Trzy razy wiosna: pan Darcy, muzyka lat 80. i dużo teatru

Kiedy mówię wiosna, myślę maj. Tak jak zima kojarzy mi się głównie z grudniem (i Bożym Narodzeniem), tak wiosna niezmiennie kojarzy mi się z majem (i urodzinami). Skłamałabym jednak, że obojętne są mi pierwsze marcowe przebłyski słońca i pierwsze kwietniowe wycieczki rowerowe. Wiosny wyglądam już od końca lutego. Jej pierwszych oznak szukam w parkach, w sklepach (czy wspominałam kiedyś, że uwielbiam kwiatowe motywy zarówno na ubraniach, jak i na porcelanie?), a także – a raczej przede wszystkim – w spojrzeniach przechodniów. Bo to co lubię w wiośnie najbardziej to uśmiechnięci ludzie, którzy zapełniają ulice, zakładają kolorowe ubrania i śmieją się głośno, witając nową porę roku optymistycznym nastawieniem do życia. Wiosną świat wydaje się po prostu szczęśliwszy.

Jestem majowym dzieckiem. Pamiętam dobrze, jak dzieci na podwórku zazdrościły mi urodzin w najpiękniejszym miesiącu w roku. Z powodu mojego ambiwalentnego stosunku do urodzin trudno mi zawsze było pokochać maj na sto procent. Gdzieś z tyłu głowy kołatała mi bowiem myśl, że maj przynosi mi dorosłość, do której nigdy specjalnie mi się nie spieszyło. Abstrahując jednak od moich osobistych przemyśleń na temat wieku, a wracając do tematu przewodniego, chciałabym zaznaczyć, że maj jest dla mnie synonimem sztuki. Gdyby można było określić datę urodzin Apolla – greckiego boga sztuki, jestem przekonana, że okazałoby się, że urodził się on właśnie w maju. Skąd taki wniosek?

Wiosna to książki. Chociaż panuje wszechobecny pogląd, że książki sprawdzają się najlepiej w długie jesienne wieczory, ja wychodzę z założenia, że są one idealnym kompanem zarówno do wiosennych poranków, jak i do wiosennego w międzyczasie. Wiosną nie rozstaję się z książkami, noszę je dzielnie w plecaku, bibliotekę traktuję niczym swój drugi dom, przeglądam nowości wydawnicze, wymieniam się lekturami z przyjaciółmi, bo uważam, że nie ma przyjemniejszej formy odpoczynku od krótkiej nawet przerwy z książką i kawą, koniecznie na świeżym powietrzu. W tym roku mam to szczęście, że mogę z tej wygody korzystać dość często, a sprzyja mi ku temu miejsce mojej pracy, którym są – piękne nie tylko wiosną, ale wiosną szczególnie! – Łazienki Królewskie.

Czytam wszystko. Od książek z lat dzieciństwa zaczynając, na Czechowskich dramatach kończąc. Czytam na zmianę – biografie, kryminały, powieści historyczne, romanse, opowiadania, dzienniki, klasyki, książki podróżnicze, tomiki poezji, reportaże… Wiosną pragnę chłonąć ludzkie historie, czy to wymyślone, czy prawdziwe, zaglądać do ich domów i umysłów. Chociaż staram się nie oceniać książek po okładce, wiosną z przyjemnością sięgam po wydania kolorowe, estetyczne. Do moich faworytów należy kolekcja klasyków wydanych przez Świat Książki. Która to już wiosna, spędzona w towarzystwie pana Darcy’ego?

Oprócz książek moim wiosennym towarzyszem jest muzyka. Z powodu wrodzonego włóczykijstwa i za przyczyną sprzyjającej aury, wiosną rezygnuję – w miarę możliwości – z komunikacji miejskiej na rzecz własnych nóg lub dwóch kółek. Te spacerowo-rowerowe wędrówki umila mi płynąca ze słuchawek muzyka. Chociaż mój gust muzyczny można określić jako stuprocentowy misz-masz, wiosną najchętniej słucham energetycznych nut, współgrających z wiosenną atmosferą. Na mojej playliście królują więc hity lat 70., afrykańskie rytmy, jak również francuskie numery (z naciskiem na ZAZ, który odkryłam dzięki Justynie). Wtedy też zapętlam często utwory Michała Bajora z płyty Moje podróże. Bo przecież wiosna to podróżowania i snucia wakacyjnych planów.

Nie zdziwi chyba nikogo – kto zna mnie chociaż trochę – że wiosną (jak i w inne pory roku) nie może w moim życiu zabraknąć teatru. Od pewnego czasu włóczę się po stołecznych teatrach z ukulele w plecaku (i z książkami, i ze słuchawkami…), starając się w każdej chwili, także podczas antraktów, doszkalać swoją grę na instrumencie (a nie jest to łatwe zadanie, bo choć zapału mam niemało, w wybitny słuch nie zostałam wyposażona…). Maj, tuż po styczniu, jest dla mnie zawsze najbardziej teatralnym miesiącem w roku. Tak jakoś się składa, że właśnie w maju organizowany jest jeden z moich ulubionych festiwali – Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi. Już nie mogę doczekać się panującej tam atmosfery, jak również dyplomów prezentowanych przez studentów ostatniego roku aktorstwa.

W tym momencie muszę na chwilę powrócić do tematu moich majowych urodzin, które nierozerwalnie łączą się ze wzmożoną liczbą oglądanych przeze mnie spektakli. Nie będę ukrywać – jestem hedonistką. Nie będę też ukrywać – lubię sprawiać sobie małe prezenty. A że urodziny dają monopol na robienie sobie prezentów, maj corocznie okrzykuję po prostu miesiącem teatru i co roku świętuję kolejny rok swojego życia, oglądając dziesiątkach spektakli… W końcu na tym rzecz polega, żeby urodziny spędzać w miejscu (i z ludźmi), które się kocha.

Wyczytałam kiedyś w horoskopie, że zodiakalne Byki to ludzie sztuki. Pomyślałam sobie wtedy, że musi to mieć związek z wiosną, która zakrada nam się do serc i czyni nas bardziej wrażliwymi na piękno. Wierzę więc, że Apollo urodził się w maju i wierzę, że tej wiosny przydarzą Wam się kulturalne przeżycia, o których nie zapomnicie przez kolejne lata.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

1 Komentarz
  1. Wiosna zaczyna się kolorem bratków
    Kończy szaleństwem bzów.
    Noce nas mamię zapachami…
    Ja kocham, ty kochasz
    Nie trzeba więcej słów.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany