formalnie dokonała zmiany imienia w 1961, w domu rodzinnym zawsze była po prostu Haśką. Momentem kluczowym w jej dzieciństwie, odciskającym piętno na całym jej przyszłym życiu, było zaledwie parę dni, podczas których wraz z rodziną kryła się w piwnicy w chwili wyzwalania miasta. Niestety, niska temperatura i warunki w jakich przebywała, ściągnęły na małą dziewczynkę chorobę pozostawiającą po sobie nieodwracalne skutki. Bakterie paciorkowca, atakujące jej organizm, spowodowały zapalenie stawów, co w konsekwencji przyczyniło się do trapiącej wady serca.
 

    ***
    ptaku mojego serca
    nie smuć się
    nakarmię cię ziarnem radości
    rozbłyśniesz

    ptaku mojego serca
    nie płacz
    nakarmię cię ziarnem tkliwości
    fruniesz

    ptaku mojego serca
    z opuszczonymi skrzydłami
    nie szarp się
    nakarmię cię ziarnem śmierci
    zaśniesz

Choroba właściwie pozbawiła Haśkę wigoru charakterystycznego dla dzieci. Dorastała w końcu wśród dorosłych – męczona ciągłymi wizytami u lekarzy, wyjazdami do sanatoriów i pobytami w kolejnych szpitalach, więc zamiast bawić się lalkami, sama stała się porcelanową lalką – piękną, stateczną i delikatną. Wszelkie uniesienia, radości i smutki musiały, dla jej własnego dobra, być tłumione i zatrzymywane tylko w sferze duszy. Na jednym z takich wyjazdów młodziutka Halina poznała swojego przyszłego męża, pierwszą miłość, przyczynę pierwszych wierszy – Adolfa Poświatowskiego – studenta Łódzkiej Szkoły Filmowej, artystę. Mężczyzna jednak – tak jak ukochana – zmagał się z chorym sercem. Wkrótce para, pomimo sprzeciwu lekarzy, pobrała się, nie pozwalając na to, by piętno, jakim zostali naznaczeni przeszkodziło im w budowaniu wspólnego szczęścia. Niestety los nie na długo umożliwił im próbę sprawdzenia się w miłości i małżeńskim życiu, bo Poświatowski zmarł, zostawiając zaledwie 21-letnią Halinę wdową.

    * * *
    ta miłość jest skazańcem
    zasądzonym na śmierć
    umrze
    za krótkie dwa miesiące

    na świecie jest przestrzeń i czas
    odejdziesz ode mnie

    na świecie jest niemoc i konieczność
    nie zatrzymam cię
    żadnym pocałunkiem

Haśka przeżyła załamanie nerwowe, które połączone z wadą serca, zaczęło zagrażać jej życiu. Właśnie wtedy lekarz prowadzący podsunął jej pomysł pisania wierszy. Papier wówczas bardzo wdzięcznie przyjął pierwszą twórczość poetki, będącą wyrazem ulgi w cierpieniu, kojącą nerwy i rozkołataną duszę, a jej poezja w bardzo krótkim czasie została pozytywnie przyjęta przez krytykę. Uparte serce gnało dalej – Poświatowska nie lubiła go oszczędzać i wciąż szykowała mu nowe wyzwania, które jedynie je osłabiało. Wtem pojawiła się możliwość operacji w Stanach, gdzie po wojnie zamieszkało jej wujostwo. Dzięki zbiórce pieniędzy wśród amerykańskiej Polonii i pokryciu części kosztów przez nowojorską telewizję, przeprowadzono bardzo ryzykowną wówczas operację na otwartym sercu. Zabieg przebiegł pozytywnie, a Haśka wreszcie mogła w pełni cieszyć się życiem i nadrobić stracone lata, podczas których musiała odmawiać sobie wszelkich przyjemności.

   * * *
    więc jesteś jesteś jesteś
    daj niech sprawdzę
    niech cię dotknę raz jeszcze dłonią i ustami
    niech w oczy spojrzę chociaż najmniej wierzę
    oślepłym ze zdumienia oczom jeszcze twój głos usłyszeć chcę
    zapachem się zaciągnąć
    pojąć cię raz na zawsze wszystkimi zmysłami
    i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo
    dochodzić prawdy pocałunkami

Niedługo później, cudowna piękność, oczarowująca wszystkich bez wyjątku, podjęła kolejną bardzo odważną decyzję – zaaplikowała do prestiżowego college’u dla dziewcząt – Smith College – tego samego, do którego uczęszczała niezwykła Sylvia Plath. I mimo że Poświatowska nie znała angielskiego, dostała się na uczelnię, a jej wrodzona zaciętość, upór i konsekwencja w szybkim czasie pozwoliły opanować język. Studia trwały trzy lata, o ich ukończeniu postanowiła nie kontynuować dalszej edukacji za oceanem i wrócić do kraju. W Polsce została przyjęta na IV rok Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym czasie łamała serca, zachwycała, błyszczała na tle innych młodych kobiet, pisała i kochała, kochała, kochała…  Kochała na zapas i mam wrażenie, że każdą znajomość chciała choć trochę obdarzyć uczuciem, bo podświadomie czuła, że wraz z odnawiającą się wadą serca, śmierć rozpoczyna swój bieg. Po raz kolejny po nią.

    ***
    szukam cię w miękkim futrze kota
    w kroplach deszczu
    w sztachetach
    opieram się o dobry płot
    i zasnuta słońcem
    — mucha w sieci pajęczej —
    czekam…

Oprócz poezji przeszywającej mnie na wskroś, absolutnie wspaniała jest Opowieść dla przyjaciela – powieść utrzymywana w konwencji prozy poetyckiej ujmuje całą niespokojną postać, jaką była Poświatowska i obnaża stopień zażyłości poetki z Ireneuszem Morawskim – tytułowym Przyjacielem. I chociaż na początku rozumiałam wycofanie się Morawskiego z tej znajomości – niebotycznie zakochany mężczyzna, czuł się urażony brakiem odwzajemnienia  i wykorzystywaniem ich prywatnej korespondencji – teraz natomiast- tę szalę zrozumienia przechyliłabym na stronę Poświatowskiej. Jej życie było naznaczone lękiem, świadomością ulotności, pasmem bólu, a jednocześnie swoistą pazernością na wszystkie jego uroki. Być może tylko w słowach potrafiła znaleźć ukojenie i spokój; wiedziała, że żyć można wiecznie w pamięci innych, dlatego tak bardzo kochała i pozwalała się kochać.

Zmarła 11 października 1967 roku, a ja bardzo żałuję, że nie mogę jej powiedzieć, że będzie trwać tak długo, dopóki jesteśmy zdolni do miłości, przeżywania i poznawania.

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

2 komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany