Człowiek, którego podziwiam: Martyna Wojciechowska

Gdyby dokładnie prześledzić nazwiska wpływowych kobiet w Polsce, które pracują w mediach nie dlatego, że są pięknymi wydmuszkami bez zasobów intelektualnych w środku, ale dlatego, że mają coś do powiedzenia, dużo przeżyły, dużo widziały i potrafią (chcą) się tą wiedzą dzielić z innymi, pozostałoby dosłownie kilka jednostek. Wśród nich jest ona – Martyna Wojciechowska.

Wysoka blondynka z Warszawy, dziennikarka, podróżniczka, która od dwudziestu lat jest największą ambasadorką powiedzenia: Niemożliwe nie istnieje; która według tego motta działa i – mało tego – zaraża działaniem innych. I słusznie!

Martyna Wojciechowska ma za sobą wiele sukcesów i osiągnięć, ale to cykl reportaży w stacji TVN pt.: Kobieta na Krańcu Świata sprawił, że uznałam ją za osobę, którą trzeba znać i śledzić jej dalsze poczynania. Miałam piętnaście lat, kiedy w stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu o Wenezueli, traktujący o tamtejszej maszynie do robienia pięknych, sztampowych miss, które zebrane razem, wyglądają jak karykatury siebie nawzajem. Właśnie wtedy, 20 września 2009 roku, poczułam, że oto telewizja podarowała mi (wreszcie) dziennikarkę, która mówiąc wprost – przybliży mi świat. Przez odbiornik zabierze mnie do innych kultur, różnych wyznań, odmiennych światopoglądów, a to wszystko pokaże przez pryzmat żyjących tam kobiet. Nie siląc się na bycie piękną (w stereotypowym tego słowa znaczeniu) i na przymus zabawną. Wojciechowska jest autentyczna i to mnie porywa. Chcę jej słuchać i chcę ją oglądać. Choć prowadzi ten program, nie jest mistrzynią pierwszego planu. To bohaterki i ich historie są tu najważniejsze.

Nie myślałam, że Kobieta na Krańcu Świata będzie towarzyszyła mi w każdą niedzielę przez kolejne 8 lat, a towarzyszy. I za to Martynie serdecznie dziękuję. Mam kilka ulubionych odcinków, których teraz nie będę zdradzać, ale wracam do nich regularnie. Dzięki nim mój światopogląd uległ zmianie, doceniam więcej i wiem, że jeśli się czegoś naprawdę chce, to nie od razu, nie bez bólu, ale można to osiągnąć. Kto jak kto, ale Wojciechowska na swoim przykładzie pokazała, że wytrwałość i optymizm działa cuda. Dlaczego? Bo to ona, jako pierwsza Polka i kobieta z Europy Środkowo-Wschodniej skończyła Rajd Dakar. Ona, półtora roku po złamaniu kręgosłupa i słowach lekarzy, że nie wróci do pełnej sprawności, że oto jej życie w jakimś sensie się skończyło, stanęła na szczycie Mount Everest. Ona, trzy dni po otrzymaniu informacji, że jest w ciąży, nie zrezygnowała ze swoich planów i wyruszyła wspinać się na Elbrus (za co ostro ją skrytykowano), a kiedy jej córka, Marysia, miała osiem miesięcy, aby ocalić siebie jako matkę i kobietę, wyjechała na Antarktydę, aby zdobyć Masyw Vinsona. Z własnej kieszeni przekazała pięćdziesiąt tysięcy złotych na budowę Przylądka Nadziei we Wrocławiu, a sama nigdy nie poprosiła o pomoc dla siebie. Przez lata realizacji programów na krańcach świata, wracała do Polski z egzotycznymi chorobami i choć rzadko o tym mówiła, jej publiczność, fani i ona sama, mieli poczucie, że kto jak kto, ale Martyna musi i da radę.

Działalność Martyny była także inspiracją do mojej pracy licencjackiej. Początkowo chciałam pisać o tragediach (polowanie i okaleczanie) albinosów w Tanzanii, a moją bezpośrednią inspiracją był mocny, wzruszający i jakże edukacyjny odcinek programu Kobieta na Krańcu Świata pt.: Ludzie Duchy, gdzie główną bohaterką była Kabula. Przyznaję, temat mnie przerósł, ale chęć pisania o czymś, co zaprezentowała Wojciechowska wcale nie minęła. Kobiety – pomyślałam. Napiszę po prostu o kanonach kobiecego piękna na wybranych bohaterkach cyklu reportaży TVN – taki był mój ostateczny pomysł. Była to podróż po wypowiedziach Martyny, programach z jej udziałem, kilkukrotne oglądanie wybranych odcinków i spisywanie potrzebnych do pracy cytatów i informacji. Japonia, Namibia, Birma – to stąd wyłuskałam niestandardowe momentami kanony, pokazujące jak bardzo my – kobiety – różnimy się na innych szerokościach geograficznych. Sporą część pracy poświęciłam też samej Martynie, bo i ona do stereotypowych kobiet na pewno nie należy. Chodzi w bojówkach, ciężkich butach, zmienia koło w samochodzie w momencie, gdy obok stoi pięciu mężczyzn (oni nie potrafią tego zrobić), jeździ motocyklem, była szefową dwóch redakcji National Geographic i National Geographic Traveler… Z drugiej strony, jest po prostu kochającą matką i atrakcyjną kobietą. Pokazuje, że choć czasami los nam nie sprzyja i społeczeństwo wymaga od nas innych działań, to i tak trzeba pracować w zgodzie ze sobą. Wbrew pozorom, publiczność nie jest bandą idiotów, a tłumem mądrych, ciekawych świata ludzi, którzy w sekundę wyczują każdy fałsz. Wojciechowska jest autentyczna i to jest jej wielka siła.

Poznałam Martynę, rozmawiałyśmy kilkukrotnie, ale mój dystans do niej, spowodowany bezgranicznym szacunkiem, nie pozwalał nigdy na rozluźnienie. Mam też do niej sentyment dlatego, ponieważ była pierwszą osobą, z którą w ramach mojej dziennikarskiej przygody, zrobiłam wywiad przed kamerami (kilka lat temu). Było mi niezwykle miło, kiedy po dwóch latach ciszy, ona zapytała co u mnie słychać i jak idzie praca. A teraz? Nie widziałyśmy się dłuższy czas, ale naszyjnik, który dostałam na ostatnie urodziny z jej kolekcji #freedom przypomina mi o sile, którą sobą reprezentuje i choć zabrzmi to dziecinnie – mam wrażenie, że srebrne skrzydełko, które noszę na szyi naprawdę wznosi mnie ku górze.

 

Zdjęcie w tle: Zwierciadlo.pl

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany