Lars von Trier – outsider kina artystycznego

Natalia: Przez wiele lat nie miałam styczności z żadnym z filmów duńskiego reżysera – Larsa von Triera. Aż wstyd się przyznać, ale o jego nazwisku – do klasy maturalnej – nawet nie słyszałam. Przez zbieg okoliczności obejrzałam jeden z jego filmów Dogville z Nicole Kidman oraz Stellan’em Skarsgård’em w rolach głównych. W tym filmie Trier opowiada historię młodej kobiety – Grace, która przybywa do małego miasteczka Dogville, jest ścigana przez niebezpiecznych gangsterów i szuka kryjówki. Tom, który uważa się za przywódcę miasteczka, po dość długich rozmowach, w końcu namawia mieszkańców, by zgodzili się pomóc kobiecie. W podzięce dziewczyna ma pomagać każdej rodzinie. Kiedy zaczynają wychodzić na jaw sekrety z jej życia, zostaje w coraz częstszy i bardziej okrutny sposób wykorzystywana przez społeczeństwo. Pomimo cudownej gry aktorskiej, to scenografia najbardziej mnie zachwyca. Poprzez minimalistyczne środki reżyser starał się, aby główna uwaga widza została skupiona na fabule. Tak, to był film, który zdecydowanie mnie poruszył. Od pierwszej chwili poczułam, że moja przygoda z twórczością Larsa von Triera, dopiero co się zaczyna i na pewno nie skończy się szybko. A Ty, pamiętasz jak rozpoczęła się Twoja przygoda z filmami Larsa?

Adrian: Oczywiście, że pamiętam. Miałem w swoim życiu taki moment, w którym założyłem sobie, że fascynacja światem filmowym czy też telewizyjnym, nie będzie tylko pasją, ale także czymś zdecydowanie więcej. Zazdrościłem ludziom, którzy w telewizji czy na łamach popularnych magazynów, z niekłamaną radością opowiadali o galach rozdania nagród, filmowych festiwalach, kolejnych projektach najważniejszych nazwisk kinematografii. Zrobiłem wtedy listę osób, którym chciałbym się przyjrzeć, gdy już na tyle rozwinę sobie ten zmysł postrzega świata, by móc zrozumieć wszystkie wartości przemycane w ich dziełach.

Jednym z nich był właśnie Lars von Trier, który oferował mi to artystyczne rozwinięcie świata. Pierwszym filmem, który przyszło mi zobaczyć był Antychryst – niełatwy film sfilmowany w dosyć anachroniczny sposób, przedstawiając historię pary kochających się ludzi w między innymi czarno białych kadrach. Portretowanie ludzkiego lęku i strachu podszytego szczyptą wizualnej pornografii sprawiło, że w 2009 roku na ekranach światowych kin wyszedł kolejny obraz von Triera, który obraził połowę ludzkości swoją szczerością, nagością i bezpretensjonalnością. Reżyser wyszedł z pola tabu ukazując publice, że nowoczesna nauka o duszy sprowadza się w pewnym sensie do kopulacji i umierania.

W Antychryście pierwsze skrzypce odgrywają Willem Dafoe oraz Charlotte Gainsbourg, która już od pierwszych scen włada obrazem nie pozostawiając zbyt dużo miejsca swojemu partnerowi. Jest to jedna z tych charakterystycznych cech kinematografii Larsa von Triera – usytuowanie postaci kobiecej w obcym dla podświadomości widza miejscu i czasie, ukazując jak sobie w nim radzi. Skoro jesteśmy przy pannie Charlotte – co powiesz Natalio o Nimfomance?

 

Źródło: Giphy

 

 

Natalia: Nimfomanka, to film składający się z dwóch części. Muszę przyznać, że dwa razy podchodziłam do tego dzieła. Pamiętam, że za pierwszym razem, nie byłam w stanie oglądać drugiej części, co chwile ją przewijałam, przewijałam i tak do samego końca. Pół roku później przymierzyłam się jeszcze raz, tym razem nie pominęłam żadnej ze scen. To dla mnie tego rodzaju dzieło, w którym nie można jednoznacznie zająć którejś ze stron i powiedzieć: Tak, ten film bardzo mi się podobał jest idealny czy Nie, ten film to gniot. Jest kilka wątków, scen oraz spraw technicznych, które niesamowicie mi się podobały, a także przykuły moją uwagę podczas oglądania Nimfomanki. Zarówno tej pierwszej, jak i drugiej części. Po pierwsze, to bardzo inteligentnie wykorzystane utwory muzyczne, nie ma utworu, który znalazłaby się tam przez przypadek, jak na przykład Jazz Suite, Waltz No. 2 – Dmitria Shostakovicha. Następnie, w I części ta mała-wielka rola Umy Thurman, jako Pani H. Ta, w rewelacyjny sposób zbudowana postać psychologiczna, przykuła moją uwagę i za pierwszym razem i za drugim. I trzecia, i najważniejsza dla mnie sprawa, to oczywiście Charlotte Gainsbourg jako Joe. Należę do tych osób, które bardzo  podziwiają zdolności aktorskie tej kobiety i podczas każdej oglądanej z jej udziałem produkcji, nie mogę doczekać się aż na ekranie pojawi się postać przez nią grana.Sporo czytałam na temat roli Charlotte, bardzo często spotykałam się z recenzjami, że to nie rola dla tej aktorki, że Stacy Martin jako Młoda Joe, wypadła zdecydowanie lepiej. Jednak, to jest to, co tak bardzo podziwiam w filmach Larsa von Triera. On z bardzo dużą świadomością wybiera swoich aktorów, praktycznie za każdym razem trafiając. Obsadzenie Gainsbourg oraz Stellan Skarsgård, uważam za strzał w dziesiątkę.

Adrian: Dla mnie Nimfomanka to obraz w połowie udany. Eksperyment podzielony na dwie części wydaje się ambitnym dziełem, który gdzieś po drodze zatracił artystyczną wartość. Obraz zdaje się przedłużać to, co było zaznaczone już w Antychryście – kobiece pragnienia, słabości i wyolbrzymiona chęć doświadczania niekończących się momentów ekstazy, może okazać się zgubną drogą do poznania tej najważniejszej odpowiedzi, której poszukujemy w życiu: Kim tak naprawdę jestem? Jeśli pierwsza część zgrabnie lawiruje gatunkami, ukazując właśnie te poszukiwania, dojrzewanie – tak druga część wpada w pułapkę zalet jedynki – wielogatunkowość uwypukla pustkę scenariuszową, co w przypadku dzieł tego reżysera jest niezwykłą rzadkością.

Muszę Ci przyznać Natalio, że najlepiej ogląda się Larsa von Triera w kinowym fotelu. Wszystkie jego filmy obejrzałem w Kinie Nowe Horyzonty, które umieszcza je w różnych sekcjach festiwalowych (American Film Festival czy T-Mobile Nowe Horyzonty). Intymność odbioru jego dzieł jest wtedy zwiększona, a doznania w pełni trafione.

 

Źródło: Giphy

 

Natalia: A ja Ci muszę powiedzieć, że chyba nie byłabym w stanie oglądać filmów von Triera z kimkolwiek, tym bardziej w kinie. Za każdym razem jego filmy oglądane są przeze mnie w samotności, to pozwala mi bardziej skupić się na jego dziele, jeszcze mocniej go doceniając. Nie widzę siebie w sali kinowej, z setkami ludzi podczas oglądania Przełamując fale. Czuje, że w ciągu tych 2 godzin i 40 minut, na pewno znalazłaby się taka osoba, która w końcu zwróciłaby mi uwagę na to, że ma dosyć mojego płaczu. Teraz już całkiem poważnie, wyżej wspomniany przeze mnie film uważam za kolejne arcydzieło w dorobku artystycznym reżysera. A obsadzenie Emilly Waston jako Bess – mistrzostwo. Wszystkie sceny w kościele i rozmowy Bess z Bogiem, to dla mnie coś nie do opisania. Siedziałam w moim krakowskim pokoju, przy zgaszonym świetle wsłuchując się w każde jej słowo i czułam jak moje usta otwierają się z zachwytu. Muszę Ci się przyznać, że ostatnie pół godziny filmu sprawiło, że przez dobre kilka dni nie mogłam znaleźć sobie miejsca, myślami cały czas powracałam do scen wcześniej ujrzanych.

Adrian: Masz rację. Dokładnie pamiętam swoją pierwszą relację na Przełamując fale. To film, który w pewien sposób niszczy psychicznie swojego odbiorcę. Zaprowadza go w ten niebezpieczny obszar jego umysłu, gdzie ciężko o jakikolwiek komfort. Szybko uosabiasz się z emocjami płynącymi z ekranu. Warto zauważyć, że większość dzieł von Triera ma poważny ładunek emocjonalny, który w niełatwy sposób próbuje stoczyć walkę ze światem rzeczywistym, w którym żyjemy my jak i sam reżyser.

Widać to niesamowicie w Melancholii. Jakie było Twoje pierwsze słowo, gdy wyszłaś z seansu tego filmu?

 

Źródło: Giphy

 

Natalia: O! To dosyć trudne pytanie. Melancholię obejrzałam stosunkowo niedawno, bo z początkiem stycznia. Pamiętam, że do zobaczenia tego filmu zachęcił mnie Twój komentarz na FilmWebie: Moje arcydzieło. Wtedy poczułam, że muszę się o tym przekonać. Napisałam wcześniej, że to trudne pytanie, bo podczas oglądania miałam mieszane uczucia. Z jednej strony, znowu fenomenalna dla mnie Charlotte Gainsbourg i chłopiec grający małego Leo, a z drugiej Kristen Dunst, której w pierwszej części nie do końca mogłam uwierzyć. Pamiętam, że dosyć mocno uderzyła mnie scena, w której Justin podczas jednej z jazd konnych zaczęła bić konia. Jednak po ostatniej scenie na pewno moja reakcją było niedowierzanie. Ostatnie minuty były dla mnie naprawdę magiczne i dosyć często przed oczami pojawia mi się ten końcowy obraz. Ale jak to zazwyczaj jest z filmami Larsa, naprawdę na mnie oddziałują, skłaniają do refleksji, i co najważniejsze wzruszają. Pamiętam, że kiedy skończyłam oglądać Tańcząc w ciemnościach popłakałam się jak małe dziecko, bardzo długo nie mogłam się uspokoić. A wzruszenia poszukuje w każdego rodzaju sztuki, także w filmie, pewnie dlatego dzieła reżysera tak mocno do mnie trafiają i tak je cenię. Swoją drogą, w 2018 roku ma wyjść najnowszy film von Triera, już naprawdę nie mogę się go doczekać.

 

Żrodło: Giphy

 

Adrian: Moim filmem Larsa von Triera jest właśnie Melancholia. Od początku do końca wytrwałem na seansie w takim samym napięciu. Nie potrafię Ci wytłumaczyć w jaki sposób on na mnie oddziałuje – ale jak zresztą zauważyłaś, na FilmWebie nazwałem Melancholię moim arcydziełem. Złożoność psychiczna postaci, wspaniała muzyka oraz poetyckość obrazów przedstawionych w tak surrealistycznym splocie fabularnych wydarzeń sprawia, że ten film jest magicznym wydarzeniem w moim życiu .
Nowy film duńskiego reżysera ponownie skupi się na postaciach złamanych przez życie, które współoddziałują na otoczenie, w którym żyją. Nie mogę się doczekać!

Adrian Nowacki

Lubi filmy oglądać i o nich pisać.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany