Człowiek, którego podziwiam: Andrzej Seweryn

Nie lubię pisać o ludziach, o których wszystko zostało już napisane. Frustruję się, mnożę w myślach znaki zapytania, mam ochotę schować głowę w piasek i skapitulować. Nie lubię pisać o ważnych dla mnie ludziach, bo zawsze mam poczucie, że napisałam za mało albo zwyczajnie źle i wstydzę się potem tych słów, których nie można już cofnąć. Jednocześnie mam świadomość tego, że słowo w moim – dziennikarskim – przypadku jest najwyższą wartością, którą powinnam wykorzystywać zawsze, gdy chcę podzielić się z innymi czymś istotnym. Dlatego dziś, pomimo wielu obiekcji, usiadłam do napisania tekstu o Andrzeju Sewerynie.

Aktora poznałam kilkanaście lat temu. Zafascynowana twórczością Andrzeja Wajdy, z uwagą śledziłam wszystkie jego filmy. Mógł być to rok 2004 albo 2005, nie potrafię wskazać konkretnej daty, jestem jednak przekonana, że do najnowszych ówcześnie filmów Wajdy zaliczano Pana Tadeusza i Zemstę. Zarówno w jednej, jak i w drugiej ekranizacji wystąpił bohater tego tekstu – Andrzej Seweryn. Co zobaczyłam na ekranie najpierw – epopeję Mickiewicza czy komedię Fredry? Czy zachwycił mnie Sędzia, czy Rejent Milczek – odpowiedzieć nie potrafię. Wiem za to, że Seweryn to moja najdłuższa aktorska miłość, a przez to – największy, po Wajdzie, nauczyciel sztuki. Że gdyby nie on, nie byłabym zapewne w tym miejscu, w którym jestem i nie rozkochałabym się do tego stopnia w teatrze.

Apogeum mojej fascynacji aktorem to przełom gimnazjum i liceum. Miałam szczęście, bo ta fascynacja znacznie ukształtowała mój gust – wtedy jeszcze niesprecyzowany, młodzieńczo naiwny. Od zawsze interesowałam się historią, szczególnie bliskie były mi czasy PRL-u, więc z radością zareagowałam na wiadomość o pojawieniu się w kinach Różyczki. Nie spodziewałam się jednak, że ten film stanie się dla mnie tak ważny i że tak często będę do niego powracać. Adam Warczewski – postać grana przez Seweryna – to znany pisarz, który wdaje się w romans z kobietą nasłaną na niego przez UB. To historia wzruszająca, w której na pierwszy plan nie wysuwa się wcale ani historia, ani polityka, lecz człowiek i jego – często sprzeczne – emocje. To smutny obraz uświadamiający widzom, że każdy musi zapłacić za podjęte decyzje, choć nie zawsze jest to sprawiedliwa zapłata. Ilekroć oglądam końcowe sceny Różyczki, płaczę jak dziecko, dziękując w myślach reżyserowi, Janowi Kidawie-Błońskiemu, za stworzenie właśnie takiego filmu, właśnie w tamtym konkretnie momencie – w 2010 roku.

Pisząc o filmowych rolach Seweryna, nie mogę nie wspomnieć o starszych filmach, takich jak moja ukochana Ziemia obiecana Wajdy (która zyskała dla mnie na wartości przez ostatnie trzy lata, które spędziłam w Łodzi) czy Roman i Magda Chęcińskiego (odkryty przeze mnie stosunkowo niedawno, co dziwi tym bardziej, że to jedna z lepszych ról aktora). To także Dyrygent, do którego mam szczególny sentyment (i niech mówią, co chcą – ja trzymam stronę Bergmana, który umieścił Dyrygenta na liście 11 filmów, które zrobiły na nim największe wrażenie) i Prymas – Trzy lata z tysiąca, który uważam za potwierdzenie tezy, że Seweryn został stworzony do pierwszoplanowych, wymagających roli męskich, bo – nie oszukujmy się – zagranie prymasa Wyszyńskiego do najłatwiejszych zadań nie należało. Ulubione filmy z udziałem Seweryna mogłabym mnożyć i mnożyć, jednak niezaprzeczalnie ostatnie miesiące upłynęły mi pod znakiem Ostatniej rodziny.

„Ostatnia rodzina”

Gdy tylko dowiedziałam się o produkcji filmowej, w której główną rolę – Zdzisława Beksińskiego – zagrać miał właśnie Andrzej Seweryn, odliczałam z niecierpliwością dni do premiery. Co zabawne – miałam nawet propozycję pracy na planie Ostatniej rodziny, pech chciał jednak, że zdjęcia nakładały się na mój wyjazd na wymianę studencką do Pragi. Żałowałam od samego początku, bo co do filmów, w których gra Seweryn nie mam nigdy wątpliwości – z góry zakładam, że będzie to coś wybitnego. W przypadku Ostatniej rodziny także nie pomyliłam się w przedpremierowej ocenie, o czym świadczą chociażby wszystkie nagrody, jakie zdobył film, a także nagrody, które za swoją genialną rolę otrzymał aktor. Film udało mi się obejrzeć przedpremierowo na Festiwalu Filmowym w Gdyni. To była jedna z pierwszych projekcji – poranna, w kameralnym kinie Gdyńskiego Centrum Filmowego. Byłam niewyspana i zmęczona, bałam się, że zasnę w czasie trwania filmu, ale jednocześnie wiedziałam, że muszę obejrzeć go jak najszybciej i nie było opcji, żebym zmieniła rezerwację na późniejszą godzinę.

Kiedy dwie godziny później, wychodząc z sali podsłuchiwałam, co ma do powiedzenia – tuż po projekcji, na gorąco – Grażyna Torbicka (której reakcje miałam szansę obserwować także na bieżąco, siedząc tuż obok niej), pomyślałam sobie, że jest to film wyjątkowy, do którego na pewno powrócę jeszcze nie raz i nie dwa. Czułam wdzięczność do reżysera – Jana Matuszyńskiego, do autora zdjęć Kacpra Fertacza i – oczywiście – do Andrzeja Seweryna, którzy pokazali mi świat Beksińskich od dotąd mi nieznanej, wzruszającej i przerażającej jednocześnie strony. Praca, jaką wykonał w tym filmie Seweryn to absolutny majstersztyk, a jej efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania (które automatycznie względem tego aktora są u mnie zawsze ogromne). Myślę, że prawdziwym sukcesem, jak również sprawdzianem aktorskim umiejętności jest doprowadzenie widza do sytuacji, w której ten zapomina, że za kamerą stoi aktor, widząc w nim konkretnego bohatera. Często bywa niestety tak, że im bardziej jakiegoś aktora się podziwia, tym trudniej to zapomnienie przychodzi. Mimo całej mojej miłości do Seweryna, przez cały czas trwania Ostatniej rodziny na ekranie widziałam Zdzisława Beksińskiego. Wygląd, sposób mówienia, poruszania się – te wszystkie elementy, szczegółowo dopracowane, tworzą zachwycający portret malarza.

„Król Lear”, Teatr Polski

Choć piszę tu wiele o filmowych rolach Andrzeja Seweryna, aktor kojarzy mi się jednak przede wszystkim z teatrem. Na teatralnych deskach zobaczyłam go dużo później niż na ekranie, wszystkie zaległości nadrobiłam jednak w ekspresowym tempie (jest jednak jeden tytuł, na który nigdy nie mogę dotrzeć, a który najbardziej mnie ciekawi – Szekspir Forever!). Z czułością wracam do Króla Leara, wyczekuję Szkoły żon w repertuarze i szukam świętego spokoju w Krappie i dwóch innych jednoaktówkach. Mam też takie małe marzenie, które urasta do potężnych rozmiarów szczególnie w momentach permanentnego stresu i zmęczenia – chciałabym w każdej chwili mieć możliwość schowania się w ostatnim rzędzie, na widowni, i pijąc kawę, oglądać cały dzień spektakle z udziałem Seweryna. Teatr Polski to moja prywatna ostoja, do której uciekam by naładować się energią i przypomnieć sobie, że nic nie daje mi takiej radości jak Sztuka przez duże S. S jak Seweryn, rzecz jasna.

Niestety coraz mniej jest aktorów – szczególnie młodego pokolenia – którzy potrafią pięknie mówić. Pięknie, czyli wyraźnie, z nienaganną dykcją i – przede wszystkim! – poprawnie. Może dlatego tak bardzo lubię słuchać Seweryna. Oprócz czystego głosu zachwyca polszczyzną, która odchodzi powoli w zapomnienie, ustępując miejsca niedbałej mowie, ukwieconej licznymi skrótami, anglicyzmami i wyszukanymi przekleństwami. To w jaki sposób aktor się wypowiada, w jaki sposób opowiada o teatrze, filmie, polityce, zwyczajnym życiu – kupuje mnie w stu procentach. Dlatego każda informacja o spotkaniu z artystą jest dla mnie niczym dobra nowina, bo chociaż znam na pamięć prawie wszystkie opowiadane historie i wspomnienia, Seweryna mogłabym słuchać bez przerwy, niczym ulubionego zespołu.

Gdyby nie Seweryn, przypuszczam, że nigdy nie rozkochałabym się do tego stopnia w Szekspirze (dziś mogę przysiąc, że za humorem i ponadczasową mądrością dramaturga poszłabym na koniec świata). Nie sięgnęłabym po listy Mrożka (po jednej z debat w Teatrze Polskim na temat aktualności Mrożka w teatrze, pobiegłam szybko do pobliskiej księgarni, obiecując sobie poszerzyć wiedzę na temat dramatopisarza, którego wcześniej traktowałam po macoszemu tylko przez to, z jakim szacunkiem wypowiadał się na jego temat Seweryn), nie powróciłabym do Wesela Wyspiańskiego (kostiumy z Wesela w Teatrze Polskim urzekły mnie tak bardzo, że zapragnęłam nagle zweryfikować swoje sądy, co do licealnej lektury), nie obejrzałabym kilkakrotnie Pana Tadeusza i nie poznałabym tak dogłębnie historii Beksińskiego. Byłabym po stokroć większą ignorantką, bo – przyznaję się do tego z ręką na sercu – po wiele dzieł sięgnęłam tylko dlatego, że w tym czy tamtym wywiadzie wspomniał o nich aktor.

Podczas spotkania w Instytucie Teatralnym Andrzej Seweryn kilkakrotnie podkreślił, że młodzi ludzie rzadko mają teraz swoich teatralnych mistrzów. Kilka miesięcy później na spotkaniu na Uniwersytecie Warszawskim żartował z nieobecności młodzieży w Teatrze Polskim. Tymczasem moja kilkunastoletnia fascynacja trwa, każde teatralne spotkanie owocuje rozbudzeniem we mnie chęci zmieniania przez sztukę świata, a we wszystkich możliwych kwestionariuszach i ankietach przy pytaniu o autorytet wpisuję od lat to samo nazwisko. Ktoś w komentarzach na Filmwebie napisał: Holoubek i Zapasiewicz odeszli, został Seweryn, więc go kochajmy. A ja z pełną świadomością podpisuję się pod tymi słowami.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany