Człowiek, którego podziwiam: Piotr Rogucki

Piotr Rogucki jest dla mnie uosobieniem słowa artysta. Jest człowiekiem o pięknej duszy, który głębiej i mocniej odbiera bodźce ze świata, dostrzegając rzeczy niewidoczne dla innych. Odznacza się niespotykaną wrażliwością, a przy tym nie ogranicza się do tylko jednej dziedziny sztuki, ale znajduje pełnię wyrazu, łącząc je i umiejętnie żonglując pomiędzy muzyką, słowem pisanym, aktorstwem i sztukami wizualnymi.

Zespół Coma odkryłam, gdy rozpoczęła się moja fascynacja muzyką rockową. Był już wtedy bardzo popularny i stawiany na tej samej półce obok takich bandów, jak chociażby Kult, Hey, Myslovitz czy Pidżama Porno. Kawałki Spadam, Leszek Żukowski czy Sto tysięcy jednakowych miast oczywiście znałam, ale muszę przyznać, że jeszcze wtedy były dla mnie mało zrozumiałe, szczególnie ten pierwszy numer. Po kilku latach stwierdzam, że do muzyki piątki chłopaków z Łodzi musiałam po prostu dojrzeć. Nabrać określonego doświadczenia jako człowiek i odbiorca sztuki, aby pojąć pewne emocje i odpowiednio je umiejscowić. Dotyczy to przede wszystkim cudownych, bogatych w liczne metafory tekstów. Mam wrażenie, że warstwa liryczna Pierwszego wyjścia z mroku, debiutanckiej płyty Comy, idealnie opisuje odczucia, które teraz mi towarzyszą. Dwudziestokilkuletni wtedy Rogucki opisał bunt i rozterki młodego człowieka w tak uniwersalny sposób, że mogą się z nim identyfikować różni ludzie.

 

Bywają zespoły muzyczne, aktorzy czy filmy, które zainteresują mnie do tego stopnia, że cały wolny czas potrafię spędzić na zgłębianiu wszelkich informacji ich dotyczących. Zdarza się to raz, może dwa w ciągu roku – jest to zawsze szalenie ekscytujący czas. Okres mojego zauroczenia kapelą Coma przypadł na wiosnę 2014 roku. Rozpoczął się od koncertu formacji w kwietniu tegoż roku w łódzkim klubie Dekompresja. Był to ostatni występ w tym miejscu, przez to pożegnalny – swoista stypa. Wiążę z tym miejscem ogrom ciepłych wspomnień. To właśnie tam byłam na swoich pierwszych w życiu koncertach klubowych. Tam również debiutowała Coma. Chociaż sam budynek był w opłakanym stanie, to panowała tam niezwykła atmosfera. Przede wszystkim tworzyli ją ludzie pełni pasji, z którymi na pokoncertowych afterparty można było powymieniać wrażenia i opinie czy pobujać się do dźwięków znanych, rockowych kawałków. Czasami tęsknie za brzydkim urokiem Dekompresji, który idealnie pasował do muzyki granej tam na żywo.

Spadam
Pomiędzy zdania
W niedorzeczności
Bez wahania
* Spadam

Ten występ był jednym z tych, kiedy dźwięki wsiąkają w każdą komórkę ciała i nie chcą go opuścić. Przełom wiosny i lata upłynął mi pod znakiem Comy w głośnikach, aż do pamiętnego, jubileuszowego występu grupy na festiwalu w Jarocinie. Piątka muzyków z Łodzi świętowała wtedy 10-lecie swojej debiutanckiej płyty, Pierwsze wyjście z mroku. Był to cudowny wieczór, podczas którego artyści zaprezentowali całą tracklistę z tego krążka. Od tego czasu jestem na każdym koncercie kapeli. Chociaż w trakcie domowego słuchania kawałków Comy zwraca się uwagę na każde, pięknie zestawione z innymi słowo i najbardziej dopracowane linie melodyczne, tak na koncertach muzycy stawiają przede wszystkim na ogromną energię i dobrą zabawę z publicznością. Przez te dwie godziny zapomina się o wszelkich codziennych sprawach i troskach. Jest się tu i teraz, aby poczuć piękno i naładować akumulatory na dalsze zmagania.

Zapomniałem nakręcić czas
Zapomniałem rozpocząć nowy dzień
W zagubionej przestrzeni trwam
* Piosenka pisana nocą

Nie można zapominać o solowej działalności Roguckiego, który wydał trzy krążki sygnowane swoim nazwiskiem: Loki – wizja dźwięku, 95-2003 i najnowszy koncept album J. P. Śliwa, będący połączeniem muzyki, tekstów i sztuk wizualnych, a który doczekał się wystawienia na deskach teatru w reżyserii Romy Gąsiorowskiej. Aktorzy poznali się, gdy oboje studiowali na PWST w Krakowie, bo Roguc oprócz działalności muzycznej zajmuje się również aktorstwem i teatrem, choć w dużo mniejszym wymiarze. Kilkukrotnie próbował dostać się do łódzkiej Filmówki, ale niestety nie został przyjęty. Jednak podziwiam jego niezłomność ducha, ponieważ nie porzucił swoich pragnień i dzięki ciężkiej pracy w końcu dostał się na wymarzony wydział aktorski. Szkoda, że dość rzadko możemy go oglądać na małym czy wielkim ekranie, bo dzięki swojej charyzmie i nietuzinkowej ekspresji świetnie sprawdza się w tej roli. Rewelacyjnie wypadł w filmie Skrzydlate świnie, gdzie zagrał obok Pawła Małaszyńskiego i Olgi Bołądź historię zapalonych kibiców małego klubu piłkarskiego w Wielkopolsce. Przyjemne kino, okraszone oczywiście muzyką Comy.

 

Jeszcze nasycam się powietrzem
oddechy przenajświętsze karmią serce przez nos
później, późnym popołudniem gdy cienie będą dłuższe i smutniejsze niż są
później, przeczuwam to podskórnie…
wszystko nagle utnie się
przemieli na proch…
* Ekhart

Piotr Rogucki jest dla mnie ważny również z innego, istotnego powodu. To z jego osobą są związane moje początki w dziennikarskim fachu. Relacja z tego pamiętnego koncertu Comy w Dekompresji była jednym z pierwszych tekstów, jakie zostały opublikowane na pierwszym portalu internetowym, z którym podjęłam współpracę. Z Rogucem przeprowadziłam też swój – co prawda nie pierwszy, ale myślę, że na pewno bardziej samodzielny i dojrzalszy od moich wcześniejszych prób – wywiad. Możliwość rozmowy ze swoim muzycznym autorytetem była dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Może zabrzmi to zbyt górnolotnie i na pewno trochę banalnie, ale poczułam wtedy swoiste porozumienie dusz. Muzyk powiedział wtedy jedno pamiętne zdanie, które utkwiło mi w głowie
To jest taka wewnętrzna potrzeba dążenia do miejsca, które nigdy nie zostanie odkryte.
Chyba właśnie na tym polega istota sztuki, aby ciągle poszukiwać i odkrywać nowe zarówno w głębi siebie, jak i w świecie zewnętrznym.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany